Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami i obietnicami, zapraszam do przeczytania mojej relacji z koncertu, który odbył się 7 maja 2009 w Lipsku, w Niemczech. Jak już zapowiadaliśmy także w naszym serwisie, koncert w Lipsku – jako, że jest to stosunkowo niedaleko, zgromadził całkiem sporą rzeszę fanów z Polski, w tym mnie, szefa interesu zwanego DeathMagnetic.pl, ukrywającego się od czasu do czasu pod ksywą Didymos.
Całość tekstu zawierać będzie moje osobiste odczucia na temat tego co zobaczyłem i przeżyłem 7 maja 2009, postaram się to opisać ze szczegółami. To, że udało mi się pojechać do Lipska, to szczerze mówiąc trochę przypadek – bilet zdobyłem dosyć wcześnie, ale ‘po znajomości’ i bez uprzedniego planowania. Decyzja o wyjeździe została jednak podjęta szybko, mimo, iż mam teraz trochę zmian i nie wiedziałem jak to będzie. Szczęśliwie już na około miesiąc przed koncertem wiedziałem, że wszystko ułoży się co najmniej dobrze. I nie myliłem się.
Podobnie jak około 20 innych osób jechałem busem z Topbilety.pl – od razu ukłony ode mnie dla szefa – Wojtka Kotyli, za organizację i załatwienie biletów na koncert. Serwis Deathmagnetic.pl współpracował z Topbilety.pl już od ponad miesiąca przed wyjazdem – my, jako serwis dla fanów, umieściliśmy na naszych stronach dosyć obszerne info o wyjeździe. Żeby nie było zbyt łatwo, wyjazd busa był z Katowic, Gliwic, lub Wrocławia – świetnie, gdybym mieszkał gdziekolwiek na południu – ale nie mieszkam. Czekała mnie zatem wycieczka z Warszawy do Katowic i to tak, aby zdążyć na odjeżdżający o godzinie 7.00 rano bus.
Pamiętam, że pociąg do Katowic miałem o godzinie 00:35 (wyjście z domu o 23:30, 6 maja), natomiast na miejscu miałem być już o 4:20 – cóż, życie. Na szczęście nie jechałem sam. Już w Warszawie poznałem dwóch super gości – mówię to u Marku (Lipsk to jego 9-ty koncert) i Darku – do których kontakt miałem jeszcze przed wyjazdem w celu zgadania się i pojechania razem do Katowic. O chłopakach (ich zespół Anestezja, znany przez wszystkich z busa hehe) warto wspomnieć, naprawdę super goście. Jeśli chodzi o samą drogę do Katowic to raczej nie ma o czym pisać, no, może oprócz tego, że w pociągu wypiliśmy sobie coś na drogę, oraz poznaliśmy urocze starsze małżeństwo, wracające właśnie z Maroka 😉 Zgodnie z planem, o 4:20 byliśmy w Katowicach i po krótkim postoju na dworcu w celu zjedzenia czegoś, za moją namową, potoczyliśmy się zobaczyć Spodek (który jest przecież niedaleko), aby ocenić, czy jest już gotowy na przyjęcie Metalliki w 2010 roku 😉
O 7:00 rano, zgodnie z planem, spotkaliśmy się z pozostałymi uczestnikami naszej wycieczki, którzy jechali z nami jednym busem – całość ekipy rewelacyjna, chociaż – i tu proszę, wybaczcie – nie pamiętam wszystkich waszych imion, albo ksywek, jeśli to czytacie, ujawnijcie się proszę w komentarzach. Z osób, które znałem już wcześniej z koncertowych wojaży był tylko Marmetal z którym we wrześniu ubiegłego roku atakowaliśmy Death Magnetic Release Party w Berlinie.
