Zapraszam do kolejnej odsłony naszego cotygodniowego cyklu. Wcześniej mogliście zapoznać się z solidną 4. Mate’a, różnorodnym miksem Michała, propozycjami Piotrka i zestawieniem Michała. Tymczasem ja mam dzisiaj dla Was po trosze wszystkiego co dobre, znajdziecie tutaj zarówno mocne brzmienia, szybkie przebiegi gitarowe, kobiety i sex, jak i trochę rocka i funky, a żeby nie było tak do końca różowo dorzuciłam trochę koszmarów.
Pamiętajcie, że Wy również możecie podzielić się ze światem tym czego słuchacie i podsyłać nam własne playlisty!
1. Impelliteri – Nightmare (z albumu „Venom”)
Zaczynamy od kawałka z nowego, studyjnego krążka spod szyldu Chrisa Impellitteri’ego. To świetna wymówka by (przynajmniej w moim wypadku) powrócić do czasów fascynacji shreddingiem Chrisem i Malmsteinem. Prezentowany kawałek 'Nightmare’ od pierwszego przesłuchania płyty przykuł moją uwagę bardzo wyraźnym nawiązaniem w pierwszych wersach do jednego z kultowych kawałków Alice Coopera 'Welcome To My Nightmare’. Co więcej, zrobili to w świetny sposób dodając do niego surrealistyczną intonację! W tym miejscu warto zaznaczyć co najbardziej mnie zafascynowało w tym kawałku – muzycy popisali się nie tylko mistrzowskim opanowaniem instrumentów, ale także umiejętnością operowania środkami muzycznymi, czego efektem są dosłownie nawiedzające nas w trakcie utworu harmonie i zmiany tempa. Wolniejsze i kojące momenty zdają się być tylko chwilowymi, iluzorycznymi miejscami wytchnienia, gdyż po chwili nasz koszmar powraca a my coraz szybciej błąkamy się po nieskończonym labiryncie z którego nie ma ucieczki. Gorąco polecam całą płytę po której widać, że Kalifornijczycy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.
2. Proletaryat – Every Day, Every Day (z albumu „Oko Za Oko”)
’Every Day, Every Day’ to bojowy i chyba najcięższy utwór z najnowszego krążka Proletaryat. Kawałek jest dosyć krótki bo trwa mniej niż standardowe „3 minuty z hakiem” jednak są to dwie minuty pełne napierdalania! Do tego mocny tekst o demonach ludzkiej duszy, dobre gitarowe riffy i silna perka, która wchodzi równo z wokalem w pierwszej sekundzie utworu. Kawałek świetnie sprawdzi się na koncertach – już nie mogę się doczekać ich występu na tegorocznym Woodstocku. Nowy krążek Proletaryatu to płyta na którą czekałam od dawna i zdecydowanie na długo zagości w moim odtwarzaczu, jest to też mocny typ do płyty roku. Jeżeli mielibyście przesłuchać w całości tylko jedną z zestawionych tu płyt to bierzcie w ciemno „Oko Za Oko”!
3. Clock Machine – Wonderland (z albumu „Greatest Hits”)
Clock Machine to kolejna propozycja z polskiego (tym razem krakowskiego) podwórka i kolejny dowód na to, że i u nas tworzy się kopiące dupsko, rockowe kawałki i do tego ze świetną oprawą wizualną. Na pierwszy plan wybija się tutaj mocny i posiadający ciekawą barwę wokal Igora Walaszka, pozytywnie zaskakuje także dobra linia basu, a uwagę przykuwają mocno redhotowe chórki (być może trochę zbyt inspirowane dokonaniami Kalifornijczyków). Kawałek jest chwytliwy, teledysk świetnie zrobiony i trzeba przyznać, że chłopcy ze smakiem podjęli tematykę utworu. Biorąc pod uwagę krótki staż zespołu (powstał w 2009) i młody wiek muzyków (barwa głosu wokalisty może sugerować, że to dojrzali kolesie, którzy swoje zdążyli już wypić, nic mniej mylnego) pozostaje im tylko kibicować by podążali własną ścieżką i nie dali się zjeść dużym wytwórniom. Osobiście zamierzam się wybrać na ich koncert by sprawdzić jak sprawują się na żywo.
4. Imelda May – Wild Woman (z albumu „Tribal”)
Na koniec pozostając w około rockowych klimatach mam dla Was kawałek irlandzkiej wokalistki Imeldy May, która w zeszłym roku wydała swój czwarty, studyjny album. W tej niepozornej kobietce tkwią niesłychane pokłady rockabilly i żywiołowości, którą widać szczególnie podczas występów na żywo (polecam obejrzenie koncertu „Rock n Roll Party Honoring Les Paul 2010” na którym wystąpiła razem z Jeffem Beckiem). Również i tutaj na uwagę zadługuje wokal – Imelda świetnie operuje kontraltem, a w swoim repretuarze posiada wiele przyjemnych dla ucha i rzadko spotykanych niskich wokali (sięgających po Eb3), obok których pojawią się i wyższe rejestry głowowe (z tego co się orientuję jej skala kończy się na e6). Jednak na markę Imeldy May nie składa się tylko ona sama, to cały zespół, który działa jak dobrze naoilwiona maszyna – z mocnymi partiami gitary i często eksponowanym basem – gdzie wszystko ma swoje miesjce i wzajemnie się uzupełnia.
