Jak co roku, końcówka grudnia skłania do refleksji – tak samo jest i tym razem. Po raz pierwszy postanowiliśmy jednak spisać to, co najbardziej i najmniej (muzycznie) podobało nam się w ostatnich 12 miesiącach. Zapraszamy Was do dyskusji, wkrótce zrobimy oczywiście ranking czytelników, aby tradycji stało się zadość! Teraz możecie poczytać trochę o nas.

2011 by h-a-r-v:
Najlepsze:

PROTEST THE HERO – SCURRILOUS
Osobiście się rozczarowałem, ale nie słuchajcie mnie – ten album i tak bije na głowę 99% wydanych w tym roku, po prostu zawiódł mnie o tyle, że nie dorównał poprzednikowi – Fortress – a był jednym z bardzo niewielu, na które naprawdę czekałem. Zapowiadali, że będzie bardziej progresywnie, a wydaje się, że jedyna różnica to mniej „diabła” i chwytliwości. A może to ja muszę ją przesłuchać jeszcze ze 100x, żeby wyłapać cały miliard niepowtarzalnych smaczków. Pozostają jedną z moich ulubionych, „młodych” kapel – utalentowani, oryginalni, zabawni, nie idący na łatwiznę – po prostu nie skopali mi tym razem dupy tak jak w 2008r., ale kto jeszcze ich nie obadał, czym prędzej powinien.

MEGADETH – TH1RT3EN
Endgame lepsze technicznie, daleko bardziej dopracowane, ale to mi bardziej wpadło w ucho i sprawiło, że naprawdę zaczęli do mnie przemawiać. Jest bardziej 'swojskie’, po prostu. Megadeth trzyma poziom, a Dave’a nawet da się już słuchać z przyjemnością (a BARDZO trudno mi to kiedyś przychodziło). W przeciwieństwie do Dream Theater chłopaki najwyraźniej potrafią działać pod presją Roadrunner (nagrali 13-tkę w 2 miesiące z drobną pomocą wcześniejszych kompozycji). Następna płyta już z inną wytwórnią, może być tylko lepiej.

ALEX SKOLNICK TRIO – VERITAS
Czy to metal, rock klasyczny, czy już jazz? Ten album doceniają fani i krytycy każdego z tych gatunków, choć do żadnego z nich wydaje się nie należeć. Skolnick i spółka udowodnili, że można eksperymentować do granic i tego nie spieprzyć. Metallica i KoRn mogą się od niego uczyć. Coś czego nie było, ale z zachowaniem kunsztu. I o to chodzi. Szacuneczek, Panie Olku.
Pozytywne wyróżnienia:
- Amon Amarth – Surtur Rising
- Destruction – Day of Reckoning
- Tesseract – One
- Sun Caged – Lotus Effect
- Voivod – Warriors of Ice
Najgorsze:

LOU REED & METALLICA – LULU
Wybór oczywisty. Płyta, która miała szansę być czymś naprawdę unikalnym, ambitnym, progresywnym, okazała się tylko unikalna i to nie w pozytywnym tego słowa sensie. Zmarnowany, świetny koncept, zmarnowane talenty. Można się było tego spodziewać po samych zapowiedziach, że docelowo nagrać chcą ją w nie więcej jak 2 tygodnie, ale co bardziej naiwni jak ja wierzyli, że mimo to będzie to coś na miarę potencjału obu kolaborujących stron. Ostatecznie wyszło tak – jak to któryś z recenzentów zgrabnie ujął – że „stary facet gada na tle jammującej Metalliki”. Wszystko na odpierdol. Przepraszam – „spontanicznie i avant-gardowo”. Tak to się teraz nazywa. Jedynym sukcesem albumu jest jedynie to, że wszyscy o nim mówią (przy czym ważne tylko, że mówią). Można go oczywiście rozpatrywać jako „dzieło sztuki nowoczesnej”, ale chyba tylko na równi z dziełami, jakich przykład obejrzeć możecie na filmiku poniżej:
httpvh://www.youtube.com/watch?v=Q824g9dBlQk
Hmm.. byłby to dobry teledysk do któregoś z kawałków Loutalliki.

