Relacja czytelnika z Sonisphere w Warszawie
Jeden z naszych czytelników – Marcin Zabłocki – przesłał nam swoją relację z występu Wielkiej Czwórki na warszawskim Bemowie. Zapraszamy do zapoznania się z nią i skonfrontowania swoich przeżyć i odczuć z największego metalowego show tego roku.

16.06.2010 – historyczna w dziejach muzyki data. Po raz pierwszy (!) WIELKA CZWÓRKA THRASH METALU zagrała razem. Anthrax, Megadeth, Slayer i Metallica zagrali na jednej scenie i to w naszej Polsce. Zresztą – ten wstęp nie ma sensu. Zainteresowani i tak przeczytali szczegóły tego wydarzenia już nie raz. Liczą się wrażenia.
Jeszcze tylko pozdrowienia dla mojej metalowej ekipy : Michała, Dagmary i Mateusza!
Do Warszawy dotarliśmy pociągiem z jedną przesiadką. I tu już było czuć atmosferę koncertu. W pociągu Bydgoszcz-Warszawa roiło się od czarnych koszulek – dominowała Metallica i Slayer, ewentualnie czarne swetry. Miejsce było – więc nie jest źle. Czym bliżej Wawy – tym więcej ludzi w pociągu – przejścia między przedziałami ulegały stopniowemu zapychaniu.
Około godziny 12 dotarliśmy do Warszawy Centralnej. Teraz tylko szybko zakwaterować się w hotelu i jazda na koncert. Dostaliśmy od recepcjonisty informacje jak dotrzeć autobusami miejskimi na Bemowo, ale skorzystaliśmy z nich w sumie w połowie – bo i tak znaleźliśmy linię, która zawiozła nas jakieś 100 metrów od lotniska – 30 minut i byliśmy na miejscu. Teraz zostało tylko wyciągnąć bilety i czekać (od 15 do 21) na upragniony koncert Metalliki.
Nie pamiętam, która to była dokładnie godzina – ale na scenę wszedł Behemoth ze swoim Ov Fire And The Void – muzykę da się przełknąć, ale wokal już nie.
Setlista Behemoth ‘ u:
1. Ov Fire and the Void
2. Demigod
3. Conquer All
4. Alas, Lord Is Upon Me
5. At the Left Hand ov God
6. Slaves Shall Serve
7. As Above So Below
8. Chant for Eschaton 2000
Jakoś udało się nam przeżyć jęki Nergala, który na końcu rzucił swoją gitarą i życzył nam udanego koncertu. Nastąpiło około 30 minut przerwy, podczas których ekipa zwinęła sprzęt Behemoth’u i rozstawiła narzędzia Anthraxu – na prawdę poszło im to bardzo sprawnie – wszystkie perkusje były na platformach, więc nimi “wyjeżdżano” i “wjeżdżano” kolejnymi. Szybki test gitar – i już – publiczność wstała z powrotem na nogi – Anthrax zaczyna śpiewać. Od razu słychać było różnicę w głośności. Zespół na A grał nieco głośniej – a wydawało się że double-feet w Behemocie już dawał niezłego kopa. Pośpiewał, pośpiewał – i zszedł ze sceny już po 9 utworach.
Setlista Anthrax:
1. Caught in a Mosh
2. Got the Time (JOE JACKSON cover)
3. Indians
4. Heaven and Hell (BLACK SABBATH cover)
5. Antisocial (TRUST cover)
6. Madhouse
7. Only
8. Efilnikufesin (N.F.L.)
9. I Am The Law
Kolejny był Megadeth. Ten koncert przemilczę, z tego powodu, że Dave Mustaine wyglądał jakby ból sprawiał mu śpiew – a jego zespół to jakaś niedorobiona podróbka Metalliki. Tyle.
Nareszcie Slayer. Przygotowanie sceny trwało jak poprzednio – około 30 minut. Tym razem wjechała krwisto-czerwona perkusja ddrum, oświetlenie no i dodatkowo zespół. I Ci to dopiero zagrali. Zaczęli od World Painted Blood z nowej płyty – utwór idealny na otwarcie i rozgrzanie. Jak wiadomo – Slayer nigdy nie odpuszcza i od pierwszych sekund jedzie na maksa. Jechali kolejno Jihad, War Ensemble, Hate Worldwide (też z nowej płyty), Dead Skin Mask i wreszcie – Angel of Death. Jakieś 5, może 7 metrów za nami zaczęło się pogo – i to takie, że niestety ochrona musiała interweniować i uspokoić trzeźwych inaczej Slayer’owców.
Kolejnym utworem – znów promującym World Painted Blood był Beauty Through Order – czyli chwilowe zwolnienie i odpoczynek zabójczo szybkiego double-feeta Dave’a Lombardo z przed paru minut na AoD (koleś pocisnął niesamowicie, niżej wideo):
Te 5 minut odpoczynku to chyba była jakaś zmyła. Dalej wyjechali z Disciple (God Hates us All). Bas było aż czuć na własnym ciele – na prawdę – nagłośnienie Slayera było mocniejsze niż wszystkich poprzedników – wydawało się, że grają już na maksa, o czym za chwilę.
