
Mogę z całą pewnością powiedzieć, że był to jeden z najbardziej magicznych wieczorów w moim życiu. Nigdy nie przeżyłam czegoś, co może równać się z zobaczeniem swojego ukochanego zespołu na scenie. Te emocje, które towarzyszyły mi już tydzień przed nie pozwalały mi normalnie funkcjonować. Na zmiane wpadałam w radość, za chwilę miałam ochotę płakać, śmiałam się jak szalona albo szlochałam. Trudno jednak zachować spokój!
Z Iron Maiden na poważnie zaczęłam rok temu. Zaczęło się od składanki The Best of , która naprawdę mnie zainteresowała. Muszę przyznać, że wcześniej znałam ich jednak było coś co mnie, nie wiem, drażniło? Teraz jednak dziękuję Bogu, że wciągnęło mnie na dobre. Później jakiś impuls i kupiłam biografię, którą pochłonęłam wzrokiem w dwa dni. Później płyty, oglądanie koncertów i wpadłam na dobre.
O koncercie Iron Maiden w Polsce dowiedziałam się od mojej siostry ciotecznej – Martyny (z którą zresztą pojechałam na koncert). Było to pewnego ciemnego przygnębiającego dnia w listopadzie. Myślałam, że wyjdę z siebie! Wszystko jakby wokół stało się piękniejsze, kiedy dowiedziałam się że za ponad 7 miesięcy zobaczę ich na żywo. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Najgorsze było jednak to, że to aż tyle czasu. Wiele rzeczy się w ciągu 7 miesięcy zdarzyło i zmieniło. Przez te 200 – ileś dni zamęczyłam domowników, koleżanki, rodzinę, znajomych gadaniem o Ironach i o koncercie, który mnie czeka. Wiedziałam ,że będzie to coś czego nie zapomnę do końca życia.
Gdy nadszedł w końcu upragniony 4 lipca, nie mogłam uwierzyć co zdarzy się tego wieczoru. Wstałam o 3:30 , bo pociąg miałyśmy o 6:15. Zrobiłam se kanapki, których i tak nie zjadłam. Później wstała też mama, bo szykowała się do pracy i stała mi nad głową jakby myślała, że nie umiem robić kanapek (albo myślała, że obetnę sobie palce z podniecenia). Na początku nasze matule nie były do końca szczęśliwe, że jedziemy same tak daleko. Mam 16 lat, Martyna 15. Później dały za wygraną, bo wiedziały, że niestety w żaden sposób nas nie zatrzymają. Czekała nas długa podróż do Gdańska – ponad 8 godzin pociągiem. Byłam jednak gotowa na jakiekolwiek poświęcenie – nawet gdybym miała iść z Białegostoku na piechotę! W pociągu spotkałyśmy kilku fanów zmierzających w tym samym kierunku. W koszulkach z Eddiem, śmiali się z Janicka i Dave’a, którzy świrują na solówce z Wasted Years , gadali o setliście. (Jeden z nich nie znał The Prisoner – nie słuchał więc płyty The Number of The Beast ?) Zastanawiali się czy będzie dużo „gimbazy”. Czuło się jednak ogólną radość i podniecenie. Pociąg nie jest jednak tak wygodnym środkiem transportu jakby mogło się zdawać. W przedziale tłok, na korytarzu też ciasno, nie mówiąc o tych żałosnych kiblach. Nie sposób znaleźć tyle zajmujących zajęć, by nie nudzić się przez 8 godzin. Ani jeść , ani spać, ani gadać. Były jednak tam miłe panie, jedna z nich proponowała mi gazetę do poczytania, dokładnie to Przyjaciółkę.
Dotarłyśmy jednak w końcu do Gdańska ! Godzina 14 – pare. Na stacji Gdańsk Oliwia kupiłyśmy bilety na szybką kolejkę, która zawiozła nas do Sopotu w trzy minuty. Pozbyłyśmy się zbędnych rzeczy (niestety zostawiając kanapki, banana i colę – mam nadzieję, że ktoś skorzystał?). No ale nie bierze się kanapek na koncert, nie? Nie miałam nawet torby, tylko najpotrzebniejsze rzeczy w kieszeniach. Było już tak blisko koncertu! Tylko ponad 6 godzin – co to było w porównaniu do siedmiu miesięcy. Zaczęłyśmy szukać Ergo Areny co nie było trudne, gdy widać nadciągających zewsząd fanów. Nigdy nie widziałam tylu ludzi z koszulkami Iron Maiden na jednej ulicy! Znalazłyśmy Arenę.
