
Obudziłam się już o 3 i byłam pewna, że nie uda mi się znowu zasnąć. Po raz setny sprawdziłam zawartość torby, wypiłam kawę i w sumie byłam już gotowa aby udać się na dworzec. Nic w tym dziwnego, bo w końcu większość fanów wybrała właśnie ten środek transportu. Jednak na moje nieszczęście spędziłam w pociągu osiem godzin. Gdybym chociaż mogła spać, albo przynajmniej jeść. Niestety moja ekscytacja, która towarzyszyła mi już od tygodnia, nie pozwalała na tego typu rzeczy.
Po wielu godzinach katorgi trafiliśmy do Gdańska. Było zaledwie kilkanaście minut po 14, a mimo to, pod areną spotkaliśmy sporo ludzi. Nie jest to może zbyt istotne, ale chciałbym jednak zwrócić na to uwagę, obsługa była cholernie miła. Pan, który podawał nam informacje, był wręcz cudowny ze swoim „erli entrens”, a sprawdzanie biletów szło naprawdę zręcznie. Stałam dość blisko bramki i przysięgam, na halę dostaliśmy się w przeciągu kilkunastu sekund. A potem znowu czekanie, jednak było warto, bo już support był bardzo dobry. Powiem szczerze, kiedy posłuchałam ich na Youtube, bałam się, że zanudzą nas na śmierć, ale nie! Uwielbiam ich! Wokalista powiedział nawet kilka słów po polsku, co wg mnie było bardzo miłe z jego strony.
W końcu zostaje puszczona piosenka U.F.O. Nigdy wcześniej, nie widziałam Iron Maiden na żywo, więc czułam się jakby gotowały się we mnie wnętrzności. Chwilę potem usłyszeliśmy pierwsze dźwięki Moonchild i zaczęło się! Do tej pory nie umiem opisać co tam się działo. Oczywiście zjawisko pogo, czy innych podobnych, nie jest mi obce, ale to było straszne! Kiedy piosenka się skończyła, kilka osób od razu zemdlało. Nie jadłam, nie spałam, a na dodatek jestem dziewczyną. A więc jakim cudem ja jeszcze żyję? Szczerze to sama nie wiem. Kolejne na setliście było Can I play with madness, nigdy nie lubiłam tej piosenki i nieszczególnie na nią czekałam, ale na żywo brzmiała dużo lepiej. Gdzieś na początku koncertu na scenę wleciały majtki i wzbudziły zainteresowanie Bruce’a… niestety, nie były nawet damskie. Bardzo zapadł mi w pamięć The prisoner, nie mam pojęcia dlaczego, bo nie jest to jakiś wspaniały utwór w dobytku Ironów. Przyszedł czas na krótką przerwę, więc Bruce chwycił za mikrofon i postanowił przypomnieć nam, że Janick jest w połowie Polakiem. Niby to takie oczywiste, a jednak miałam uśmiech od ucha do ucha. Jedną z piosenek, na które czekałam najbardziej, był Afraid to shoot strangers. I w sumie miałam rację, bo był cudowny. Oczywiście największe szaleństwo miało miejsce na pozycjach takich jak Trooper, czy Number of the beast, ale to nie znaczy, że inne piosenki były złe. Nawet jeżeli ktoś twierdzi, że takie też się znalazły, to nie może powiedzieć, że zostały słabo zagrane, czy zaśpiewane. Końcówkę w Seventh son of a seventh son Bruce ciągnął tak długo, że zaczęłam się obawiać, czy na pewno przeżyje do końca koncertu! Ale na szczęście przeżył i był cudowny, aż do ostatniej chwili. Próbowałam zrobić mu zdjęcie, jednak to graniczy z cudem. Wszyscy i tak byliby usatysfakcjonowani już samą muzyką, ale panowie z Maiden zadbali, abyśmy mieli również na co popatrzeć. Chodzący Eddie, Eddie wyłaniający się zza sceny, Eddie z dzieckiem we własnych wnętrznościach, plus ognie, które przyznam, były świetne! Jednak zapach siarki zwalił z nóg kolejną serię osób. Oficjalnie koncert się skończył, jak zwykle, na Iron Maiden, ale ten jakże „nieprzewidywalny” bis! Ale teraz przynajmniej mogę spokojnie umrzeć, bo usłyszałam Aces high na żywo. Czy potrzeba czegoś więcej? Na około mnie stało kilku śmiesznych gości i myślę, że ciężko wyobrazić sobie lepszych nieznajomych, na spędzenie tej chwili.
Chciałabym opisać to wszystko najlepiej jak się da, ale wiem, że to niemożliwe, bo moje emocje były zbyt rozszalałe, by uchwycić je za pomocą słów. Ale to chyba najlepszy komentarz do całego koncertu. Oczywiście na koniec dostaliśmy Always look on the bright side of life, tak na pocieszenie, a zaraz potem, wielka czarna masa skierowała się w stronę wyjścia. Byłam zbyt zmieszana, żeby sprawdzić mapę, żeby w ogóle zastanowić się gdzie idziemy. I tym sposobem trafiłyśmy na stację paliw, która została oblężona przez fanów Iron maiden. Nie mogę powiedzieć, że było tam niemiło, ale zgubić się 400 km od domu to już inna sprawa. Na szczęście policjant uświadomił nas, że nie jesteśmy aż tak daleko od dworca. Przynajmniej godzina 23:58, widniejąca na moim bilecie z kolejki miejskiej, podniosła mnie na duchu.