
Dzień 11 lipca A.D. 2014 był wielkim świętem dla fanów zespołu Metallica. Czterej Jeźdźcy
z San Francisco przyjechali do naszego kraju, aby zagrać swój jubileuszowy, bo dziesiąty
koncert w Polsce. Po raz czwarty zespół zagrał w stolicy, ale po raz pierwszy na Stadionie
Narodowym. I po raz kolejny jako headliner polskiej edycji Sonisphere Festival.
Tym razem nie było niespodzianek, jeśli chodzi o setlistę, każdy wiedział co zagrają,
nieznana była tylko kolejność, chociaż częściowo dało się to przewidzieć. Trasa odbywała się
pod hasłem „Metallica by request”, każdy, kto zakupił bilet przez Internet mógł wybrać 17
utworów, które chce usłyszeć (osiemnastym utworem był „Lords of Summer”, przygotowany
przez zespół na letnią trasę koncertową), dzięki czemu Lars zwolniony był z główkowania
nad układaniem setów, a fani mieli niepowtarzalną szansę ułożyć swoją set listę marzeń.
Wielu fanów liczyło na umieszczenie w setliście jakiegoś rzadziej granego, albo w ogóle nie
granego na koncertach kawałka, zorganizowano nawet akcję pod hasłem „Olej szlagiera
wybierz Fixxxera”, próbowano przekonać głosujących do wyboru jednego z czterech
utworów: „Fixxxer”, „The Frayed Ends Of Sanity”, „The Call Of Ktulu” bądź „To Live Is To
Die”. Mało brakowało i akcja by spaliła na panewce, ale o tym później.
Festiwal rozpoczął się kilkanaście minut przed godziną 15. Zanim jednak Metallica pojawiła
się na scenie, fani mieli porządną rozgrzewkę, zagrały: Chemia, Kvelertak, Anthrax i Alice In
Chains. W oczekiwaniu na „gwiazdę wieczoru” publiczność na trybunach robiła meksykańską
falę. Po godzinie 21 z głośników popłynął znany wszystkim bywalcom koncertów Metalliki
kawałek AC/DC „It’s a Long Way to the Top”, po nim przygasły światła i zaczęło się…
Kiedy słychać było ostatnie takty „Esctasy of Gold” emocje sięgały zenitu. Pierwszy na
scenie pojawił się Lars, ku zdziwieniu wielu fanów, tym razem nie rzucił w nich kubkiem z
napojem (zrobił to później, w trakcie koncertu przed bisami, opluwając przy tym ludzi
napojem). Na pierwszy ogień poszedł mocny tandem „Battery” i „Master Of Puppets”. Potem
zespół nieco zwolnił tempa, grając „Welcome Home (Sanitarium)”, by znów przyspieszyć
energicznym „Ride The Lightning”. Chwila oddechu, solo Kirka, „The Unforgiven” i
oczekiwany przez wielu fanów, po raz drugi zagrany u nas „The Memory Remains” (po raz
pierwszy zagrany był podczas koncertu na Stadionie Gwardii w Warszawie 1 czerwca 1999
roku). Wokale Marianne Faithfull doskonale zastąpiła publika. Potem wspomniany wcześniej
letni kawałek „Lords Of Summer”. Kolejny utwór zapowiedział jeden z fanów, słynny od
tamtej chwili „Wojtek ze Świerklańca”, a dokładnie Wojciech „Sasim” Sasimowski,
wokalista zespołu Alcoholica – Metallica cover bandu, który jak było widać nie miał tremy,
co nie było zaskoczeniem, bo przecież nie pierwszy raz wystąpił przed publicznością, ale na
pewno pierwszy raz przed tak liczną. Jak przyznał, to była najbardziej zajebista rzecz, jaką w
życiu robił. Po krótkim dialogu z Jamesem, który miał problemy z powtórzeniem imienia
Wojtka, nie mówiąc już o nazwie miejscowości, w której mieszka, scena należała do
„Sasima”. Po małej przemowie, pozdrowieniach, itp. zaryczał do mikrofonu: „I’m your
dream, make you real. I’m your eyes when you must steal. I’m your pain when you can’t
feel…”, na co publika odpowiedziała: „Sad but true!”. Potem przyszedł czas na popisy
Roberta i jego krótkie solo basowe, a następnie przejmujący i życiowy „Fade To Black”. I po
raz pierwszy w Polsce usłyszeliśmy kultowego „Oriona”. Następny w kolejce poszedł „One”
z przepięknymi laserami, częściowo rekompensującymi brak pirotechniki, co przy zakrytym
dachu stadionu jest zrozumiałe, a może to z powodu cięcia budżetu koncertowego? Po nim
„For Whom The Bell Tolls” i kolejna zapowiedź fana. Tym razem rolę konferansjera pełnił
„Number one polish stalker” (to słowa Jamesa), czyli Piotr Kowieski, w środowisku fanów
znany pod ksywą „Menios”, autor książki „W pogoni za Metallicą”. Kiedy James powiedział