Myślałam, że o tej porze będzie tam tyle ludzi, że nie będzie można się ruszyć. Jednak nie było ich tak dużo jak się spodziewałam. Dookoła bardzo ładnie, trawa, drzewka. Skorzystałyźmy z toi toia (zgubiłam 5 zł podczas zdejmowania spodni, nieważne) i usiadłyśmy na trawie odpocząć chwilę po podróży. Zrobiłyśmy trochę zdjęć, bo było tam wiele ciekawych ludzi, miłych panów i zagorzałych fanów. Jeden z nich przebrał się w taki sam mundur w jaki przebiera się Bruce na The Trooper (na koncercie widziałam jak ktoś właśnie na tym utworze bierze go na barana). Ludzie z flagami, skandowali Maiden Maiden! Niesamowite uczucie – tyle ludzi, a wszyscy czekają na swój ukochany zespół. Poznałyśmy dziewczynę, która była sama – przedstawiła nam się Weronika Lili , choć wyraźnie wahała się z podaniem nam imienia (dziwne, chyba że po prostu je zapomniała).
Około 16 zaczęły się tworzyć kolejki do bramek. Wszyscy siedzieli na ziemi, palili, gadali, śmiali się. Czas mijał dziwnie szybko – mimo, że nie robiło się nic szczególnego. Niektórzy siedzieli, słuchali prawdopodobnie Ironów i powtarzali sobie teksty. Widać było wiele panów w średnim wieku, którzy zapewne mieli okazję widzieć ich także 1985 roku podczas World Slavery Tour.
Nadeszła 18 i zaczęto wpuszczać ludzi do środka. Poszło bardzo sprawnie. Byłyśmy naprawdę blisko bramki – z tyłu widać było niekończące się morze ludzi. Cieszyłyśmy się, że mamy GC bo szykowało nam się niezłe miejsce. Gdy weszłyśmy do środka pierwsze co poczułam to zapach popcornu, chyba że to nie był popcorn. Ale pachniało podobnie (czasami zastanawiam się dlaczego zwracam uwagę na takie dziwne rzeczy).
Światła były przygaszone, jakiś zielony reflektor świecił na logo Voodoo Six. Do supportu była jeszcze cała godzina. Stałyśmy i tak czekałyśmy w niecierpliwości. Jakiś mąż kłócił się z żoną (krzyczała na niego, że nie wiedziała, że trzeba będzie tak długo czekać i siedziała obrażona na ziemi). Stał też obok pan w bluzie, oczywiście pomyślałam, że będzie mu gorąco. Zobaczyłam też chłopaka, który wyglądał zupełnie jak młody Anthony Kiedis z Red Hotów!
W końcu wyszedł support. I wtedy doznałam szoku ! Jeśli tak blisko będę na Ironach, to chyba zemdleję! Byli tak blisko, że.. ciężko sobie zdać sprawę, że z takiej odległości zobaczysz Iron Maiden. Później w kościele pomyślałam, że byłam nawet bliżej sceny niż ołtarza. Wracając do Voodoo Six prezentował się o niebo lepiej na żywo, bardziej zadziornie i ciężko. Ludzie przyjęli ich całkiem miło – zespół dawał z siebie wszystko, ciężko tak jednak, gdy wiadomo, że ludzie czekają tylko na Maiden. Polskie dziękuję rozczuliło mnie do końca. Pożegnaliśmy ich dużymi brawami i czekaliśmy dalej.
Pani wstała z ziemi, w tle Highway Star, światła się zmieniają, co chwilę wychodzi techniczny. Zbliżała się 20:45. Serce zaczęło już bić mi tak szybko, że bałam się, że coś mi się stanie.
Nagle usłyszeliśmy pierwsze dźwięki Doctor, Doctor UFO w wykonaniu Ironów. Wtedy łzy napłynęły mi do oczu, wcale nie chciałam zachowywać się jak nienormalna, ale gdy spełnia się twoje marzenie, ciężko zachowywać się normalnie. Spojrzałam na Martynę i tej miny nie zapomnę do końca życia. Ludzie śpiewali i klaskali
Doctor doctor, please
Don’t you know, I’m going fast
Doctor doctor, please
Don’t you know, I just can’t last
Za chwilę kawałek się skończył i zabrzmiało Intro. Ciemność i niebieskie światła, a mi w głowie kołatało się jedno: Za chwilę zobaczę Iron Maiden!
