
Witam, z tej strony Michał. Nigdy nie byłem dobry w pisaniu takich rzeczy, ale pomyślałem sobie: „co mi szkodzi”.
Koncert… żeby powiedzieć cokolwiek o koncercie Iron Maiden, chciałbym wspomnieć parę słów o tym, jak ten wspaniały zespół poznałem. Pewnie dostaniecie masę podobnych opisów i recenzji ale ciężko tak po prostu zacząć od środka.
Zaczęło się od jednego 'best ofa’ Maidenów. Słuchałem wcześniej kilku metalowych/rockowych płyt ale właśnie te 16 kompozycji mnie określiło. Najbardziej wtedy spodobały mi się numery z płyty „Seventh Son of a Seventh Son”. Przez następne lata Ironi towarzyszyli mi ciągle. Ich dyskografie znałem na pamięć. Poznałem setki (dosłownie) nowych zespołów ale to oni zawsze byli na 1-szym miejscu. Później nadeszła wieść o koncercie, w Warszawie. Nie będę się o nim rozpisywał, było to wspaniałe wydarzenie, kto był ten wie. Następne 2 lata przyniosły wiele nowych koncertów, mniej lub bardziej znanych zespołów. Stopniowo Ironi coraz rzadziej gościli w moich głośnikach, sporadycznie pojawiali się na playliście. Ciężko mi powiedzieć, czy w momencie ogłoszenia trasy byli nadal tym numerem jeden u mnie..
To chyba był listopad, w każdym bądź razie jesień. Trasa „Maiden England Europe” została ogłoszona. Dwa koncerty w Polsce. Kiedy któryś z lubianych przeze mnie zespołów ogłaszał koncerty w Polsce to moja ekscytacja tym dzieliła się na 3 fazy: kiedy dowiaduję się o koncercie, kiedy kupuję bilety i kiedy zaczyna się koncert. Tak też było w tym przypadku. Przez pierwsze 2-3 dni nie wiedziałem co ze sobą zrobic. Chciałem już tam jechać. Potem jakoś się uspokoiło, aż do momentu zakupu biletów. Świadomość, że mam w ręku wejściówkę na to wspaniałe wydarzenie… Kupiłem bilety w pierwszym dniu sprzedaży, co było dobrą decyzją ponieważ szybko zeszły. I znów ten spokój.
Aż do 3 lipca. Ciężko było usiedzieć pod Atlas Areną do 18 ale jakoś się udało. Po supporcie się zaczęło. Nie będe się rozpisywał nad setlistą, każdy może sobie ją znaleźć w internecie. Najważniejsze, że pojawiły się ukochane przeze mnie kawałki z „Seventh Son”. Zawsze marzyłem o usłyszeniu Moonchild czy tytułowego numeru – i udało się. Oczywiście nie zabrakło klasyków, ale bardziej zależało mi na tych mniej ogranych numerach. Moją szczególną uwagę zwróciły dekoracje w stylu siódmej płyty – zamrożony Eddie robił wrażenie, nie zabrakło go również na scenie. Jednak najwspanialszy pojawił się w „Siódmym Synu”, a raczej jego górna połowa. No i zawsze kiedy koncert jest dobry, to wszystko kończy się zbyt szybko…I pomimo tego, że obecnie mało słucham IM, to jednak pojawiły się łzy szczęścia, że po raz kolejny mogę oglądać jak chłopaki grają, skaczą po scenie i robią widowisko, że to dla nich nie tylko sposób na życie ale coś co kochają, i za co ja ich kocham. Że pomimo tych dwudziestu paru większych wydarzeń na których byłem nadal to właśnie oni przodują w tym wszystkim. Nie żałuję wielu godzin spędzonych w podróży, kolejnych pod halą i następnych po koncercie, warto było kolejny raz spotkać się z Brucem i ekipą (może nie bezpośrednio ale zawsze coś). I mam nadzieję, że panowie wpadną do nas znowu za rok czy dwa a ja będę mógł się tam pojawić. W końcu do trzech razy sztuka.
Pozdrawiam, Michał