Mandatory Suicide, Chemical Warfare i South of Heaven to utwory które zamykały setlistę. W ramach bisu i właściwie obowiązku – na samym końcu jeszcze dokopali wszystkim swoim fenomenalnym Raining Blood. Uff… Koniec napierania ludzi na barierki – staliśmy idealnie przy nich – i podczas koncertu Zabójcy ludzie próbowali się dostać jak najbliżej – ale dzielnie utrzymaliśmy swoje miejsca.
Tak jeszcze wracając – dopiero podczas Slayera zaczęło się konkretne pogo, próby przeskakiwania przez barierki – ale ochrona dawała radę i tłumiła takie zachcianki.
Setlista Slayer:
1. World Painted Blood
2. Jihad
3. War Ensemble
4. Hate Worldwide
5. Dead Skin Mask
6. Angel of Death
7. Beauty Through Order
8. Disciple
9. Mandatory Suicide
10. Chemical Warfare
11. South of Heaven
12. Raining Blood
Była 20:30 – teraz już tylko czekanie na upragnioną Metallikę. Słońce, które niestety dawało przez cały koncert po oczach raczyło zajść i zaczęło się ściemniać – idealnie! Jak na wielki zespół przystało – James i spółka spóźnili się o dobre 20 minut z niewiadomych przyczyn. Ale co tam – czekało się od 16 to te 20 czy 25 minut nie robi różnicy. Cieszył też fakt, że za sceną odsłonięto olbrzymi telebim i usunięto resztki sprzętu po pozostałych zespołach – widoczność całej sceny znacznie się poprawiła, chociaż i tak mieliśmy od samego początku wypasione miejsca – idealnie na wprost. Inni pewnie też nie narzekali, bo zespoły umieszczone były dość wysoko na scenie (o wiele wyżej niż AC/DC), więc nawet ludzie mający 160 cm wzrostu nie mieli by problemu z komfortowym oglądaniem. Ale dobra – dosyć tego. Odpalili Ecstasy of Gold.
Aż ciary wychodzą. Jeszcze tylko krótka wymiana zdań z Michałem – czym otworzą – obstawiałem Creeping Deth i ewentualnie Blackened – i nie pomyliłem się. Wybiegł mały Lars, standardowo rzucił swoim kubełeczkiem z napojem w publiczność i zagrał genialny wstęp na perce. To dopiero była moc. Wspominałem, że Slayer grał konkretnie – przy tym co zrobili teraz – Zabójca grał chyba na jakiś zabawkowych głośnikach. Ręce w górze, \m/ i śpiew na zdarcie gardła. Creeping świetnie nadaje się na otwarcie – w dodatku ten motyw z “DIE, DIE, DIE!!!”, które każdy krzyczy po solówce dodaje niesamowitego uroku początkowi i pozwala się nieco rozgrzać przed dalszą jazdą.
Czekamy – co dalej? Kirk przeciągnął trochę pisk – wydawało się, że będzie Ride The Lighting, na które z utęsknieniem czekałem – ale nie. Było to For Whom The Bell Tolls – a myślałem, ze tego nie zagrają – ogarnęła mnie wielka radość. Wstęp na basie – brak słów. Nie da się tego opisać, jak to słychać na żywo.” Welcome to the biggest metal show on Earth “- rzekł papa Het i zaczęli. Na prawdę, ciężko dobrać jakiekolwiek słowa, które przekażą tą moc, tą magię, która panuje gdy twój ulubiony zespół daje takie czadu na żywo – i ty tam jesteś, widzisz ich nie tylko na telebimach – ale jak chodzą po scenie. Radocha i tyle. Nic tylko śpiewać z nimi. Już po For Whom gardło miałem zdarte. A tu oni jeszcze wyjechali z pirotechniką i Fuel. Skończyli Paliwko i James zapytał tłum czy wiemy co w ogóle się tu dzisiaj dzieje, że to jest wielkie metalowe show i że powinniśmy wrócić do dawnych lat – jak powiedział, tak zrobił – The Four Horsemen. Ciekawie, choć nie zaskakująco. Przyspieszyli nieco i dziadziuś Lars się zmęczył – po Jeźdźcach nastąpiła chwilowa przerwa na zmianę gitar, którą umilił Hammet standardową solówką. Było szybko – czas na coś wolniejszego. I co? Upragnione przez Michała Fade To Black. KLIIIIMAT ! ! ! Z takim spokojem i klasą to zagrali – i jeszcze te solo na końcu utworu – przepiękny utwór. Po tym wszystkim scena ściemniała – i telebim ukazał naszym oczom świetne intro do That Was Just Your Life (o którym pisałem wcześniej – można je na moim blogu obejrzeć). Muzyka, która idealnie pasuje do intra – podkręciła nieźle atmosferę i po tym wszystkim Metallica wskoczyła na scenę i zagrała wspomniane Life. Już w trakcie tego utworu tylko sobie powtarzałem – byle nie Line, byle nie Line bo Life. I jest! Nie ma Line – jest Cyanide! Mioooodzio! Układ Life-Cyanide o wiele bardziej mi się podoba. Głównym powodem jest to, że według mnie The End of The Line jest zerżnięte z Master of Puppets – te riffy, sposób grania na perce, zwolnienie na solo… Ja mam takie wrażenie.