DREAM THEATER – coś tam, nie pamiętam już
Uwielbiałem niegdyś ten zespół i z każdą płytą liczę na powrót do formy. Niestety, wydawanie kolejnych albumów jak na taśmie produkcyjnej robi swoje (zapewne efekt kontraktu z Roadrunner Records znanych m.in. z narzucania kapelom masakrycznych terminów). Po nudnym jak marynarka w kratę i wtórnym niczym polar Black Clouds & Silver Linings nie sądziłem, że może być jeszcze gorzej. I miałem rację – nowy album – jakkolwiek się nazywa – okazał się ciekawszy. Jednak gdy twą ukochaną, progresywną kapelę nominują do Grammy wiedz, że coś się dzieje. DT w mainstreamie? W końcu przyjęty jakiś czas temu szablon się opłacił – im na pewno, nam – niekoniecznie. Mimo, że jest lepiej, nadal jakbyśmy wszystko to już słyszeli. Nadal więc czekam na choćby Train of Thought II, a i nawet na Falling Into Infinity II bym się nie obraził, bo na godnych następców klasyków w stylu Images & Words czy Scenes From a Memory raczej nie mamy co liczyć. Jest jakaś prawda w tym, że więcej jak pięciu świetnych albumów żadna kapela nie jest w stanie wydać. Mogliby jednak chociaż pozostać progresywni i iść do przodu w stronę jakiegoś zróżnicowania, a tu kolejny album o identycznym brzmieniu, klimacie, zagrywkach, melodiach i nieostrym koncepcie. Twierdzą, że to Portnoy nazbyt ich tłamsił. Może więc, gdy uwolnią swą kreatywność spod resztek jego terroru następnym razem, coś się zmieni. Słysząc choćby ostatnią solową płytę LaBrie ciężko zrozumieć, skąd w DT ta stagnacja.

KoRN – The Path of Totality
Lubię dobry dub-step, lubię dobry KoRn. Nie krytykuję ich za sam eksperyment (jak zdecydowana większość), bo pomysł uważam za trafiony, zawsze byłem fanem dobrej synkretyzacji. Ta jednak się taka nie okazała. Z całej płyty naprawdę solidne są może dwa kawałki, przez co ma się wrażenie, że zespół sięgnął po elektronikę i wsparcie innych artystów, aby przykryć brak mocnych pomysłów po swojej stronie, a nie by faktycznie zeksplorować nowe obszary. Nijakie riffy i wokale rozmyte w dynamicznym electro. It’s falling away from me…
2011 by Didymos:
Najlepsze:

Devin Townsend Project – Deconstruction
Dla mnie, jako wielkiego fana Devina – to była pozycja obowiązkowa. Wydany tego samego dni, a co dopełnienie tetralogii DTP ‘Ghost’ zmiażdżył mnie od pierwszego przesłuchania. To nie jest łatwa płyta i z całą pewnością nie jest to płyta dla każdego. Trzeci z czterech albumów z serii to istny majstersztyk, zawierający i świetne melodie i chaos, z którego znany jest Devin z poprzednich lat swojej muzycznej działalności. Tutaj nie ma się co zastanawiać: Płyta roku 2011 – Deconstruction.

Steven Wilson – Grace for Drowning
Fascynacja progresywnym rockiem musiała doprowadzić mnie do Porcupine Tree i Stevena Wilsona. Na pewno jest to jeden z najlepszych songwriterów, jakiego znam, a kolejne płyty są lepsze od siebie samych. Graces for Drowning to świetna płyta od początku do końca, płyta, której słucha się w całości od pierwszej, do ostatniej minuty. Genialne, pewne II. miejsce.
Opeth – Heritage
Tutaj mam pewien problem, ale niech będzie. Po pierwszym przesłuchaniu tak jak wiele osób powiedziałem sobie: co to kura jest… Gdzie jest mój „stary” Opeth z konkretnym, metalowym pierdolnięciem. Ta płyta jest zupełnie inna, łagodna, ale jakże dobra i przemyślana! Mimo że Opeth zwolnił, nie sprawił, że przestaję go lubić. Mój typ do top 3 to ta właśnie płyta.
Nie sposób nie wymienić: Black Country Communion – 2 oraz Times Of Grace – The Hymn of a Broken Man. Poza tym jeszcze z 10 solidnych CD wydanych w mijającym roku.
Rozczarowania:

