
Moja relacja z koncertu Iron Maiden w Gdańsku/Sopocie.
Moja przygoda z wyjazdem na koncert zaczęła się trochę wcześniej niż 4 lipca, mianowicie 29 czerwca. Wtedy też wyjechałem z rodzinnego Sochaczewa w kierunku Gdańska. Wtedy też, po dojechaniu na miejsce w zasadzie od razu spacerując po Gdańskiej starówce spotkałem kilku fanów Dziewicy. Kolejne dni mijały… W dniu koncertu wyjechałem z mojego tymczasowego miejsca zamieszkania w stronę Sopotu troszkę wcześniej niż zwykle ze względu na moją chęć choćby wzięcia autografu albo chociaż zobaczenia jednego z członków zespołu a Sopot był tym miejscem w którym było to najbardziej prawdopodobne… Pokręciłem się trochę wokół Grand Hotelu i gdy już miałem odchodzić przez okno hotelu wypatrzyłem Nicko McBrain’a. Niestety wejście do hotelu było niemożliwe, a szkoda. Ale mój cel, przynajmiej po kawałku został wypełniony. Z zadowoleniem na twarzy udałem się w kierunku Ergo Areny. Po dojechaniu na miejsce ktoś z samochodu puścił Fear Of The Dark, wszyscy zaczęli śpiewać. Przemiła atmosfera.
Gdy nadeszła godzina 18. Godzina od której zaczęto wpuszczać ludzi na halę część z towarzystwa udała się w stronę wejść na płytę a ja, jako, że miałem miejsca na trybunach to jeszcze sobie posiedziałem. Kilkadziesiąt minut po 18 z braku lepszych zajęć postanowiłem wejść na halę. Pierwsze co mnie spotkało to sklep z Ironowymi gadżetami co z resztą większość ludzi z chęcią skomentowała twierdząc, że wszystkie rzeczy są „Maid-en China” :). Kupiłem sobie pamiątkową flagę i udałem się na swoje miejsce. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to otwarte przejście pomiędzy halą a kulisami. Dosyć szybko wypatrzyłem tam Nicko i Janicka udających się chyba do garderoby którzy w między czasie wygłupiali się tam, rozmawiali z ochroną itp. Występ VoodooSix. Bardzo fajna rzecz, nie znałem ich wcześniej, pozytywnie mnie zaskoczyli. Po ich koncercie zaczęła się pieczołowita budowa sceny. Minęło jakieś 40 minut podczas których czekanie umilało mi puszczone z głośników Judas Priest, Led Zeppelin i Deep Purple.
Wtedy z głośników nadszedł „Doctor, Doctor” zespołu UFO. Większość wiedziała, że to utwór utwierający koncerty IM więc nastały gromkie brawa i wykrzykiwania „Maiden!,Maiden!”. Światła zgasły, ruszyło intro Moonchild. Show się zaczyna. Szybko zwróciłem uwagę na słabe nagłośnienie, ale przy takim natłoku wrażeń z każdym kawałkiem schodziło to na dalszy plan. Set, genialny zresztą idzie dalej. Can I Play With Madness?, Afraid To Shoot Strangers. The Prisoner. Wszystkie kawałki śpiewaliśmy tak głośno, że w zasadzie moglibyśmy zastąpić w tym samego Bruce’a. Po ukończeniu The Prisoner ktoś wrzucił na scenę Polską flagę. Bruce szybko ją złapał i mówiąc, że mają w składzie jednego „pół polaka” założył Janickowi flagę na szyi. Bezskutecznie niestety próbował namówić go do wymówienia kilku słów w naszym języku, ale to i tak był jeden z fajniejszych momentów tego koncertu. Na The Trooper Janick oberwał drugą flagą, tym razem Brytyjską, tylko tym razem z lekka nie mógł jej z siebie zdjąć 🙂 Janick był ogólnie mówiąc dla mnie największą gwiazdą koncertu. Wszyscy patrzyli tylko na niego, na jego tricki z gitarą, tańce i jego zabawę z wielkim chodzącym Eddie’m podczas Run To The Hills, nie odłącznym już punktem każdego koncertu. Wasted Years zrobiło wrażenie piękną grą świateł i ogólnym wykonaniem. Zobaczyć Dave’a Murray’a dzierżącego Flying V-kę – Bezcenne. Zabawnie było gdy po solówce Adrian wraz Bruce’m spóźnili się trochę na refren i „kłócili” się między sobą kto spóźnił się bardziej.
Podczas kolejnych utworów – Number Of The Beast oraz cudownego, prawie 10 minutowego Seventh Son Of A Seventh Son pokazano sporo efektów pirotechnicznych które zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Podstawowy set zbliżał się ku końcowi. Fear Of The Dark, chyba najmocniejszy punkt koncertu znów został przez nas wszystkich solidnie odśpiewany, a podczas finałowego Iron Maiden wszyscy wpadli w dość niekontrolowany szał… Gdy Ironi porozrzucali połowę swego ekwipunku publiczności, światła zgasły i po chwili ruszyło Churchill’s Speech czyli intro do Aces High. Bruce dopasował ubiór do utworu i wystąpił w takiej samej czapce jaką ma Eddie na okładce singla. Szybko przemknęli przez ten kawałek przechodząc do The Evil That Men Do a potem do już niestety naprawdę finałowego, punkowego, Running Free. Utwór został rozciągnięnty do ponad 8 minut podczas których Bruce przedstawiał po kolej członków zespołu, ponownie wspominając o polskości Janicka. I w taki o to sposób koncert zakończył się. Zespół oddał publiczności wsztystkie swoje kostki, Nicko pałeczki i podpisane przez siebie naciągi do perkusji i po dosyć długim pożegnaniu, zapewnieniu nas, że szybko wrócą, zespół zszedł ze sceny. Dla osób które były na koncercie Ironów pierwszy raz czyli m.in dla mnie był to genialny koncert. Zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Nic tylko czekać do następnego.
Kuba Balcerski