Cyjanek dodał kolejnej porcji energii. James zmienia gitarę – no i wiadomo co dalej – “I’m your dream, make you real / I’m your eyes when you must steal / I’m your pain when you can’t feel / Sad But True “. Krótko mówiąc : “METALLICA GIVES YOU HEAVY BABY!”. Łup, łup – basior niesamowity i ten “ciężar” utworu – idealnie nadawał się na ten festiwal. Czym dalej nas zadziwi Meta? Po Sad został na scenie Robert grając przez chwilę swoje “łubudubudu” na basie w ramach niby-solówki. Dadzą kopa, czy zwolnią tempo? Jednak to drugie – Sanitarium. Nie byłem nigdy jakimś wielkim fanem tego utworu, ale po tym jak usłyszałem go na żywo – jest jednym z moich ulubionych. Wystarczy być tam i wspominać te chwile, podczas których patrzyło się na swoich idoli jak grają – nagle wszystko co grali zmienia swoje znaczenie i po prostu brzmi inaczej – tak jeszcze lepiej, tak ze wspomnieniami. Ehh…
Masakra – takie show, a dopiero połowa minęła – świetne uczucie, że masz przed sobą jeszcze tyle do odkrycia – ta wielka nie wiadoma – co dalej, co dalej…
No dalej – dalej to był pocisk – po wolniejszym Sanitarium przyszedł czas na “Metal Up Your Ass” – tak więc All Nightmare Long – czyli jeden z najlepszych kawałków z nowej płyty. Może dlatego, że brzmi tak oldschool’owo? Może – ale rąbią tam nieźle – i jest co śpiewać. Moje gardło chciało powiedzieć dość, ale zmuszałem je do dalszego posłuszeństwa. “Luck runs out, Poland” – to zdanie było trochę nie na miejscu – przecież jestem szczęściarzem, że stoję właśnie na Lotnisku i słucham największego zespołu metalowego na świecie.
Metallica ma swoje stałe pozycje w setliście – takie jak One – mój ulubiony utwór od zawsze. Intro z odgłosem strzałów z karabinu i armat, pokaz pirotechniczny na scenie i fajerwerki – i po tym wszystkim spokojny riff. Majstersztyk, ciarki na plecach. Obraz z telebimów pokrył się filtrem – wyglądał jak wyblakły – co dodawało niesamowitego uroku całemu utworowi. Po Łan, mogłem już iść do domu – zagrali to, na co najbardziej czekałem. Ale nie! Kolejny must-play : Master of Puppets. Tego nie da się nie kochać. MASTER, MASTER! Aż było czuć falę dźwięku, która szła od widowni na refrenie. MOC!
I za chwilę jeszcze na deser dali Blackened. Powaliło wszystkich z nóg. Zbliżał się koniec koncertu, a ci jeszcze mają takiego kopa? Szacun. Obyło się bez osławionego zakończenia z Nimes:
… ale było blisko :)
Załamki nastąpił czas. Łudziłem się, że może chociaż raz z tego zrezygnują. Chociaż raz! Takie metalowe show, nawet thrash metalowe – a Meta wyjeżdża z Nothing Else Matters. Eh jeny… No śpiewałem, śpiewałem – nie sposób nie śpiewać – ale mimo wszystko – mogli by już ten utwór odpuścić. Standardowo po tym nastąpił Enter Sandman z fajerwerkami – jakaś rekompensata za gafę sprzed 6 minut. Metallica schodzi ze sceny na dłuższą przerwę – czas na bisy. Liczyłem na Whiskey jako cover, ale doczekałem się Queen – Stone Cold Crazy. James ledwo wyrabia tutaj z wokalem, ale zaśpiewał jakoś. Potem znowu na chwilę wyszli – wrócili z innymi gitarami – a Papa Het w staroświeckiej skórzanej, czarnej kurtce – aż zapachniało Kill Em All – i nie myliłem się – Hit The Lights. Jako, że zbliżał się nieuchronny koniec występu – już na Lights wszyscy zaczęli skakać i cieszyć się ostatnimi chwilami festiwalu. HIT THE LIGHTS, HIT THE LIGHTS!!! Kawałek cieszy niezmiernie.
No i koniec – został tylko tani tekst James’a , że chce zrobić najgłośniejszy tłum w historii, że chce zobaczyć wszystkich na widowni (włączenie całego oświetlenia dało po oczach). I kończy się magiczna noc w rytmie granego chyba od zawsze Seek and Destroy. Było mega zarąbiście – niestety, nie da się tego przekazać w takich prostych słowach – tam po prostu trzeba być i poczuć to samemu.