Podróż do Lipska (Leipzig) była stosunkowo szybka i zajęła nam około 8 godzin (w Lipsku z tego co pamiętam byliśmy około 15:00). I tutaj kolejny wielki plus dla załogi busa, która nie chciała co 5 minut przystawać na siku – przystanki robiliśmy w sensownych odstępach, kolejne kilometry mijały w bardzo miłej atmosferze. Oczywiście byłoby kompletnie nudno, gdyby podczas podróży nie wydarzyło się kompletnie nic „ciekawego”. Tuż po przekroczeniu granicy zostaliśmy zatrzymani i wylegitymowani przez niemiecką policję – na szczęście była to tylko rutynowa kontrola, która nie zajęła więcej niż 10 minut. Sam Lipsk zza szyby autobusu wyglądał bardzo ładnie – miasto na pierwszy rzut oka jest zadbane, a budynki czyste. Po kilku minutach jest – wreszcie – Arena Leipzig, a właściwie parking – na którym oprócz sporej ilości aut, stały również autobusy jeżdżące po całej trasie koncertowej i czarne ciężarówki ze znanymi napisami Transam Trucking Limited.
Arena Leipzig prezentuje się bardzo ładnie, chociaż nie jest to jakiś wielki moloch widoczny z daleka. Szczerze mówiąc, spodziewałem się że hala będzie o wiele większa. Co zwraca uwagę to na pewno niemiecka precyzja przy organizacji – wszędzie było czysto i schludnie, na samochody na parkingu były kierowane przez wyznaczone do tego osoby… Pamiętajcie, że koncertu w Lipsku nie można porównywać do wielkich stadionowych show w stylu Chorzowa. World Magnetic Tour, które w znakomitej większości odbywa się w zadaszonych obiektach, to raczej kameralne koncerty (jeśli w ogóle takiego określenia można użyć, szczególnie jeśli chodzi o koncerty Metalliki). Nie ma tutaj dzikich tłumów i walki o zajęcie jak najlepszych miejsc… No, ale po kolei.
Przed Areną prawdziwy piknik, było około 15:00, a przed wejściem tylko kilkadziesiąt znudzonych osób. Hostessy rozdają ulotki wszystkim przechodniom, zaraz przy wejściu namiot z napisem „Official Merchandise”, w którym można było kupić całkiem fajne koszulki (cena 30 Euro), ale nie tylko. Tuż obok kiełbaski i stoisko XBOX360, na którym można zagrać w Guitar Hero: Metallica – kilka osób próbowało i chyba nieźle się bawili. Kolejek praktycznie żadnych – chcesz zagrać? Nie ma sprawy – kiełbaska lub piwo – musisz stanąć w kilku osobowej kolejce – ogólnie wygląda to zupełnie inaczej niż na koncertach tego typu w Polsce.
Długo nie myśląc, wraz z kilkoma osobami z busa, postanowiliśmy zwiedzić najbliższą okolicę – a że tuż obok znajduje się olbrzymi Zentral Stadion – na którym mecze rozgrywa m.in. piłkarska reprezentacja Niemiec, to postanowiliśmy go zobaczyć. Po krótkim spacerze okazało się, że wejść na koronę stadionu się nie da… niestety. Tak więc zrobiliśmy sobie kilka zdjęć i poszliśmy powrotem w kierunku Areny. W momencie, gdy to czytacie, na pewno wszystko wydaje się, jakby minęło w 5 minut. Otóż nie, początkowe „zapoznanie się” z miejscem na które właśnie dotarliśmy, obejrzenie koszulek, spacerek w kierunku stadionu – to wszystko trochę trwało. Gdy postanowiliśmy już, że zostajemy w okolicy bramek, było około 16:00, może nawet nieco później. Wtedy właśnie zdzwoniłem się z moim znajomym – Robertem z Krakowa. Wcześniej ustaliliśmy, że spotkamy się w Lipsku, chociaż przez Internet znamy się już kilka ładnych lat, od czasów, kiedy to jeszcze namiętnie zajmowałem się zbieraniem bootlegów Metalliki. Widać trzeba było przejechać tyle kilometrów, aby wreszcie się spotkać. W tym miejscu baaardzo serdeczne pozdrowienia dla Roberta, który okazał się naprawdę super gościem! Robert dzień wcześniej był na koncercie w Monachium, a Lipsk to jego 15ty koncert – zostawiam to bez komentarza. Po krótkiej rozmowie, kilku fotkach, zapoznaniu się z resztą ekipy, itp., Robert pokazał nam kilka zdjęć z dnia poprzedniego i za jego namową poszliśmy na drugą stronę hali, gdzie znajdowało się drugie wejście.
