Zastanawialiście się kiedyś, drodzy czytelnicy, co jest wyznacznikiem sukcesu na rynku muzycznym w XXI w.? Zgodzicie się pewnie ze stwierdzeniem, że liczba sprzedanych egzemplarzy płyt coraz rzadziej fanów muzyki interesuje. Wierzę, że wielu z was wspomaga się recenzjami, takimi jak ta. Czy wiodącym kryterium nie są jednak koncerty? Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz… a jaki koncert zagrasz, taki sukces osiągniesz, rzekł pewien mędrzec. Według tych wytycznych przeanalizujemy sukces warszawskiego zespołu Tides From Nebula, który na początku maja zaprezentował nam swój czwarty krążek – „Safehaven”.
https://soundcloud.com/longbranchrecords/sets/tides-from-nebula-safehaven/s-Qedqa
Polskie towary eksportowe możemy wymienić bardzo łatwo: Vader, Behemoth, Decapitated – dowodzone przez charyzmatycznych liderów. Obok nich natomiast Riverside. Tutaj jednak siłą jest kolektyw. Kilkanaście lat działalności i tylko jedna zmiana w składzie (13 lat temu). Od tego porównania zaczynam recenzję, gdyż dokładnie tutaj tkwi siła Tides From Nebula. Zespół powstał w 2008 roku i dla czterech tworzących go muzyków jest sposobem na życie.
Maciek, Adam, Przemek i Tomek dzielą ze sobą salę prób, koncertowego busa i latają razem na koncerty do Szanghaju. Sami oceniają swoje umiejętności grania jako mierne, ale jako kwartet potrafią czynić cuda. Są idealnym przykładem efektu synergii. Po spontanicznym debiucie („Aura” z 2009 roku) i eksperymentach na „Earthsine” (2011), TFN zaprezentowało w 2013 roku „Eternal Movement” o bardzo bogatym brzmieniu. Jeszcze świeże „Safehaven” jest zbliżone do niego klimatem. Z obu krążków bije świadomość i wizja tego, co muzycy chcą osiągnąć. Podczas słuchania nie brakuje również skojarzeń z mocnymi akcentami debiutanckiego longplaya. Jestem przekonany, że najlepsze czasy jeszcze na chłopaków czekają.
Fani zespołu zastanawiali się co zostało bez zmian. Odpowiadam: emocje, emocje i jeszcze raz emocje! Już otwierający płytę utwór tytułowy prowadzi nas od przytulnych i bezpiecznych dźwięków po niebezpieczne i ekscytujące hałasy. Choć muszę przyznać, że płyta zaczyna się odrobinę zbyt leniwie. Przy ilości dostępnej wkoło muzyki, warto zaciekawić słuchacza jak najszybciej. Nie martwcie się jednak, każdy kto poświęci swoją uwagę „Safehaven” będzie oczywiście usatysfakcjonowany.
Drugi track objawia się natomiast charakterystycznymi brzmieniami TFN – mocne, nakręcające się z każdą sekundą uderzenia przebijają się przez ścianę dzielącą nas od kosmicznej przestrzeni. Nagle wszystko pęka i z głośników wylewa się spokój. Po chwili dźwięki znów gęstnieją, by zaraz znów mogła zagościć w naszych uszach cisza. Tides From Nebula umiejętnie stopniuje napięcie, czego świetnym przykładem jest 'The Lifter’. Idealny reprezentant nowego albumu zaciera granice między elektroniką a gitarami. Oczywiście, można doszukiwać się, gdzie dominuje 6 strun, a gdzie bardziej sterylne dźwięki. Tylko po co? W swoich notatkach opatrzyłem ten utwór notatką „blues w kosmosie”. Musicie przyznać, że na pewno nie nudziłem się przy odsłuchu.
W 'Traversing’ sama sekcja na początku utworu potrafi przyjemnie nastroić słuchacza. Potem jest jeszcze lepiej. Od buzujących emocji robi się aż gorąco, a serce ma ochotę wyskoczyć z klatki piersiowej niczym Obcy. Gitary Tides From Nebula nigdy tak intensywnie nie hałasowały! Takich utworów życzyłbym sobie jak najwięcej. Po noisowym klimacie otrzymujemy przerywnik w postaci 'Colour of Glow’, a następnie zmierzamy do finału płyty…
Absolutnym numerem 1 na nowej płycie jest kompozycja 'We Are The Mirrors’. Od samego początku cudownie wybrzmiewa w głośnikach, a jej melodie zapadają w pamięci na długo. Obok 'Tragedy of Joseph Merrick’ oraz 'Only With Presence’ będzie na pewno nebulowym hitem. Nie bez powodu stworzyłem właśnie pochodzący od nazwy zespołu epitet. Muzyka zespołu ma charakterystyczne znamiona – wywodzi się z instrumentalnej, ale spokojnie możecie używać wobec niej określeń „nebulowa” lub „tidesowa”. Nie wrzucajcie jej do szufladki post-rocka, prog-rocka czy jakiejkolwiek innej. Nowe TFN to wielowarstwowe kompozycje, genialnie dopasowujące brzmienie do klimatu utworu.
Płytę zamyka 'Home’ poświęcony pamięci Piotr Grudzińskiego, gitarzysty Riverside. „Safehaven” kończy się dźwiękami pełnymi nadziei, a moja recenzja pętlą o Riverside. Czy muzycy Tides From Nebula osiągną taki sukces jak starsi koledzy? Tego nie wiem. Jestem natomiast przekonany, że z każdą kolejną trasą będą mieć więcej fanów i zwiedzą kolejne, odległe zakątki na świecie. Przyjaźń, szczerość, autentyczność, ambicja oraz ogrom pracy przynoszą rezultaty. Widać to w ich poczynaniach – od facebookowych postów i wywiadów, przez mniejsze koncerty klubowe, a na festiwalach i koncertach w Szanghaju skończywszy. W 2016 roku otrzymaliśmy od Tidesów „bezpieczną przystań”, z którą bardzo szybko się zaprzyjaźniłem. Jednak z niecierpliwością wyglądam już kolejnego krążka. Jak napisałem kilkanaście linijek wyżej, mam nadzieję, że nie zabraknie na nim muzycznego hałasu.
Życzę chłopakom jeszcze więcej odwagi i wierzę, że swoje kompozycje będą mogli prezentować kolejnym rzeszom fanów. Z każdą płytą i z każdą trasą są bowiem coraz bardziej niesamowici. Kosmiczna nazwa określa ich twórczość idealnie. Płyta „Safehaven” jest z pewnością ogromnym sukcesem, o czym będziemy mogli przekonać się podczas jesiennej trasy.
2. Knees To The Earth
3. All The Steps I’ve Made
4. The Lifter
5. Traversing
6. Colour Of Glow
7. We Are The Mirror
8. Home

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway To Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master Of Puppets
- PIERWSZE WRAŻENIE9
- INSTRUMENTARIUM8
- BRZMIENIE10
- REPEAT MODE9