Autor : Marcin Zabłocki (www.zablocki.at)
Najczęściej komentowane artykuły:
57 komentarzy do “Relacja czytelnika z Sonisphere w Warszawie”
Dodawanie komentarza










Metallica znajduje sie obecnie w lidze nieosiągalnej dla innych zespołów metalowych…
Goście umieją grać i komponować w zasadzie wszystko -- od najcięższego łomotu, który jednak ZAWSZE!!! pozostaje MELODYJNY!!! -- a o to przecież w MUZYCE chodzi -- chłopaki po prostu mają talent i ciężko pracują -- byli i są kultowi bez malowania gęby nabiło, ćwieków na przedramieniu, odwróconych krzyży i udawania “bardzo złych”. Owszem “dali dupy” w okresie LOAD/RELOAD -- sam wtedy nie mogłem ich słuchać, ani na nich patrzeć -- wymalowane paznokcie, cienie wokół oczu, użelowane włoski -- choć obecnie z perspektywy czasu oceniam w.w. albumy pozytywnie: bo 1. są to świetne ROCKOWE płyty, 2. udowodnili że są wszechstronni i potrafią zagrać i skomponować wszystko -- nawet country, 3. pozyskali nowych fanów którzy potem sięgnęli również po te “właściwe” albumy (żeby nie było wątpliwości zaliczam do nich również opluty przez wszystkich St Anger -- po Loadach był jak miód dla moich uszu, znam na pamięć każdą nutę i po prostu uwielbiam ten album pomimo słabego brzmienia perkusji) Death magnetic pozwolił im z kolei wrócić na top ciężkiego grania i jest albumem nie gorszym od AJFA…
Co do Slayera -- zgoda kapitalnie wypada na żywo, ma kilka znakomitych płyt, ale też sporo całkiem przeciętnych na których bronią się pojedyncze kompozycje zaś pozostałe utwory to wypełniacze -- ot taka sieczka byle szybciej, bez ładu składu i pomysłu na “utwór”. Jeśli ktoś twierdzi że ACDC gra na “jedno kopyto” to powinien posłuchać Slayera… Nomen omen sam Kerry King w wywiadzie dla Teraz Rock sam stwierdził że w zasadzie to nagrywają wciąż jedną płytę -- przynajmniej był samokrytyczny.
Nie zgodzę się, że James nie wyrabiał z wokalem w Stone Cold Crazy -- ogólnie ja NIGDY NIE LUBIŁEM tego numeru, ale jak słucham livemetki z Bemowa to James zaśpiewał to rewelacyjnie, bardzo swobodnie bawił się wokalem :)
Kłocicie sie i dywagujecie, a prawda jest taka że obecnie z wielkiej czwórki to:
1. Pod każdym względem najlepszy jest Slayer (gdyby meta grała bez fajerwerków , na pół mocy, tyle czasu co inne zespoły itp to by się okazało ze król jest nagi).
2. Jedynie SLAYER grał, gra i będzie grał thrash metal. Metallica swego czasu była kapelą popową, podobnie z Megadeth czy Waglikiem a obecnie do thrashu im daleko
3. Metallica nie wypłynęła na graniu thrashu a graniu balladek i popu (czarny album)
1. Nawet sie zgodze, jesli o granie na zywo chodzi.
2. Polprawda.
3. Metallica zawsze byla najwieksza dzieki ciezkiej pracy. Juz przed AJFA byli fenomenem na skale swiatowa, jesli chodzi o popularnosc uzyskana bez MTV, etc. Pomijajac absolutne poczatki zawsze byli wieksi od calej reszty i to razem wzietej.
Nie wiem co za ignorant muzyczny to pisał. Relacja przeciętna, żeby nie powiedzieć że słaba. Rażące błędy (Behemoth’u?) a do tego tekst “Kolejny był Megadeth. Ten koncert przemilczę, z tego powodu, że Dave Mustaine wyglądał jakby ból sprawiał mu śpiew – a jego zespół to jakaś niedorobiona podróbka Metalliki. Tyle.”. Nie wiem kim jest redakcja skoro taką relację umieszczacie na tak dużym portalu o Metallice. Pozdrawiam autora -- znajdź sobie lepszego lekarza.
Rdzenny sklad redakcji: Didymos, TommiK, h-a-r-v, kaczka, metalli_maniac.
@arti
Gdybyś był z Malborka, bądź okolic, to miałbyś u mnie piwo:).
“Ja się jeszcze przyczepię do tej recenzji konceru.
“Załamki nastąpił czas. Łudziłem się, że może chociaż raz z tego zrezygnują. Chociaż raz! Takie metalowe show, nawet thrash metalowe – a Meta wyjeżdża z Nothing Else Matters. Eh jeny…”, a zaraz po tym ” Standardowo po tym nastąpił Enter Sandman z fajerwerkami – jakaś rekompensata za gafę sprzed 6 minut.”. Przepraszam, ale “Enter Sandman”, też nijak ma się do thrashowego show i do tego jest nie mniej oklepany. Rzygam już narzekaniem na “Nothing…”, bo to jeden z tych kawałków, dzięki któremu dziś mają sprzedane 100 mln płyt i wypełniają stadiony. Gdyby Meta przestała go wykonywać, to by było trochę tak, jakby pies przestał szczekać. Wywalmy jeszcze w/w “Entera”, “Master Of…”, bo oklepany, a własciwie wywalmy połowę granej na koncertach dyskografii, a za pięć lat Meta będzie grała w klubach. Ciekawe ilu ludzi idąc na koncert Black Sabbath, nie chciało by usłyszeć “Paranoid”, na Deep Purple “Smoke On The Water”, na Iron Maiden “The Number Of The Beast”, a na Pink Floyd “Another Brick In The Wall part2″. Śmieszą mnie tacy ludzie, którzy przez narzekanie na tą bardziej komercyjną stronę Mety, chcą pokazać jacy są “cool”, a tak naprawdę robią się nieco karykaturalni. Ja “Nothing…” słyszałem po raz pierwszy na żywo, mimo, że to mój trzeci koncert chłopaków i bardzo mi się podobało i zdzierałem gardło do granic możliwości, tak jak na pozostałych kawałkach.