Ludzi było tam jeszcze mniej niż przy wejściu pierwszym (przynajmniej tak mi się wydaje). Spotkaliśmy tam kilka osób z Polski (z tego co pamiętam, m.in. z Kalisza – pozdrowienia dla Was!) i ustawiliśmy się w krótkiej kolejeczce do wejścia. Za chwilę miało się rozpocząć wpuszczanie do środka – jak się okazało, zaczęło się ono o 16:30 w atmosferze totalnego luzu i lajtu. Z tym, co dzieje się w Chorzowie – nawet nie ma co porównywać, nawet w Berlinie 12 września 2008 było zdecydowanie więcej ludzi. Jeśli chodzi o sprawdzanie i rewizje – jak to w Niemczech – coś takiego raczej nie funkcjonuje. Wejście polega na pokazaniu biletu, nie pamiętam czy ktokolwiek mnie dotknął i sprawdził, czy nie mam gdzieś czegoś niebezpiecznego. Dla świętego spokoju aparat, dzięki któremu teraz oglądacie wszystkie zdjęcia, miałem schowany w odpowiednim miejscu :P, zupełnie niepotrzebnie.
Wejście do hali i pierwszy rzut oka na nią – ładna, chociaż sporo mniejsza od O2 w Berlinie. Na środku piękna scena, widać już instrumenty, chociaż perkusja Larsa do końca była zasłonięta kawałkiem materiału. Czy rzuciliśmy się do barierek? Odpowiedź brzmi: nie. Ludzi wokół było co prawda trochę, ale nawet stanie w 5 czy 6 rzędzie to przecież nie katastrofa. Wraz z kilkoma osobami (Svenson, Rulon, Robert, poznany właśnie Spyro) zrobiliśmy sobie rundę tu i tam, obejrzeliśmy jak hala wygląda od środka. Oczywiście byliśmy w miejscu, gdzie na scenę wchodzi zespół – w odróżnieniu od Berlina, przejście było odgrodzone barierkami, ale to zrozumiałe – gig z Berlina był specyficzny, tutaj mogli przyjść ludzie prosto z ulicy. Ponad sceną 4 olbrzymie, metalowe trumny, ze sporą ilością świateł. Kolejne 4 trumny po obu stronach prostokątnej hali (po 2 z każdej strony). Gdy nadszedł już moment, w którym wypadałoby znaleźć jakąś stałą miejscówę, postanowiliśmy, że staniemy na środku jednego z dłuższych boków prostokąta, jakim była scena. Był to może 5 rząd, ale przed nami nie było zbyt wielu hailhitlerów. Od razu wiedziałem, że jeszcze przed Metallicą będę na pewno bliżej – nie myliłem się! Ostatecznie wylądowałem w rzędzie numer 1,5 – przede mną, przy barierkach stała ekipa z Czech i Słowacji (ich foto, wraz ze Spyro i ledwo widocznym mną jest na MetOnTour – pozdrowienia panowie!), jednak bez większego problemu mogłem trzymać się barierki.