I w końcu – akustyczne intro z Moonchild, które ludzie oczywiście odśpiewali:
Seven deadly sins
Seven ways to win
Seven holy paths to hell
And your trip begins
Seven downward slopes
Seven bloodied hopes
Seven are your burning fires,
Seven your desires…
Za chwilę wyłonił się pasaż klawiszy i pierwsze uderzenie – Moonchild , Ironi wyskoczyli na scenę, wszędzie zrobiło się czerwono, a z tyłu i boków nastąpił zmasowany atak. Wiedziałam, że będzie przepychanka, ale trochę się zatraciłam w tych rozmyślaniach i mało mnie nie zwaliło z nóg. Zdołałam jednak usunąć się w bardzo przyjemne miejsce. Nie jestem jednak za wysoka i wiele wyższych panów mi zasłaniało mimo, że nie byłam daleko. Ale nieważne skakałam jak najwyżej, żeby na nich popatrzeć. Zgubiłam Martynę, a szkoda bo miała aparat chciałam strzelić jakieś fotki, zawsze miło mieć taką pamiątkę, ale to nic. Nie mogłam po prostu uwierzyć! Czułam się jak we śnie. Jakby to się działo, ale jest dziwne, nie do końca realne, takie nierzeczywiste, tak obok ciebie. Tym jednak różniło się od snu, ze patrzyłam lecz nie wierzyłam. W śnie wierzysz we wszystko, jesteś w stanie uwierzyć, ze przez to ze zaspałaś na ślub , po prostu go odwołasz, że mafia jest w twojej piwnicy, albo że ktoś gotuje zupę z zabójcy. Tam czułam się dziwnie, ale nie mogłam uwierzyć ze to prawdziwy Steve, że właśnie w tej samej chwili co słyszę dźwięk gitar to oni naprawdę to grają, że w tym samym ułamku sekundy słysząc wycie Bruce’a on naprawdę śpiewa. Ze jesteśmy tak blisko z tymi facetami którzy się nie poddali, których cholernie podziwiasz i tyle się od nich nauczyłaś, którzy są starsi od ciebie 3 razy, a i tak masz ochotę ich uściskać, pocałować i powiedzieć : Kocham was, dziękuje za wszystko. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom gdy widziałam te buchające ognie i wybuchające w rytm muzyki fajerwerki (nawet nie wiem jak to nazwać) i strasznego Eddiego i nic nie było normalne! Bo gdy przez cały czas możesz widzieć ich tylko na ekranie i słyszeć w słuchawkach, to jak później widząc ich kilkadziesiąt metrów od siebie ot tak uwierzyć. Wiem ze gadam jak kopnięta, ale to tylko moje odczucie. Tak się czułam. Nadal nie wierze w to co widziałam(myślę ze prędzej uwierzyłabym w ducha).
Darłam się jak wariatka, śpiewałam z nimi: Moonchild – hear the mandrake scream! Moonchild – open the seventh seal
Bruce biegał wszędzie, skakał jakby miał 20 lat, podziwiam ich. Steve celował z basu i robił groźne miny, a Janick jak zwykle skakał, podrzucał i robił cuda z gitarą. A ja nie mogłam powstrzymać się od wrzeszczenia, skakania, tańczenia i śpiewania z nimi! To było silniejsze ode mnie, dajesz się ponieść emocjom i muzyce, którą kochasz. Zdarłam sobie gardło na trzy dni, drugiego dnia nie mogłam wydać z siebie normalnego dźwięku. Największy błąd jaki popełniłam to to, że nie wzięłam wody , bo myślałam że jakoś wytrzymam. Już po trzech kawałkach zaschło mi w gardle i miałam ochotę wypić trzy litry byle czego. Chwilami modliłam się żeby tylko nie zemdleć i nie ominąć tego wszystkiego – przecież tyle na to czekałam! Kilka razy w ciągu koncertu musiałam zamknąć oczy i oddychać głęboko, a akurat świeżego powietrza nie było zbyt dużo. Niestety taki był minus zamkniętej Areny.