Trochę mnie jednak zastanawia, że nikt nie narzeka, na stałe punkty programu. Chodzi mi o “Do you Feel…” w “Fade To Black”, o kręcenie się Roberta z basem w “Seek…”, gadka o “Metallica Family” przd w/w kawałkiem i dziesiatkach innych rzeczy, które powielaja z koncertu na koncert, a co odbiera ich koncertom, to co określa się mianem “live”. Trochę smutne, że wyreżyserowanie koncertów zespołu, którego największą siłą wydają się występy na żywo, sięgnęło granic absurdu. Jeszcze tylko playbacku brakuje:).
Rozpoczynają się roważania o tym kto powinien być w wielkiej czwórce :). Oczywiście można spotkać głosy dodające tam zamiast Anthraxa Testament, Exodus (- Mustaine tak twierdził swego czasu), Sepulturę czy Kreator. Oficjalne fakty (medialne) jednak są takie -- do Wielkiej Czwórki zaliczany jest Anthrax za dokonania z Belladoną i moim zdaniem bardzo załużenie, choć i wszystkie wymienione powyżej kapele są znakomite. Nie mam też nic do Busha, prawdopodobnie jest lepszy wokalnie niż Belladona, ale nic nie poradzę,że to właśnie Belladona kojarzy mi się (i chyba nie tylko mi)z klasycznymi płytami Anthraxa (o osobistej nostalgii za latami młodości, kiedy to zasłuchiwałem się w ich płyty nie wspominając :) ), dlatego ucieszyłem się bardzo na wieść o jego powrocie i uważam,że dał radę jako frontman i jako wokalista na koncercie.
Uważam po prostu,że raz wyłoniona Wielka Czwórka jest jaka jest i sprawa jest zamknięta. Nie ma sensu majstrować przy jej składzie, bo okazało by się przy tym, że pojawią się ludzie, któzy stwierdzą, że od ładnych paru lat nie pasuje tam już Metallica :P.
Masz sporo racji ale w tym momencie spotykamy się w punkcie gdzie ścierają się dwie grupy „starszych” fanów. Jedni ci którzy uważają, że do właściwej Wielkiej Czwórki należy Exodus lub Testament a drudzy ci którzy uważają, że to Anthrax powinien być wymieniany obok Slayera Metallici i Megadeth. Często na forach spotykam Się z ludźmi którzy mają takie zdania…
A jeśli chodzi o trasę było to zapewne Clash of the Titans w 1990r gdzie grał Slayer, Megadeth, Testament i Suicidal Tendencies (europejska część trasy) a w Stanach Slayer, Megadeth, Anthrax i Alice In Chains.
I owszem sporej ilości ludzi Exodus (w tym mojemu Tacie) kojarzy się z zespołem polskim który nie istnieje jakoś od 1984 roku :]
No jasne Monsters of rock to przecież było AC/DC z Metallicą w roli supportu -- ech łza się w oku kręci -- wtedy do Chorzowa nie puścili mnie starzy bo wymyślili że muszę pojechać “na Papierza” do Częstochowy -- ależ wtedy byłem zły na JPII…
100 % racji, ale co do Testament to zyskał on bardzo dużo i i można powiedzieć że “wypłynął” dzięki wspólnej trasie z Megadeth, Anthrax i Slayer -- nie pamiętam już dokładnie jaj nazwy (musiałbym wdrapać się na strych i odkurzyć stare numery Metal Hammera) chyba to było Clash of titans lub Monsters of rock (ze wskazaniem na tę pierwszą nazwę.
Być może piotrbimbasik będzie w stanie potwierdzić moje słowa, jako osoba wiekowo zbliżona i pamiętająca tamte czasy:).
@Ostry69
Bez urazy, ale z góry zakładam, że jesteś młody. Gdybyś słuchał thrashu w latach osiemdziesiątych, to wiedziałbyś, że Exodus był zespołem znanym głównie z tego, że tam grał Kirk, a ich muza zaczęła wypływać znacznie później, nigdy z resztą nie osiągając wielkiej popularności. Dziś na pytanie zadane wśród osób nie będących w temacie, znajdę przynajmniej kilka, które o Anthrax słyszały, a Exodus to dla nich taki stary polski zespół. Testament, to także późniejsze czasy. Możesz mi uwierzyć na słowo, że wśród liczących się kapel Thrash w latach osiemdziesiątych był Anthrax, a nie było tam Exodusa. Testament pojawił się w tamtym czasie, ale sporo później i w związku z tym liczono go jako kapelę, która wypłynąła na fali BIG4. Podejrzewam też, że ta czwórka miała największą sprzedaż płyt, co nie pozostaje bez znaczenia dla określenia “BIG”. Nie myśl, że nie lubię Exodusa, choć nie twierdzę, że mnie ich muza strasznie porywa.
