Miałem na ten koncert nie jechać, odpuścić. Postanowiłem to sobie już w zeszłym roku: w 2011 nie jadę na Metallikę. Wystarczy. Przecież i tak grają cały czas to samo, jestem znudzony, wolę zobaczyć inne kapele. Taki stan utrzymywał się praktycznie do końca – gdy okazało się że wszyscy dokoła wybierają się na jakiś gig. Ruszyło mnie, bilet na The Big4 do Gelsenkirchen kupił mi na ebayu Menios. Wszystkie wejściówki wyprzedały się jak świeże bułeczki, więc trzeba było kombinować naokoło.
Moja wina, moja wina, moja jakże wielka wina! Gdybym nie zaliczył koncertu u naszych zachodnich sąsiadów, na pewno płakałbym teraz z zazdrości usłyszenia pierwszego od dawien dawna unikalnego setu nie zawierającego (wreszcie!) Nothing Else Matters.
Po zakupie biletu czekałem na wyjazd z zupełnym spokojem, nie wiedziałem jeszcze co mnie czeka i nastawiałem się na ziewanie podczas zamykającego set Seek&Destroy. Do przejechania było całkiem sporo kilometrów: wyjazd z Warszawy do Poznania (pociągiem) a potem busem (przez Wrocław!) do Gelsenkirchen. Kawałeczek, sprawdźcie sami.
Wyruszyłem już dzień przed koncertem, pociąg z Warszawy, godzina 22:40 – a że ów pojazd jechał niestety aż do Świnoujścia (nad morze), możecie sobie wyobrazić, co działo się na peronach odnawianego właśnie Dworca Centralnego. Ludzie wysypujący się z peronu na tory zniechęcili mnie po raz drugi – po raz pierwszy odczułem stres przy kasie, której nie sposób było znaleźć, a bilet kupiłem na 4 minuty przed odjazdem.
No ale do rzeczy – trwająca prawie 4 godziny podróż w pozycji stojąco – półsiedząco – leżącej nie należała do najprzyjemniejszych. Praktyczne zero snu sprawiło, że odnalezienie busa stojącego w pobliżu Dworca Głównego w Poznaniu było prawdziwą ulgą. Szybkie cześć do znajdujących się w środku osób (praktycznie nikogo znajomego – jak się okazało) i uderzam w kimanko, bo słońce myślało już pomału o wzniesieniu się ponad horyzont. Kolejne niezbyt wygodne miejsce – pomyślałem, układając głowę na… szybie autobusu. Po kilku godzinach byliśmy we Wrocławiu, gdzie zebraliśmy kolejnych kilka osób (w tym Radka, poznanego przeze mnie rok temu w Budapeszcie!). W momencie, gdy dojechaliśmy do granicy, byłem zmęczony. Miałem za sobą dobre 9 godzin podróży i jedynie niewielką ilość snu. Jeśli mam być szczery to po raz pierwszy pomyślałem sobie, że w zasadzie to nadal nie wiem, po co jadę zobaczyć Metę i usłyszeć znowu Creeping Death jako otwieracz stadionowego koncertu. No cóż, starość nie radość.
Nie warto się chyba skupiać nad przebiegiem dalszej podróży. Była stosunkowo męcząca z powodu niezbyt komfortowych warunków jazdy oraz długiej drogi przed nami. W trakcie mieliśmy 2 czy 3 przystanki i niestety muzykę disco/radio praktycznie przez całą drogę. What The Fuck! Kolejne godziny mijały, kilometry nabijały dziesiątki na liczniku, gdy nagle okazało się, że jest już stosunkowo późno, a do przejechania jeszcze szmat drogi. Niestety, pierwsze przypuszczenia co bardziej niecierpliwych sprawdziły się. Około 150km przed Gelsenkirchen otrzymałem pierwszego smsa od któregoś ze znajomych (których na Veltins Arena było wtedy kilkoro) z pytaniem gdzie jesteśmy. Po kolejnej chwili: „Zaczyna się” i dalej „Anthrax gra od 15 minut”! Jeszcze jakiś czas temu wkurwiłbym się niemiłosiernie. Niemożność zobaczenia Anthraxu a kto wie – może i kolejnych kapel – to byłaby prawdziwa katastrofa. W busie też dało się odczuć pomału nerwową atmosferę – bo niby co może być gorszego niż jazda busem i niemożliwość zrobienia niczego, aby przyspieszyć drogę przed nami?
