IMPACT FEST 2013
Wtorek 4 czerwca. Od rana świerzbiły mnie ręce, nie wiem, czy to ze zdenerwowania, czy może miałem ochotę udusić mojego kolegę, który to zaledwie dzień wcześniej poinformował mnie o tym, że idziemy na koncert.
Już o 15.00 wsiadaliśmy do metra na Placu Bankowym, pogoda piękna, a my wzajemnie nakręcaliśmy sobie sprężynki ekscytacji. Wychodzimy w Młocinach z tunelu, a tu jak nie pierdzielnie grad. Tabuny metali powitały tę nagłą zmianę pogody głębokim jękiem, pośpiesznie wyciągając wszelkie „rozgrzewacze” w szklanych butelkach. W związku z tym podróż specjalnym tramwajem na lotnisko przebiegła nam w bardzo wesołym nastroju. Ktoś nawet zaczął śpiewać „Angel of death” i choć fałszował niemiłosiernie, to nadrabiał braki entuzjazmem.
Grad szybko się skończył, za to płyta lotniska powitała nas ulewnym deszczem. Na szczęście byłem przygotowany i wyciągnąłem swój ciemnozielony płaszcz przeciwdeszczowy, który się sprawdzał już na wielu imprezach. Wyglądam w nim niezwykle tajemniczo i groźnie niczym elfi szpieg. Mój wizerunek niestety psuł mój przyjaciel, który z przepastnej torby wyciągnął żenującą żółtą pałatkę. No więc razem wyglądaliśmy jak elf i nieco przygłupi banan – kuźwa, dwaj superbohaterowie. Krótki telefon ułatwiający wzajemne namierzenie się i już po chwili witaliśmy się z dwoma znajomymi z Rzeszowa… owiniętymi żółtą folią. Jasna cholera, bóg mnie pokarał kolegami, którzy uparli się robić zakupy w sklepach dla dzieci. Konfiguracja się zmieniła, więc teraz to był elf i kiść bananów. W razie nagłego ataku szympansów miałbym spore szanse na przeżycie.
W oddali usłyszałem jak Mastodon, który jest chyba na wszystkich festiwalach w Polsce, kończy swój występ. Ponoć dali ciała i zagrali bardzo krótko, ale nie widziałem, by ktoś przez to płakał. Za to pogoda się ulitowała i przestało padać. Kilka nosidełek z pięcioma szklaneczkami carlsberga i już byliśmy pod małą sceną w oczekiwaniu na szwedzki Ghost B.C. I tu mega niespodzianka, słyszałem tylko kilka ich numerów, ale na żywo zabrzmieli wspaniale. Sekcja rytmiczna dawała czadu aż miło. Wokal z początku mi trochę przeszkadzał, ale po chwili okazało się, że ten spokój w głosie kolesia, oszczędne, powolne i nieco majestatyczne gesty fajnie się uzupełniały z dynamiczną muzą. Co prawda zespół był chyba nieco skonfundowany faktem, że pomiędzy poszczególnymi utworami polska publiczność głośno skandowała nieznane im hasło – „napierdalać!!!”, ale całkiem słusznie przyjęli to za dobrą monetę. Na bis zagrali jeden numer, przed którym wokalista poprosił o pomoc w śpiewaniu. Jako że byłem już nieźle rozochocony, entuzjastycznie dołączyłem do chóru wykrzykującego „la, la, la, la” – chyba tak jak ja, nikt nie znał słów. Naprawdę udany występ.
Dwie sceny to z jednej strony świetny pomysł, bo w chwili gdy na jednej trwa granie, na drugiej techniczni ustawiają sprzęt dla kolejnego wykonawcy i praktycznie nie ma przerw. No właśnie, nie ma przerw, więc zanim wystałem w kolejce do kibelka Behemoth zaczął już koncert. Nauczony tym doświadczeniem później lałem już na płot.
Nergal dał fajny koncert i nawet fakt, że z powodu choroby Inferno zastąpił go jakiś austriacki pałkarz, nie wpłynęło to na kondycję zespołu. Chłopcy mają w repertuarze kilka wyjątkowych utworów, które tworzą swoistą ścianę dźwięku, aż człowiekowi przyjemnie w płucach gra.