„Meniosowi”: „Stage is yours”, „Menios” powiedział krótko: „Dla tak wspaniałej
publiczności jak wy nie ma innej możliwości, stawiam wam whiskey, whiskey in the jar-
ouuu”. Po „Whiskach” kolejna solówka Kirka, która przeszła w najsłynniejszą i graną do
znudzenia na większości koncertów balladę „Nothing Else Matters” i tu nie trudno było
przewidzieć, że po niej będzie „Enter Sandman”, i tu znów niedosyt, zdecydowanie
brakowało pirotechniki. Koncert zbliżał się ku końcowi, ale Metallica nie zamierzała zwalniać
tempa. Przy kolejnym kawałku, „Creeping Death”, ponad 50 tysięcy gardeł obecnych na
Stadionie Narodowym krzyczało: “Die! Die! Die!”, podczas gdy James śpiewał: „Die by my
hand, I creep across the land, killing first-born man”. Przedostatni w secie utwór był do końca
niepewny. W przerwach między koncertami i w czasie koncertu na telebimach pojawiali się
członkowie zespołu, zachęcając do głosowania za pomocą sms-ów za 2 złote + VAT na jeden
z trzech utworów: „Fuel”, „The Day That Never Comes” i „The Call Of Ktulu”. To nowość
na koncercie Metalliki, ale chyba za bardzo zalatująca komercją, oby nie wpadli na pomysł,
żeby to powtarzać na kolejnych koncertach. Najwięcej głosów otrzymał trzeci z tych
utworów, na co wcześniej już wskazywały prezentowane na telebimach bieżące wyniki
głosowania. „Ktulu” przebiło pozostałe kawałki, zdobywając 2000 głosów (dla porównania
„Fuel” dostał 406, a „The Day” 806 głosów). Kawałek zamykający set nie był zaskoczeniem,
jak to ostatnio bywa, był to „Seek and Destroy”. Na publiczność tradycyjnie spadły piłki
plażowe, ale tym razem oprócz czarnych z białym logo zespołu, było jeszcze kilka
ogromnych kolorowych piłek, bardziej pasujących na plażę niż do całej oprawy koncertu
metalowego. Po koncercie jak zwykle w stronę publiczności poleciały garście kostek
gitarowych od zespołu, nieco oszczędniejszy był Lars ze swoimi pałeczkami. Zanim jednak
Metallica pomachała i zniknęła za sceną, każdy z członków powiedział kilka niezbyt
oryginalnych słów, zapewne wcześniej przećwiczonych w tuning-roomie. Lars jak zwykle
rzucił swój oklepany tekst: „we will see you very fucking soon”, który notabene od 2008 roku
się sprawdza, a więc kto wie, może za 2 lata Metallica znów zagości w polskich progach? I
może wreszcie z wyczekiwanym przez fanów nowym albumem, jeśli znajdą jakąś wolną
chwilę, żeby wejść do studia i nagrać kilka riffów. Oby nie kazali nam długo czekać, bo
przecież „Rok bez koncertu Metalliki to rok stracony”.
Podobnie jak dwa lata temu, Metallica przywiozła ze sobą scenę ze snakepitem, duża grupa
szczęśliwców po raz kolejny znalazła się w „jamie węża” i rozkoszowała się koncertem od
środka, a dwie nieco mniejsze grupy fanów, które miały więcej szczęścia, dostały najlepszą
miejscówkę, jaką można sobie wymarzyć – po bokach sceny. Bo bliżej już się nie dało.
Reasumując. Wybór setlisty przez fanów na pewno był dobrym pomysłem, ale większość
chyba nie do końca zrozumiała ideę, w secie znalazły się prawie same szlagiery, które
oczywiście nie są złymi kawałkami, ale większość z nich słyszeliśmy już u nas na koncertach
i pewnie jeszcze nie raz je usłyszymy. Wygląda na to jakby dla większości głosujących miał
to być pierwszy w ich życiu koncert Metalliki. Mieliśmy niepowtarzalną szansę stworzyć
oryginalną setlistę. Chociaż nie do końca tą szansę wykorzystaliśmy, to jednak mały sukces
odnieśliśmy, bo udało nam się przeforsować „Ktulu”, dzięki sms-owej dogrywce. Ale patrząc
na głosowania w innych krajach to nie wypadliśmy najgorzej. Po raz pierwszy w polskim
secie znalazły się dwa utwory instrumentalne, może pod tym względem byliśmy oryginalni?
„Creep” i „Master” nadal są jedynymi utworami, które jak do tej pory znalazły się w
setlistach wszystkich polskich koncertów Metalliki.
Czy wybór miejsca na koncert był dobry? Zdania są podzielone, najlepiej niech każdy, kto
był, oceni sam. Jedni narzekali na pogłos, inni na kiepską akustykę, ale chyba wszyscy są
zgodni, że Metallica dała nam ponad dwugodzinną porcję dobrej muzyki, a James
kilkakrotnie powtarzał ze sceny: „Poland, you’re beautifull!”