Kawałki mknęły jeden po drugim. Ludzie śpiewali i świetnie się bawili. Wesołe Can I play with Madness, później nie grany od 1991 roku The Prisoner i wyrecytowane intro z Patrickiem McGoohan’em: I’m not a number, I am a FREE MAN!! Na Afraid to Shoot Strangers chwila wytchnienia i przy pięknym śpiewie Bruce’a ludzie machali rękami i kiwali się w rytm, wspomagając wokalistę. Niesamowita jedność. Następnie The Trooper, którego intro wywołało burze oklasków i wszyscy „śpiewali” melodyjkę gitarową. Bruce przebrany w mundur zakrył Union Jackiem Janicka, który bezbłędnie jednak dalej grał swoją partię. Na refrenie wszyscy tak głośno śpiewali oo oo oo OOO , że dookoła nie słychać było niczego innego! Tak samo zresztą na refrenie Aces High i Run to the Hills. Każdy odśpiewał ten refren, nie sposób było usłyszeć Bruce’a ani chórków Adriana i Steve’a. Następnie zagrali The Number of the Beast. Jak zwykle intro wyrecytowane przez fanów : Woe to you, Oh Earth and Sea, for the Devil sends the beast with wrath, because he knows the time is short… Ktoś z tłumu wrzucił na scenie męskie majciochy! Bruce udał, że je wącha i rzucił je z powrotem na widownię. Mówił, że Janick ma polskie korzenie i zawiązał mu biało czerwony szaliczek na szyi. Później zagrali Phantom of the Opera. Cudownie się skacze w rytm tego utworu! Piękna solówka Dave’a w środku utworu, jakby esencja jego gitarowego stylu i świetny śpiew Bruce’a, który zaśpiewał to być może nawet lepiej od Paula Di’anno. Po Run to the Hills podczas którego na scenę wszedł Eddie, zagrali jako jedyny utwór z Somewhere in Time – Wasted Years – fajny refren, który śpiewali wszyscy i rozpoznawalne intro Adriana. Następnie perełka w setliście – Seventh Son of a Seventh Son. Mroczny środek i recytacja Bruce’a. Podczas recytacji wskazał jedną ręką i zapalił się czerwony ogienek, następnie drugą i zapalił się z drugiej strony taki sam. Niesamowicie to wyglądało! Podczas Seventh Son ciągnął frazę tak długo, 20 sekund, że dostał ogromne brawa w środku utworu. A z tyłu widać było ogromnego Eddiego. Pirotechniczne efekty były świetnym dopełnieniem show. Buchające piekielne ognie na The number of the Beast czy wybuchające w rytm utworu na akcentach „fajerwerki” robiły piorunujące wrażenie! Następnie The Clairvoyant z pięknymi zwrotkami a po nim Fear of the Dark. Przepiękne melodyjki i intro jak wszędzie na świecie zaśpiewane przez fanów. Bruce zaśpiewał: When the light begins to change I sometimes feel a little strange in Gdańsk in the dark… Tak pięknie wymawiał Gdańsk! Pierwszy raz w 2 Minutes to Midnight jego nieśmiertelne: Screeeaam for me Gdańsk!!! Screeeeaaaaam for me Poland!!!!!! które krzyczał co jakiś czas prowokując fanów do dzikich krzyków i wrzasków. Obok mnie stał facet, z wąsami jak Lemmy, miał na pewno ponad 50 lat – jak oni. Śpiewał, skakał, machał głową, świetnie się bawił, widać że jestem wielkim fanem i ich kocha. Nie wyglądał wcale głupio jakby mogło się wydawać, wyglądał cudownie. Dzięki niemu jeszcze lepiej się bawiłam. Na Iron Maiden ostatni już Eddie wieczoru – prosto z okładki Seventh Son… z dzieckiem na ręku złowieszczo rozglądający się wokoło.
Czas na bisy, przemowa Churchilla (dzięki Iron Maiden bardzo chętnie słuchałam na historii gdy omawialiśmy Bitwę o Anglię) i Aces High. Nadeszło przedostatnie już The evil that Men Do…Rozpłakałam się. Rzewnymi łzami, nie chciałam żeby już sobie poszli! To niesprawiedliwe, że czekałam tak długo a to minęło tak szybko.. Te poczucie jedności, wspólny pot i wspólna radość była niesamowita. Nie sposób było się nie spocić było gorąco jak w piekle i czuć było jeszcze dym i zapach tych wybuchających fajerwerków. Martyna opowiadała, że jakiś chłopak machał głową i chlapał na nią potem. Wszyscy wyglądali jakby wyszli spod prysznica. Na ostatnim Running free odzyskałam humor, świetnie się do tego tańczy. Obok mnie stali też fajni panowie i świetnie się bawili. Jednak czułam się jednak okropnie wiedząc, że to koniec.