Jak już tu mowa o Anthrax to tak na trzeźwo patrząc to w ogóle nie powinno ich być w Wielkiej Czwórce. Do wielkiej czwórki należą Slayer, Metallica, Megadeth i Exodus ewentualnie Testament czyli ekipa z Bay Area a nie Anthrax z Nowego Jorku…
PEACE.
Nie kłócę się bo wszystko jest kwestą gustu… W latach 80 dostęp do metalu w ogóle był ograniczony, zwłaszcza jak mieszkało sie w malej mieścinie. Anthraxu zacząłem suchać na Kasprzaku -- z kaset “giełdowych” lub nagranych w tzw. stuiu nagrań. Na żywo nigdy przedtem ich nie widziałem. Zakochałem się w Stomp 442, wałkowałem kasetę a potem CD w samochodzie, szczerze polubiłem inne płytki z Bushem, mam na DVD kilka koncertów z tego okresu i bardzo nakręciłem sie na ich występ na Bemowie. No niestety poczułem zawód -- oto powód moich wypowiedzi. Co do Megadeth -- uwielbiałem płyty z Marty Friedmanem -- a to co Rudy robi obecnie dla mnie niestety jest nijakie…
Pod względem porwania publiki, to raczej nie można było narzekać. Oglądałem występ Anthrax z Bushem na zeszłorocznym Sonisphere i w porównaniu z tegorocznym, nie widzę wyższości Busha w tym temacie. Natomiast wspomnień mam mnóstwo, bo ich muzyka towarzyszyła mi w młodości i szczerze mówiąc, nie miała zbyt dużej konkurencji.
P.S. Jestem jeszcze starszy, ale to nie powód do dumy i nie czuję wyższości nad rozsądnie wypowiadającą się młodzieżą.
Też jestem starym dziadem (rocznik 1972), powodu do wspomnień nie mam bo w tamtych czasach raczej w Polsce Anthrax na żywo nie występował -- stwierdzam tylko subietywnie że w moim rzekonaniu Bush jest lepszym wokalistą i przede wszystkim znakomitym frontmanem, który potrafi “porwać” publikę -- podobnie jak uwielbiam Kill’em all, ale nikt mi nie wmówi że “wokal” Hetfielda na tym albumie był świetny bo pomyślę że kpi lub jest głuchy…
Jak znam życie, to przy Anthraxie z Bushem jeszcze mniej by machali główkami, a tak stare dziady takie jak ja, mięli powód do wspomnień. Swoją drogą przesłuchałem zestaw starych nagrań z Bushem, a następnego dnia ten sam zestaw z Belladonną i doszedłem do wniosku, że Bush mimo mojej sympatii do niego jest strasznie monotonny. Belladonna znacznie więcej kombinował wokalnie.
No właśnie widziałem na Bemowie ten back -- parę osób pokiwało główkami, stary dziad coś tam powrzeszczał i ubrał sobie pióropusz… Niestety WIELKI ATHRAX się skończył -- za Johna Buscha “wyszli z dołka” rozwinęli skrzydła i grali super muzę.
Tak jak Metallica jest tym czym jest bo nie nagrywa w kółko kopii Kill’em all (skądinąd świetnej ale nie dorastającej do pięt Masterce, And Justice, Black album, St Anger czy Death magnetic) tak Anthrax stał się wielki dzięki okresowi z Buschem.
Pośpiewał, pośpiewał – i zszedł ze sceny już po 9 utworach.
po huju relacja
Tak się składa,że to właśnie dzięki dokonaniom z Belladoną zostali zaliczeni do Wielkiej Czwórki, a jeśli kogoś nudzi ich thrash to już nie mój problem. Dla mnie jest to znacznie lepszy materiał niż późniejsze flirty z grungem w wykonaniu składu z Bushem. Na szczeście “The Anthrax is back!”
Anthrax z wyleniałym Belladonną jest jak Iron z Di Anno -- z Bushem nagrali cięższe i znacznie lepsze albumy, podobnie jak Ironi z Dickinsonem -- NIC nie przebije wielkiego STOMPA -- tam mieli kapitalne melodie czad i niesamowity power -- za czasów Belladonny bawili się w rapy, nagrywali nudnawy trashyk i uciekali się do coverów…
Inaczej: Anthrax z Wielkim Belladonną jest niczym Iron Maiden z Dickinsonem. W końcu to z nim nagrali swoje najważniejsze albumy: STD i ATL. Zresztą Belladonna ma się bardziej do Dickinsona niż Bush. Nie wiem, ale to chyba sprawka tego wycia.