No i przejdźmy może do samej muzyki… Na pierwszy ogień The Sword. Bardzo niepozorne chłopaki, perkusista wyglądał na kolesia, który właśnie przyszedł z miasta pograć trochę na bębnach – koszulka w paseczki itp. Zespół zagrał kilka kawałków, jednak nagłośnienie na ich występie pozostawiało wiele do życzenia – wszyscy po koncercie byli tego samego zdania, ja również. Jeśli chodzi o wokal to był on praktycznie niesłyszalny. Na pewno złe nagłośnienie było powodem tego, że występ The Sword mógł wielu osobom nie przypaść zbytnio do gustu, tym bardziej, jeśli ktoś nie zna ich piosenek. Ja znałem – słuchałem ich już jakiś czas przed koncertem i muszę powiedzieć, że grają całkiem przyzwoity kawał dobrej muzyki. Taki stoner (?) rock, rock, jakkolwiek to nazwiecie. Polecam wszystkim ich obie płyty, według mnie są naprawdę nieźli, chociaż po występnie jako suport Metaliki na pewno zbyt wiele osób tak nie myśli…
Po The Sword na scenie jak w ulu. Wybiegło około 15 panów, aby posprzątać nieco zbyteczne instrumenty i inny osprzęt – w powietrzu było już czuć atmosferę Machine Head – ta kapela już przy wymawianiu samej jej nazwy robi duuużo większe wrażenie. Pierwsze takty z piosenki Ozzy Osbourne’a – i już wiadomo o co chodzi, przecież Marchine Head zaczyna podobnie, jak Metallica The Ecstasy of Gold. Publiczność głośno skandowała „Machine Fucking Head” a w miejscu, gdzie stałem (razem ze Spyrem i tuż obok Svensonem, Marmetalem i jeszcze kilkoma osobami od nas) robiło się coraz bardziej ciasno. W momencie, gdy Machine Head zaczął grać, a Robert Flynn podbiegł w naszą stronę, aby pośpiewać chwilę akurat przy mikrofonie, naprzeciwko którego staliśmy, publika wpadła w prawdziwy szał. I tutaj chciałbym na chwilę przystopować i napisać coś o publiczności: otóż publika w Lipsku była naprawdę żywiołowa – w porównaniu do koncertu w Berlinie w 2008 były to dwa różne światy! Nad samym występem Flynna i spółki nie będę się zbytnio rozwodził – na pewno był to lepszy show niż ten z Chorzowa 2008, kiedy to Machine Head również supportował Metallikę. Nagłośnienie według mnie również nie było idealne, podobnie jak w przypadku The Sword. Sam występ był bardzo energetyczny i szczerze mówiąc trochę mnie wymęczył, a to bardzo dobrze. Podobnie jak po pierwszym występie, po Machine Head na scenę wybiegło mnóstwo ludzi, aby nieco oczyścić teren i przygotować scenę dla gwiazdy wieczoru. W pewnym momencie techniczny odkrył perkusję Larsa i zaczęło się nerwowe oczekiwanie…
Oczywiście wszystko, co do tej pory opisałem, trochę trwało. Koncerty obu kapel zajęły pewnie z półtorej godziny (nie wiem dokładnie ile), natomiast sama Metallica zaczęła kilkanaście minut po 21:00. No właśnie… Metallica… Szczerze mówiąc, nie wiem jak opisać ten koncert i te show, bo było to coś, co po prostu trzeba przeżyć, no ale spróbuję, przynajmniej bardzo ogólnie.
Dla odmiany na World Magnetic Tour przed Metalliką nie usłyszymy „It’s a Long Way To The Top” z repertuaru AC/DC, czyli wejście jest dosyć niespodziewane. Czuć atmosferę podniecenia i oczekiwania na koncert – pamiętam że tuż przed wejściem na scenę, Robert Trujillo dawał nam znaki, że za chwilę się zacznie, szarpiąc struny w basie jeszcze z backstage’u. Wszyscy czekamy, czekamy i nagle… poszczególne światła gasną, za chwilę jest już ciemno. Gdy słychać już pierwsze takty The Ecstasy of Gold, serce bije mocniej – chyba każdy fan Metalliki, który przeżył ich występ na żywo wie, o czym teraz mówię.