Kolejny zestaw piwnych nosidełek i już na scenę wkroczył Airbourne. I moim zdaniem zamietli scenę. Nazywani złośliwie „mniej utalentowanym bliźniakiem AC/DC” pokazali klasę i chyba po raz pierwszy tego dnia rozpalili całą publiczność. Chłopaki próbują wskrzesić ducha rock and rolla lat 80. i, o dziwo, mają w sobie tyle energii, entuzjazmu i szaleństwa, że to im się udaje. W trakcie ich występu znowu zaczęło lać, ale wokalista stwierdził – „Fuck the rain!!!”, rozbijając sobie puszkę piwa na łbie, więc rzeczywiście kulturalnie olałem niesprzyjającą pogodę, oddając się wesołym pląsom.
Utaplani w błocie po kolana, ale szczęśliwi poszliśmy coś zjeść. Wykałaczka nabita kilkoma kawałkami zdechłej świni i cebulą – szumnie nazywana szaszłykiem – kosztowała mnie całe 25 złotych. Jakoś przebolałem, bo i tak było to smaczniejsze od piwa, które standardowo na koncertach rozwadnia się w proporcjach pół na pół. Wypiłem ich w sumie koło tuzina i nadal mogłem mówić. „Czy słusznie uważam, że to śmierdząca sprawa?” – wybełkotałem do kolegów zdegustowany. Błyskawiczne badanie opinii publicznej ujawniło, że mój punkt widzenia cieszy się stuprocentowym poparciem, niczym nowy plan pięcioletni ogłaszany za czasów towarzysza Edwarda.
Ale nie było czasu na dalszą kontestację, bo na głównej scenie pojawił się Slayer. Za każdym razem tak się dzieje, że wystarczą pierwsze dźwięki ich gitar, a w mojej głowie przełącza się mały pstryczek z pozycji „jesteś wykształconym, odpowiedzialnym członkiem społeczeństwa” na „bleblebleble” i już jestem gotowy do szaleństwa. Ruszyłem pod scenę jak tornado, a mój zielony płaszczyk powiewał za mną. Po drodze zgubiłem gdzieś swoje banany, ale miałem to centralnie tam, gdzie się zwykle pozwalam całować upierdliwcom.
Z początku trochę trudno było zorganizować porządny młyn, ale już po chwili towarzystwo się zakręciło, a ja podjąłem nawet kilka prób surfowania na rękach tłumu. Po trzecim upadku na ryj w błoto dałem sobie jednak spokój i skoncentrowałem się na bardziej przyziemnej rozrywce. Było wspaniałe densowanie, były chwile wzruszenia i wspomnień Jeffa, było po prostu pięknie.
Znowu droga do strefy bufetu (krążąc w tę i we w tę, zrobiłem kilkanaście kilometrów, słowo daję). Jak się okazało, miałem nosa, bo bez problemów trafiłem na swoje żółte towarzystwo, a w zasadzie już tylko żółtawe, bo ilość zaschniętego błota uczyniła je mniej atrakcyjnym i podatnym na zaczepki gejów towarem. Wspólnie już obejrzeliśmy koncert Korna – niestety nie najlepszy występ. Chciałbym powiedzieć, że chłopaki dawali z siebie wszystko, ale tak nie było. Może to ta cholerna pogoda, może mały entuzjazm tłumu – bo spodziewałem się szaleństwa, ale stojąc nieco z tyłu, widziałem tylko umiarkowane podrygi. Dość powiedzieć, że ich koncert nie wzbudził we mnie specjalnych emocji. Kilka razy mocniej zabiło serce w momentach, gdy basik zagrzmiał solo, i tyle.
Uwaga, w tym miejscu powinien się znaleźć emocjonujący opis występu największej gwiazdy wieczoru – RAMMSTEINA, ale się, kurna, nie znajdzie, bo go nie obejrzałem. Wiem, wiem. jestem baranem, ale od początku zdawałem sobie sprawę, że nie będę mógł zostać do końca. Obowiązki wzywały do domu, więc nieco chwiejnym krokiem, przełykając łzy rozczarowania i kulejąc jak jasna cholera – bo mojej świeżo wyleczonej po złamaniu nóżce nie spodobały się kilkugodzinne harce – pokonałem tę ścieżkę wstydu, mijając kolejne punkty kontrolne w przeciwną stronę niż wszyscy.
Ale i tak zabawa była przednia, a wspomnienia zostały wspaniałe.