“Kolejny był Megadeth. Ten koncert przemilczę, z tego powodu, że Dave Mustaine wyglądał jakby ból sprawiał mu śpiew – a jego zespół to jakaś niedorobiona podróbka Metalliki. Tyle.”
Ja z kolei przemilczę tą wypowiedź…
Anthrax bez Busha jest jak Iron Maiden bez Dickinsona lu Judas Priest bez Halforda
W chwili obecnej Megadeth to taki sam “zespół” jak Guns’n'roses -- projekt solowy Dave’a Mustaine’a.
bo hejting zawsze przyciągał więcej uwagi niż propsy : ) wywiad z cliffem był nudny i temu małe zainteresowane
Nie powiedzialem male, tylko mniejsze, bo to i tak jeden z bardziej poczytnych newsow, ale zapewne masz racje -- wiecej flame -> wiecej uwagi. I wez tu znajduj motywacje do tej dobrej roboty ;]
Co mimo uzasadnionej krytyki jednak ciekawe, ta relacja jest popularniejsza (Facebook i ogladalnosc) niz np. odnaleziony wywiad z Cliffem -- raczej perelka pod wzgledem tresci i tlumaczenia, nawet jesli chlopaki zdeka zamulaja :)
“Kolejny był Megadeth (…) jakaś niedorobiona podróbka Metalliki”
Litości O.o Może i kolega nie lubi Megadeth ale ja mam wrażenie, że w ogóle nie zna tej grupy… Pojechał jak wielu wyłącznie ze względu na Metallic-e
obiektywnie muszę przyznać że jest naprawdę słabo napisana, nie będę się czepiał ogólnie bijącego z niej “Metallica jest super i cudo -- reszta to szajs nieziemski” ale jest wiele błędów i ciężko się to czyta naprawdę ciężko.
kolega raczej megadeth’u nie lubi. -.-
Żenada. To co kolega napisał o Megadeth jest po prostu poniżej wszelkiej krytyki. Również zawiodłem się na deathmagnetic.pl.
Pierwszy raz zawiodłem się na deathmagnetic.pl
Aż nie chciało się czytać wypocin kolegi…
Żenua.
Nie chcielismy nikogo zawiesc, tylko czytelnika uszczesliwic. Mozna sie z jego (nie naszymi) slowami zgadzac, lub nie, ale dyskusje prowadzisz z nim -- nie z nami. To jeden z tych newsow, ktore sa na temat, ale nie sa nasze. Jak pisalem nizej -- masz swoja relacje? Dawaj, a puscimy.
Ja osobicie sie z gosciem nie zgadzam, bo moim zdaniem Megadeth (i Anthrax rowniez, az bylem zaskoczony) wypadlo swietnie, a na codzien prawie w ogole nie przepadam za ich dorobkiem. Stalem na ich wystepie pod barierkami na GC w centrum i bawilem sie wysmienicie. Komus moglo sie jednak nie podobac -- wrzucajac czyjas relacje patrze nie na to, czy jest 100% pozytywna, albo zbiezna z moimi przezyciami (oby nie, bo wlasnie o Mecie mialem najslabsze zdanie), tylko ile pracy w nia wlozono. Nie cenzurujemy tresci.
Na Angel of Death widać Roba z tyłu
Relacja subiektywna ale w pełni się z nią zgadzam -- niestety z “wielkiej czwórki” poza Metallicą wielki był tylko Slayer!!! (choć przyznaję uczciwie że nie jestem jego zagorzałym fanem -- owszem kupuje i słucham wszystkie płyty ale nigdy nie widziałem ich na żywo, moją ulubioną poza Reign in blood, i Seasons in the abbys płytą jest nielubiana przez “prwdziwych fanów” Diabolus in musica, co więcej uważam że Slayer ma na swoich płytach sporo wypełniaczy -- utworów bez ładu i składu zagranych “na jedno kopyto” i trudnych do rozróżnienia -- no ale to moja subiektywna opinia. Behemoth -- nie poruszam tematu -- nie moje klimaty -- występ oglądnąłem jako swego rodzaju egzotykę/folklor “białe gęby”, rzyganie do mikrofonu -- gra na gitarach i perkusji całkiem strawna ale wokal plus cały image -- dla mnie niestrawienne…
Anthrax -- niestety totalna porażka -- powiem tak -- na ten zespół najbardziej czekałem (w końcu Metallicę widziałem już na żywo 4 x)- uwielbiam ich zwłaszcza za Stomp 442 i We’v come for you all (całą drogę słuchałem tych płytych w samochodzie) prawda jest taka że Bush odrodził Anthrax i nawet stare numery w jego wykonaniu brzmią lepiej -- powrót Belladonny to mniej więcej równie sensowne posunięcie co zamiana Dickinsona na Paula di Anno (w końcu z nim Ironi zaczynali). Sama setlista również “powalająca” -- na 9 utworów 3 covery…
Megadeth -- no niestety -- ciężko to nazywać zespołem -- raczej Mustaine project -- skład z okresu Contdown to extinction czy genialnej Youthanasii był wymarzony -- niestety po potwornej Risk Mustaine co chwilę zmieniał cały skład zespołu i kolejne naprawdę średnie albumy nagrywał właściwie z muzykami sesyjnymi, a w akcie desperacji nagrał ponownie stary utwór i wcisnął go na płytę co najlepiej świadczy o niemocy twórczej. Sam występ taki sobie -- choć nie wiem w jakim celu zdominowany przez utwory z jednego starego albumu..