Trudno – jechaliśmy dalej i stosunkowo szybko przejechaliśmy mały koreczek przez samym celem. W tym momencie wtrącę tylko słówko o jakości niemieckich dróg, która jest po prostu genialna. Wszędzie dwupasmowa autostrada, obwodnice miast (nie musieliśmy przejeżdżać przez ani jedno!) i zero dziur przez setki kilometrów – ciekawe, kiedy my będziemy mogli się pochwalić takimi warunkami jazdy…
Na miejsce dotarliśmy około godziny 18:15 (?) i wiadomo było, że jesteśmy spóźnieni na Anthrax i kawałek Megadeth. Na szczęście za Anthraxem nigdy nie przepadałem, a Megadejwa widziałem 3 miesiące wcześniej, także ze swojej strony czułem się (w miarę) komfortowo. Mały spacerek i Veltins Arena w całej okazałości! Wielki stadion, a może raczej hala z otwieranym dachem… już z zewnątrz wyglądała okazale. Bramki, kontrola biletów i wejście okazały się zupełnie bezproblemowe. Z wniesieniem aparatu nie było żadnych problemów, nikt w ogóle nie sprawdza ludzi pod tym względem. Przyspieszyliśmy kroku (szedłem z 2 kolegami z busa) i weszliśmy do tunelu prowadzącego do środka a tam… jezusmaria!! OLBRZYMI stadion z tysiącami ludzi w środku. Praktycznie nie widać końca, wielkie, gigantyczne trybuny z ludźmi usadzonymi aż pod samym dachem – niesamowite, niesamowite wrażenie! Nigdy nie widziałem aż tak wielkiego obiektu. Nie potrafię ubrać w słowa wrażenia, jakie miałem tuż po wejściu do Areny, ale dolną szczęke miałem naprawdę na ziemi. Podobno stadion w Gelsenkirchen jest najnowocześniejszym obiektem w Europie. Porównać go mogę tylko do Telenor Arena w Oslo, gdzie również jest pełnowymiarowe boisko piłkarskie, jednakże Telenor jest sporo niższy i przez to sprawia wrażenie mniejszego. Ma-sa-kra!
Wchodziliśmy bokiem – gdzie jest scena?! Tutaj! Tuż obok, po prawej, bardzo, bardzo blisko! Na szczęście miałem bilet FOS (Front Of Stage – takie nasze Golden Circle) i nie mogłem sobie wymarzyć lepszej miejscówki. Megadeth na scenie, mniej więcej w połowie setu. Pamiętam, że 2 lub 3 piosenką po wejściu na stadion był „Headcrusher” z genialnego „Endgame” także nie było jeszcze aż tak źle. Anthrax out, Megadeth od połowy, ale co przed nami!
O samym Megadeth nie będę się rozpisywał, fajny set, dobre brzmienie, podobało mi się. Zresztą lubię Megadeth, mimo był to już mój trzeci raz, jak widziałem ich na żywo, to podobało mi się – chociaż przyznam szczerze, że ani razu z tych trzech mnie nie porwali.
Postanowiłem przejść nieco bliżej, na środek sali, z czym nie miałem większych problemów. Chciałem dotrzeć do Meniosa i Kasi, którzy stali przy barierce po lewej stronie sceny, jednak gdy okazało się, że stoję w super miejscu i to na samym środku, odpuściłem. Minęło kilka kolejnych minut, na scenie rozpakowywano właśnie Slayera. Nigdy za nimi nie przepadałem. Ich muzykę uważałem generalnie za w większości bezmyślną łupankę – do czasu. Na Sonisphere Festival w Warszawie, gdzie widziałem ich po raz pierwszy na żywo, zrobili na mnie olbrzymie wrażenie – chyba nawet większe, niż sama Metallica z nudnym i przewidywalnym do bólu występem. Potem w Łodzi podczas European Carnage Tour było dokładnie tak samo, więc i tym razem naprawdę chciałem ich zobaczyć. Zaczęli potężnie i konkretnie, bez owijania w bawełnę. Nie będę się skupiał na ich występie, ale ogólnie rzecz biorąc bardzo mi się podobało. Do tego stopnia, że już po Slayerze byłem już nieco zmęczony i musiałem chwilę odetchnąć. Setlista typowa, ale mocna, nagłośnienie dobre, power na poziomie. Slayer miał wielu swoich fanów pośród publiki, widać było, że niektórzy ludzie przyszli głównie na nich. Dało się też odczuć zadowolenie samego zespołu i ciągłe uśmieszki Tomka Arayi, który w sumie wszystkich już do tego przyzwyczaił. Zamiast Jeffa Hannemana na gitarze wystąpił Gary Holt z Exodusu i tym samym widziałem Slayera trzy razy z trzema różnymi gitarzystami. Najs.