Muzyka gra już na całego, publiczność zaczyna nucić znaną wszystkim melodię Ennio Morricone, oczywiście włączam się w to. Po kilkudziesięciu sekundach Ecstasy cichnie, a słychać bicie serca, co zwiastuje początek That Was Just Your Life – pełna ekstaza i ekscytacja, widać już, że zespół wyszedł przez przejście z zaplecza i czterej jeźdźcy już są z boku sceny. I tutaj stop: dlaczego? W momencie, gdy jeszcze z taśmy idzie kawałek ‘Life’ i wchodzi pierwszy gitarowy riff, na scenie zaczyna się taniec laserów. To, co widziałem wcześniej na zdjęciach na MetOnTour, na filmikach, czy też gdziekolwiek indziej, nie oddaje w najmniejszym stopniu tego, jak te lasery wyglądają, gdy stoi się tuż przy barierkach na koncercie w hali. Naprawdę. To, co się dzieje na scenie, gdy różnokolorowe wiązki biegają po całym pomieszczeniu, zmieniając swoje barwy, natężenie i szerokość wiązki, jest naprawdę NIESAMOWITE. Czegoś takiego nie widziałem chyba nigdy wcześniej – oczywiście w tym momencie na scenę wybiega wielka czwórka, co tylko podsyca i tak maksymalnie już gorącą atmosferę! Są – James, Kirk, Rob i Lars – który zaczyna wybijać pierwsze takty That Was Just Your Life!
Dlatego, że stałem tam gdzie stałem, wszystko wyglądało naprawdę nieziemsko. Nie będę się tutaj rozwodził, pisał zbyt wiele ochów i achów na temat piosenek, wykonania, itp, ale po prostu uwierzcie mi, że początek koncertu na tej trasie jest cudowny, nawet w porówaniu z tym, co widziałem wcześniej w Berlinie na Death Magnetic Release Party (brak oprawy charakterystycznej dla obecnej trasy). Zaraz po Life zespół zaczął The End Of The Line – czyli zupełny standard – spodziewałem się tego – obie piosenki wyszły niesamowicie, a w publice działo się prawdziwe piekło, jednak w pozytywnym znaczeniu 😉 Z niecierpliwością czekałem, co zespół zagra jako trzeci kawałek – myślałem (niestety), że będzie to jakiś suchar, aby odrobinę odpocząć (dzień wcześniej w Monachium grali Harvestera – jak dla mnie – tak sobie). I co się okazuje – pierwszy riff! Tak! Ride The Lightning, czyli nadal wysokie tempo, co mnie zresztą bardzo ucieszyło. Pomyślałem sobie, ok – chyba koniec tego dobrego i czekałem na coś, co zwolni prędkość tego jadącego z olbrzymią prędkością pociągu – znów się myliłem. Fuel rozgrzał wszystkich do czerwoności, po czym w przypadku One stało się to w sensie dosłownym. Buchające ze sceny płomienie podgrzały nas naprawdę, na całym ciele czuć było niesamowite gorące podmuchy z ziejących jęzorów ognia – coś pięknego. Pamiętam, że w przypadku większości One, Lars siedział bokiem do nas, przy czym ani przez chwilę nie patrzył na perkusję, tylko w naszym kierunku. Pokazywaliśmy mu znaki, „pytając” czy widzimy się wzrokowo i parzymy właśnie na siebie – potwierdził skinając kilkukrotnie głową, patrząc na nas nadal – kolejne wielkie wow.
Dalsza część koncertu to BB&S, które słyszałem już po raz drugi live, My Apocalypse – grany stosunkowo od niedawna, Sad But True, którego nie chciałem usłyszeć na tym koncercie, oraz Turn The Page – piosenka, która zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Wyszła naprawdę doskonale, aż po całym ciele przebiegły mnie ciary spowodowane głębią mięsistych riffów i wokalu Jamesa. Dalej – Judas – to właśnie na tej piosence Kirk gra na bardzo nietypowej gitarze bez główki i praktycznie bez dechy – całość instrumentu to praktycznie sam gryf.
Podczas kolejnych 2-3 piosenek koncert stawał się coraz bardziej wyczerpujący – przyznaję się do tego. Wyczerpujący w sensie dosłownym, fizycznym. Po około 10 piosenkach stałem totalnie zniszczony, nadal walcząc o swoje doskonałe miejsce, w którym znajdowałem się od samego początku (staliśmy tam ramię w ramię ze Spyrem – pozdro brachu). Myślę, że w tym momencie mojej relacji powinienem wkleić set listę tego wieczoru, abyście łatwiej ogarniali co się działo na scenie.