Slayer -- w moim odczuciu “czapki z głów” -- porywający pomimo że w świetle dnia…
Metallica -- no ten zespół ma poziom nieosiągalny dla innych zespołów -- to w chwili obecnej największy Rockowy (nie tylko metalowy zespół świata), w występach na żywo nikt im nie dorównuje (kiedyś jeszcze było U2, ale obecnie muzyka w ich występach zeszła na 2 albo nawet 3 plan -- dominują efekty wizualne i błyskotki, a sami panowie mają od kilku lat problem z nagraniem dobrej/równej płyty, o spadku formy może świadczyć nawet wybór Get on your boots na singiel..). Jedyne czego można się doczepić w przypadku występu Matallici to setlista -- jeśli festwal nazywa się TRASHOWY i występują jako wielka czwórka TRASHU to nie powinni grać 4 ballad….!!!!
W moim odczuciu powinni zagrać Fight fire with fire, Battery, Damage inc., Whiplash, Harvester of sorrow czy też coś dawno nie wykonywanego na żywo: Lepper messiah, Orion, jeśli z Load/Reload to Bleeding me.
Marcinie Zabłocki -- chłopie -- podniosłeś mi ciśnienie !
rzeczywiście tego nie da się opisać ale można próbować było masakrycznie zajebiście pozdrawiam
Niestety to jedyna relacja, jaka nam nadeslano. Jesli macie ochote napisac wlasne, oby tylko lepsze, chetnie przyjmiemy i opublikujemy.
relacja z koncertu? relacja na pewno nie, bo to słowo odnosi się do obiektywności. i na pewno nie z koncertu, bo to by oznaczało, że ze wszystkich występów, a nie tylko Mety i Slejera. “Pośpiewał, pośpiewał – i zszedł ze sceny” o Anthraxie? litości, o ich występie można było napisać dużo więcej!
Sorry, ale czasami wstyd mi za fanów Metallici… Takich jak ten. Nie lubię Behemotha, więc jest do niczego, bo JA wiem wszystko. Mustaine miał problemy ze śpiewem, więc trzeba ich ukamienować, nie wspominając o tym, że występ pod względem muzycznym był bezbłędny. Slayer jak Slayer, nie ma za co zjechać, to się przemilczy. I połowa tekstu poświęcona Metallice -- nie ukrywajmy, to relacja z koncertu Metallici i ich supportów, a nie ze Sonisphere. Sorry, nie mam tego nawet siły czytać do końca. Podejście przedszkolaka.
Taa, zwłaszcza Anthrax…
znawca3, znawca2 -- wielcy znawcy ortografii się znaleźli…
‘Chyba anty-relacja, albo wzór jak nie należny pisać relacji. Niech sobie ten czytelnik zapoda balladki metalliki na youtube a nie bierze się do pisania.’ -- sam sobie człowieku zapodaj ballady Mety. albo nie bądź większym hardkorem i posłuchaj Bibera.
nie wiem czemu się czepiacie, że gościu nie rozpisał się o Megadeth, a napisał wręcz rozprawkę o reszcie -- to jest jego relacja. jego zdanie. napisał to tak jak sam chciał. a że występy Slayera, Anthraxa i Metalliki podobały mu się bardziej niż występ kapeli Rudego to już osobista sprawa autora.
:)
Sza, bo znawca dobrze prawi. To miała być relacja z Sonisphere, a wyszło coś w stylu Metallica i Inne Bydlęta.
I poza tym -- “tę stronę”, a nie “tą stronę”.
BUUUU….
Dla niego (autora) miało to być metalowe show, a nie śpiewanie ballad. Mnie też ten Nothing już wkurza, a że dla Ciebie “znawco” Metallica kończy się właśnie na balladach, to zachowaj to dla siebie,nie krytykuj innych za to że ich nie lubią. Wszyscy są tacy cwani, a jakoś od 16 czerwca nikt poza autorem powyższego tekstu relacji nie napisał na tą stronę…
I poza tym -- przed “a” w zdaniu stawia się przecinek “znawco”.
Chyba anty-relacja, albo wzór jak nie należny pisać relacji. Niech sobie ten czytelnik zapoda balladki metalliki na youtube a nie bierze się do pisania.
Się kolega o Megadeth rozpisał…
Ból, to sprawia czytanie tego. I resztę też przemilczę.
nie obrażać megadethu proszę!
“chuj” był lecz na początek James (chyba dowiedział się co to u nas znaczy :D) krzyknął “chu..” a tłum pięknie dokończył :D
No i “chuj” jak z Nimes też był ; ).
“Lars, standardowo rzucił swoim kubełeczkiem z napojem w publiczność” Kubełeczek Co to jest?:) Chyba miales na mysli kubeczek;)