Czas na krótką przerwę, teraz już wiemy, co miało się wydarzyć się dalej, ale podczas oczekiwania na kolejny występ nie wiedziałem nic. Zacząłem się zastanawiać, czy Metallica wskrzesi we mnie jeszcze ten ogień, który rozpalał choćby zeszłoroczne, halowe koncerty w krajach bałtyckich. Czy w ogóle warto było jechać tyle drogi, załatwiać bilety, męczyć się tyle. Prawdopodobnie po raz kolejny na scenę wejdzie zespół, który odegra męczący set z Creeping Death na początku i Seek&Destroy na końcu, że nie usłyszę ani jednego nowego utworu i że generalnie rzecz biorąc – wrócę do domu z mieszanymi uczuciami oraz postanowieniem, że to był błąd.
Mijały kolejne minuty a scena została uprzątnięta i rozstawiona w zawrotnym tempie. Niewiele się działo oprócz tego, że zauważyłem dziennikarza (?) pokazującego osobom w pierwszym rzędzie dzisiejszą setlistę! Właściwie to nie chciałem wiedzieć co jest tam napisane, ale w tym momencie domyślacie się już w którym miejscu stałem. Był to 4-5 rząd na samym środku sceny i jasnym było że w trakcie koncertowych przepychanek uda mi się wcisnąć jeszcze bliżej! Starym zwyczajem czas umilała wszystkim muzyka, która w końcu doprowadziła nas do „It’s a Long Way To The Top” z repertuaru AC/DC. Wszystko jasne. Odczuwam coraz to większe podniecenie, mimo, że jeszcze 5 minut wcześniej spokojnie czekałem na rozwój wydarzeń. Meta znów zaczyna od AC/DC a nie tak jak to bywało ostatnio od kawałka Saxon. To dobrze wróżyło i przypominało najlepiej kojarzące się mi koncerty Metalliki, jakie widziałem na żywo i nie tylko.
Gdy zaczęły się jarzyć boczne telebimy wyświetlające fragment „The Good, The Bad & The Ugly”, a z głośników popłynęły pierwsze takty Ecstasy of Gold – wszystko wróciło. Gęsia skórka, podniecenie, przyspieszone bicie serca. Tak! Metallica to zespół, który mimo upływu lat, mojego większego czy mniejszego znudzenia oraz wypalenia się, nadal przypomina mi, jakich płyt słuchałem we wczesnym ogólniaku! W takich chwilach czterej jeźdźcy są kapelą, która bez wątpienia bije wszystko na głowę i nieważne, czy Kirk zepsuł jedną lub więcej solówek, a Lars nie nadąża z prawidłowym tempem utworu. Przecież nie o to chodzi! Tallica 4life!
Zaczęło się. W tłumie panował niezły ścisk, ale jak zwykle nie odpuszczam. Wbiega Lars, już słyszę pierwsze brzdąknięcie struny, które dla mnie brzmi oczywiście jak Creeping Death. Ale ale. Chwila chwila. Coś kombinują, ślizgają się po kolejnych progach… uderzenie w werbel… wtf!??! Hit The Lights!?!?! W ciągu tego (wyczerpującego fizycznie na samym wstępie) kawałka po prostu dobrze się bawiłem – nowy kawałek z przodu i totalne zaskoczenie. Już w tym momencie koncert był dobry, ale pod koniec utworu w głowie samo pojawia się pytanie – co dalej. Czy to tylko pojedynczy wybryk, czy może będą kombinować coś jeszcze? Słychać było jeszcze ostatnie rytmy Lights, kiedy zespół jak na zawołanie skończył grać i od razu odpalił rakietę zwaną Master of Puppets. Zgłupiałem i nie wiedziałem czy to, co widzę tuż przed sobą, dzieje się naprawdę. Po tak udanym początku, trzeci Shortest Straw oraz Seek jako czwarty kawałek sprawił, że już wiedziałem, iż występ z Gelsenkirchen zapamiętam na dłuuugo, a koncert na którym właśnie byłem na pewno nie jest moim ostatnim. Ogólnie rzecz biorąc przestało mnie też interesować, co wydarzy w kolejnej części setu. Początkowe utwory miały w sobie taką dawkę zaskoczenia i energii, że z powodzeniem wystarczyłyby, aby już wtedy wspominać ten występ mega pozytywnie.