Zaczęło się rozdawanie prezentów, kostek i frotek. Nicko wstał zza perkusji i rzucał pałki i naciągi, które latały po całej arenie jak UFO. Szczęściarze, którzy je złapali.
Koniec… Jeszcze tylko piosenka Monthy’ego Pythona Always Look on the Bright Side of Life. Ciężko jednak patrzeć na te jasne strony życia , gdy wychodzisz już z Areny i chcesz jeszcze raz. Od razu wiedziałam, że gdy przyjadą następny raz będę na pewno. Był to mój pierwszy duży koncert, dlatego nie wiedziałam czego do końca spodziewać się po dźwięku w takim ogromnym pomieszczeniu i po tych wszystkich efektach, pirotechnice itd. Gdy wyszłam to nie dość, że nie mogłam mówić to bolały mnie uszy. Było naprawdę głośno. Koncerty są niesamowitą rzeczą, a zespół prezentuje się jeszcze lepiej. Można słuchać płyt, można oglądać koncerty, można sobie wyobrażac, ale nigdy nie będzie to to samo co być tam i słuchać na żywo. To jest to, co musi przeżyć każdy fan. Siedzę teraz w domu, oglądam nagrania na YouTube, to nic że jakość jakby nagrywane były kalkulatorem, ale to są cudowne wspomnienia.
W drodze powrotnej trochę się zgubiłyśmy. Zaszłyśmy na stację benzynową, kupiłam tam 4 litry picia i snickersa. Miało wystarczyć nam to na najbliższe 12 godzin. Prawie godzinę łaziłyśmy po Sopocie, aż w końcu znalazłyśmy stację. Zamiast jednak Sopot Wyścigi, to tylko Sopot. Czyli całą stację wcześniej.
Kupiłyśmy znów bilety na Szybką Kolejkę. A godzina na bilecie…23:58 ! Co za zbieg okoliczności! Od razu zaczęłyśmy nucić 2 minutes to midnight. W kolejce spotkałyśmy oczywiście grupę fanów z koncertu.
Gdy w końcu dotarłyśmy na Gdańsk Główny było już tam całkiem pusto, pociąg miałyśmy o 1 w nocy, wszyscy zdążyli się porozjeżdzać w swoje strony. Usiadłyśmy na ławce i po prostu nic nie mówiłyśmy. To wszystko zdarzyło się za szybko, musiałyśmy to sobie poukładać w głowie.
Pociąg wyruszył, reszta pasażerów spała, a my po cichu szeptałyśmy i oglądałyśmy te pare zdjęć, które Martyna zdołała zrobić w czasie koncertu. Na jednym z nich Bruce, z Union Jackiem i w mundurze, a z tyłu za nim ogromny Eddie, obaj w takiej samej pozie. Większość zdjęć rozmazana, ale ciężko zrobić dobre zdjęcie, gdy wszyscy skaczą i krzyczą, a ty jesteś podniecony, że hej.
Zasnęłam na jakieś trzy godziny i obudziłam się o 6 rano. Za godzinę wysiadka w Kutnie i godzinne czekanie na pociąg do Białegostoku. Razem w pociągach 9 godzin. W dwie strony aż 17. Warto było! W nocy zdałam sobie sprawę, że koło mnie na siedzeniu leży pies! Wiem, że przez sen jamnik się do mnie przytulał, a jego właścicielka chciała go zabrać, a ja mamrotałam tylko : nie, nieee..nie przeszkadza mi, głaskałam go i spałam dalej. Rano śmiał się ze mnie pan z przedziału, że nie widziałam go wcześniej, od razu jak wsiadłyśmy.
Jedyne o czym marzyłam to wziąć już prysznic. Za chwilę znów wyruszałam w drogę, bo grałam własny koncert z zespołem na festiwalu Rock na Bagnie w Goniądzu nad Biebrzą. Były to najlepsze dwa dni w moim życiu. Muzyka, wolność i beztroska. Wszystko co najlepsze może być. Boże co ja będę robić przez resztę wakacji. Chyba o tym myśleć i przywoływać najkrótsze chwile, które mogły ulecieć mej jakże nietrwałej pamięci. Nie opisze wszystkiego co bym chciała, zapomnę pewnie połowy cudownych rzeczy no ale nie wiedziałam ze to tak będzie. Bo to się zdaje ze to tylko muzyka, ze to tylko jakiż tam koncert, ze to raptem dwie godziny z twego marnego życia. A znaczyły dla mnie tak wiele. Tak jest gdy spełnia się to o czym marzyłeś od dawna…
Karolina