That Was Just Your Life
The End Of The Line
Ride the Lightning
Fuel
One
Broken, Beat And Scarred
My Apocalypse
Sad But True
Turn The Page
The Judas Kiss
The Day That Never Comes
Master Of Puppets
Fight Fire With Fire
Nothing Else Matters
Enter Sandman
– – – – – – – –
The Small Hours
Trapped Under Ice
Seek and Destroy
Po Masterze i FFWF zdałem sobie sprawę, że dzieje się ze mną coś niedobrego. Mam tu na myśli zmęczenie totalne, mroczki przed oczami i brak możliwości wzięcia pełnego oddechu. Teraz to wydaje się śmieszne i przesadzone, ale wtedy nie było, zapewniam. Moja koszulka ważyła wtedy około 2kg, była totalnie, mam tu na myśli totalnie – przepocona. Pomiędzy NEM i Sandmanem po raz pierwszy w życiu musiałem odpuścić i się wycofać – zrobiliśmy to razem ze Spyrem, on najwyraźniej też już padał na twarz. Odwróciłem się, zrobiłem może 5 mertów za siebie i na twarzy poczułem bardzo zimny podmuch powietrza. Okazało się, że w okolicach samej sceny temperatura różniła się tak znacznie, że po wycofaniu się – mniej więcej w połowie odległości scena-trybuny, było po prostu zimno (sic!). Ja i Spyro zerknęliśmy na siebie i postanowiliśmy iść do buferu, który znajdował się tuż obok, aby napić się czegoś i przemyć twarz zimną wodą. Po tym krótkim zabiegu wszystko wróciło do normy, jednak stwierdziliśmy, że nie będziemy wracać w dziki tłum i resztę koncertu (praktycznie encore) obejrzymy z większej odległości (staliśmy tuż pod trybunami).
On też chciał wyjść – nie zdążył. W miejscu gdzie staliśmy, naprawdę bywało ciężko.
Jak się okazało, bisami znowu były prawdziwe perełki – czyli The Small Hours (!), które naprawdę chciałem usłyszeć i miałem rację – zagrali to (po raz pierwszy od 11 lat). Później Trapped Under Ice, kolejny killer, z którym dla mnie na zamknięcie koncertu może konkurować chyba tylko Phantom Lord, albo Hit The Lights. Całość zamknął oczywiście Seek, a piosenka wyszła naprawdę świetnie.
Cóż mogę napisać na zakończenie… To był chyba najlepszy koncert w moim życiu, chociaż na kilku koncertach już byłem i nie mówię tu wcale tylko o Metallice. Jak się okazało, cudowna czwórka z San Francisco najlepiej smakuje za czwartym razem, ale już dziś wiem, że nie był to ostatni raz. World Magnetic Tour w pełnej krasie, koncert halowy, pierwszy rząd przy barierkach, cudowne lasery, genialna setlista m.in. z The Small Hours, możliwość zobaczenia Metalliki z odległości 2 metrów (!), poznanie wielu świetnych ludzi, poczucie atmosfery święta jakim jest każdy gig Mety… To było naprawdę coś niesamowitego i data 7 maja 2009 na długo pozostanie mi w pamięci.
I jeszcze kilka spraw na koniec:
Dziękuję wszystkim, z którymi miałem przyjemność się spotkać w drodze, czy też na samym koncercie. Proszę, jeśli to czytacie, ujawinijcie się w komentarzach, nie pamiętam wszystkich waszych ksywek, imion, itp. Dzięki dla Marka, Darka, Svena, Rulona, Marmetala, Roberta, Spyro, Yanka i innych, których tutaj nieświadomie pominąłem. Przypomnijcie się!
Poniżej macie link do moich zdjęć, których – nie ma co ukrywać – kilka zrobiłem. Jeśli macie jakieś pytania, itp – proszę o kontakt, chociażby przez formularz.
Didymos