Nie będę się rozpisywał jak po kolei wyglądała setlista – bo i tak nie uda mi się przekazać wszystkich wrażeń towarzyszących fanowi Metalliki na ich koncercie. Wspomnę tylko o dwóch perełkach, które pojawiły się z biegiem czasu. Jako pierwszą wymienię tu The Call of Ktulu, które – praktycznie nigdy nie grane – zaskoczyło chyba najbardziej. Przyznam szczerze, że po kliku sekundach myślałem, że Metallica zacznie jednak No Leaf Clover, ale bardzo dobrze, że się myliłem i wątpię, abyśmy często słyszeli ten utwór w przyszłości. Po niezwykle (!) głośnych wybuchach na One i przeklętym już przeze mnie Blackened (grają to zawsze, zawsze gdy jestem na koncercie) nadszedł czas na bisy, podczas których mieliśmy okazję usłyszeć Am I… Nie nie, nie Am I Evil?, a Helpless w wykonaniu „Wielkiej czwórki”, a właściwie to trójki, gdyż żaden z panów ze Slayera nie mógł, albo raczej nie chciał pojawić się na scenie. Historyczna chwila, historyczne wykonanie – czego można chcieć więcej!
- Hit the Lights
- Master of Puppets
- The Shortest Straw
- Seek & Destroy
- Welcome Home (Sanitarium)
- The Memory Remains
- All Nightmare Long
- Sad But True
- Wherever I May Roam
- The Call of Ktulu
- One
- For Whom the Bell Tolls
- Blackened
- Fade to Black
- Enter Sandman
- Helpless (w/ Megadeth & Anthrax)
- Battery
- Creeping Death
Zamykaczem, który sprawiał wrażenie, jakby został zagrany na życzenie publiczności, był Creeping Death, który na końcu brzmi około 7 razy lepiej, niż na początku koncertu! Ogólnie koncert i setlistę wszyscy fani zapamiętają na długo. Po raz pierwszy od kilku lat (?!) w Metallica czuć powiew świeżości i radochę z grania kolejnych utworów. Zdziwione miny, wyczekiwanie na kolejny utwór i przede wszystkim ciekawość rozwoju wydarzeń na scenie to charakterystyczne cechy koncertu w Veltins Arena.
Oczywiście Metallica oprócz tego, że jest niekwestionowanym liderem thrashu, jest także olbrzymią machiną do zarabiania pieniędzy. Niestety po raz kolejny miałem okazję usłyszeć ze sceny, jak to bardzo Metallica kocha Niemcy, i że zespół na pewno jeszcze nie raz wróci do naszych zachodnich sąsiadów, bo przecież nie można inaczej. Trochę smutno, chociaż z drugiej strony lepszy rydz niż nic – nie jestem osobą która marzy o kolejnych występach w Polsce, ponieważ tych nie było zbyt wiele i zapewne już nie będzie.
Po koncercie nastąpiło pożegnanie, ukłony, a w publiczność poleciały setki kostek gitarowych oraz kilka pałeczek perkusyjnych. Łowy były słabe, przywiozłem tylko jedną, czarną kostkę Hetfielda – jednak zapewne wiele osób marzyłoby i o takiej pamiątce dlatego jestem zadowolony i z przyjemnością uzupełniam skromną kolekcję.
Podsumowując – koncert w Gelsenkirchen był niezwykle udany! Moje malkontenctwo zostało bardzo skutecznie powstrzymane przez sam zespół, czemu do dziś nie mogę się po prostu nadziwić. Nieprzewidywalny set, dobre wykonanie, brak Nothing Else Matters, oraz 2 utwory nie słyszane przeze mnie wcześniej live! Do tego fajna atmosfera i ciekawe „supporty” sprawiły, że prawdopodobnie przestanę już mówić, że nigdy więcej nie pojadę na Metallikę. Jeśli będzie taka okazja i zespół będzie w zasięgu moich możliwości to kto wie, może wybiorę się gdzieś jeszcze. Tym bardziej, że muzyka to wg. mnie tylko połowa tego, co nazywam przeżyciem koncertu. Ludzie tworzący klimat są równie ważni, jak sam występ – tutaj z tego miejsca pozdrowienia dla Kasi i Meniosa, Moniki i Krzyśka, Alexa i wszystkich osób, z którymi miałem tylko telefoniczny kontakt tego dnia (Piotrek!). Pozdrawiam także moich współtowarzyszy z busa, którzy również bez wątpienia tworzyli pozytywny klimat tego wyjazdu. Mimo, że poznałem tylko niektórych a w busie jakoś nie było tego dnia zbytnio zabawowo, pozdrawiam i mówię do następnego razu! Podróż powrotna w strugach deszczu zajęła w moim wypadku jedyne 14 godzin, co po koncercie nie było już żadnym problemem.
Dla takich chwil jak te w Gensenkirchen jeździ się na koncerty i wspomina stare dobre czasy, gdy odkrywało się jeszcze muzykę czwórki z San Francisco. Lata mijają, ale okazuje się, że muzyka się nigdy nie starzeje. Keep rocking Metallica!
Didymos