Dream Theater – A Dramatic Turn of Events
Jaka szkoda. Zespół, który kilka lat temu zajmowałby szczególne miejsce w podsumowaniu najlepszych płyt, teraz ląduje jako największe rozczarowanie. Niestety – jak się tego spodziewałem – DT stacza się po równi pochyłej, odcinając kupony i nagrywając podobne do siebie, ale coraz to nudniejsze płyty. Już trzy ostatnie ich wydawnictwa zapowiadały, że źle się dzieje, ale to, co można usłyszeć na „A Dramatic…” brzmi naprawdę dramatycznie. Wcale nie ze względu na odejście Portnoya.

Lou Reed & Metallica – Lulu
Po tej płycie nie spodziewałem się totalnie niczego. Nie jarałem się przed jej wydaniem, nie słuchałem pierwszych numerów w internecie. Po przesłuchaniu całości w sumie nie wiedziałem co powiedzieć. Dałem jej drugą szansę, po trzeciej prawdopodobnie już nigdy do niej nie wrócę. Odgłosy mamroczącego Reeda przyprawiają o odruch wymiotny.
2011 by kaczka6661:
Najlepsze:
Nie po kolei ale 3 ulubione

Hugh Laurie – Let Them Talk
Jeżeli ktoś lubi stare klasyki blues jazzowe i Dr House’a to polecam tą płytę. Coś, co tygryski lubią najbardziej. Płytę otwiera świetne St. James Infirmary z długim wstępem Hugh na fortepianie, a potem to już z górki. Laurie jako wokalista/gitarzysta/klawiszowiec, aż się boje co znów wymyśli!

Chickenfoot – III
Satriani, Hagar, Smith i Anthony i czego chcieć więcej? Jak usłyszałem ich debiut od razu wiedziałem, ze to nie wybryk supergwiazd i nie znikną za chwilę ze sceny. Kawal świetnego hard rocka. Alright, Alright, Something Going Wrong, te kawałki pokazują klasę, ba, cała płyta jak i debiut. Jednym słowem, dolali oliwy do ognia tą płytą (poprzednią rozpalili płomień)

Megadeth – TH1RT3EN
Pierwsze przesłuchanie było dla mnie dość trudne, ale przy następnym płytę połknąłem, ba nawet pokusiłem się o przesłuchanie (tak, tak to grzech nie znać) ich dyskografii. Takie utwory jak Public Enemy No 1 i 13 mnie przekonały do tej płyty. W końcu Mustaine pojawił się w mojej kolekcji „Hall of fame”
Wyróżnienie:

Black Country Communion – 2
Kolejna supergrupa tym razem w skladzie Hughes, Bonamassa, Bonham Jr., Sherinian. Kolejna świetna hard rockowa płyta. Już troszkę mniej osłuchana niż debiut przeze mnie ale i tak daje rade. Musze się z nią bardziej oswoić, lecz płyta godna uwagi i polecenia przeze mnie.
Red Hot Chili Peppers – I’m With You
Może brakuje tej płycie do Californication, By The Way czy Stadium Arcadium, a na pewno do Blood Sugar Sex Magic ale polecam wszystkim do osłuchania się z nią. Niektóre kawałki są przyjemne dla ucha. Może brak jej takich hiciorów jak Kalifornikacja, Other Side, The Zephir Song, By The Way, Under The Bridge etc. ale warta uwagi.
Rozczarowanie:

Dream Theater – A Dramatic Turn Of Events
Spodziewałem się czegoś z „pierdolnięciem”, a był tylko lekki podmuch. Może ze 2, 3 utwory przykuły moja uwagę co przy DT to jest nic. Podzielam słowa Harva, czekam na Train Of Thought II, od tej płyty zacząłem przygodę (czyt. Train Of Thought) z Teatrem i tą płytę uważam za jedna z najlepszych, po niej wena na płyty im się chyba wyczerpała, a naprawdę maja możliwości, tylko dlaczego z płyt chwytliwe są 2, 3 utwory (czasem i tyle ciężko wyłapać), a nie wszystkie?
2011 by TommiK:
Podsumowując:
Rok 2011 nie obiecywał zbyt wiele pod względem ważnych albumów i – przynajmniej w mojej opinii – takowych nie przyniósł. Chociaż na bieżąco śledziłem premiery, to chyba żadna jakoś specjalnie nie ekscytowała, a Lulu (pomijając kilka riffów i ciekawy, mroczny nastrój całości) rozczarowało na całej linii. W mijającym roku najbardziej przypadły mi do gustu albumy, których autorzy postawili na sprawdzone patenty, z których są znani, zamiast próbować na siłę wynaleźć koło na nowo. Z wydanych w mijającym roku płyt w mojej playliście najczęściej gościły:
Mastodon – The Hunter
Po osiągnięciu szczytów gry progresywnej na Crack the Skye muzycy zdecydowali się na podobny ruch, co Metallica w 1990 roku – prostsze i krótsze utwory. Chłopaki dalej potrafią pisać zawiłe kompozycje, ale na The Hunter nie stanowią dania głównego. Ryzykowna decyzja opłaciła się, a na płycie znalazło się kilka perełek, jak Dry Bone Valley, Spectrelight ze świetnym wokalem Scotta Kellyego z Neurosis, czy instrumentalne The Sparrow, klimatem nawiązujące do Pink Floyd za najlepszych lat.

Machine Head – Unto the Locust
Na nowej płycie Machine Head kroczy ścieżką wytyczoną przy The Blackening, dla którego dużą inspiracją był Master of Puppets. Ten zespół ma bardzo rzadki w muzyce metalowej dar łączenia masakrycznie ciężkich i piekielnie agresywnych motywów ze sporą dawką melodii zapadających w pamięć. Nie ma tu bezcelowego shreddowania, są za to chwytliwe riffy, harmoniczne solówki w stylu Iron Maiden oraz wokal, w którym tyleż jest wściekłości, co i melodii. Jednocześnie Machine Head pod względem brutalności i siły zmiata każdą inną współczesną kapelę.

Limp Bizkit – Gold Cobra
Fanem Bizkitów byłem nie tylko w czasach megapopularnego Chocolate Starfish, ale również w ich trudnych latach, kiedy wydali zapomniane dziś Results May Vary czy The Unquestionable Truth (Part 1). Ostatni album to definitywny powrót w starym składzie i ze starym brzmieniem oraz tym, co najważniejsze – chwytliwymi wersami do rwanych riffów. Brak tu przebojów, które przejdą do historii, a jak przyznał gitarzysta Bizkitów na dzień przed premierą „nie jest to OK Computer„, ale nic więcej mi nie trzeba. Najmocniejsze numery: Get a Life, Walking Away i Back Porch.
Rozczarowanie:

Megadeth – Th1rt3en
Pomijając wspomniane wyżej Lulu, największym rozczarowaniem był ostatni album Megadeth. Po bardzo dobrym Endgame – zdawałoby się zapowiadającym zwyżkę formy – Dave i jego skrystalizowany już nowy skład wydali średniaka skleconego na siłę. Nawet biorąc pod uwagę kontrakt i konieczność szybkiego nagrania płyty, na Th1rt3en po prostu nic nie buja, nie ma wpadających w ucho melodii. Choć formacja ta już wcześniej wydała kilka bezbarwnych, skupionych na technice albumów, to jednak po autorach „Punishment Due/Holy Wars” czy „How the Story Ends” oczekiwałem i nadal oczekuję więcej. Mimo to Dave Mustaine nadal pozostaje w moich oczach jedną z najważniejszych osobowości ciężkiego grania.