23 kwietnia miała miejsce długo wyczekiwana, polska premiera najnowszego i jedynego autoryzowanego dokumentu o Kurcie Cobainie, „Montage of Heck”. Pojawienie się filmu na rodzimych ekranach niespodziewanie stało się wielkim kinowym wydarzeniem, a na pokazach pojawiły się tłumy. Jednak czy samo dzieło sprostało oczekiwaniom? I właściwie do kogo jest zaadresowane? O tym poniżej.
Muszę przyznać, że jako wyznawca Nirvany i Kurta od kilkunastu lat spodziewałem się, że moja szczęka opadnie od pierwszej sekundy filmu i pozbieram ją dopiero na napisach końcowych, a tymczasem film zaczyna się jedną z najsłynniejszych i najbardziej charakterystycznych scen w historii zespołu – Kurt wjeżdża na wózku inwalidzkim na scenę festiwalu Reading w 1992 roku, szydząc ze spekulacji na temat swojego zdrowia. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że prawdopodobnie będę musiał zweryfikować moje oczekiwania – przecież nikt nie powiedział, że będzie to film jedynie dla maniaków zespołu, lecz musi być w nim element „przyjazności” dla przeciętnego widza.

Za chwilę, gdy wypowiadają się siostra oraz matka Kurta, a także pojawiają się archiwalne obrazy z małym Cobainem w roli głównej, jest już lepiej. Są to naprawdę unikalne rzeczy stanowiące o wartości tego filmu – możemy prześledzić jego dorastanie dzięki dużej ilości wizualnych materiałów wyciągniętych prosto z archiwum rodzinnego. Najwięcej świeżości wnoszą wypowiedzi matki, Wendy O’Connor, która wydaje się, że najlepiej znała i rozumiała (co chyba oczywiste) swojego syna. Szczególnie jej wyznanie na temat jednej z ostatnich rozmów z Kurtem na temat jego uzależnienia od heroiny brzmi dramatycznie.
Dobre wrażenie robi też strona graficzna – rysunkowe przedstawienie pewnych historii z młodości bohatera, przy których nie mogło być kamery pomagają nam je sobie zobrazować, a animacje jego słynnych dzienników są ciekawym uzupełnieniem. ALE tutaj pojawia się poważny minus tego obrazu – za dużo jest w nim różnego rodzaju „środków wyrazu”, dlatego wkrada się chaos. Wspomniane animacje i rysunkowe wstawki, które pojawiają się co kilka-kilkanaście minut, wywiady, archiwalne filmy, fragmenty koncertów…
W filmie są również niepublikowane nagrania Kurta w postaci akustycznych demówek, jednak przepadają one w natłoku muzyki, a tym najbardziej popularnych nagrań Nirvany, które pojawiają się jako przerywniki w postaci niby-koncertowej, lecz… ścieżka dźwiękowa nie współgra tutaj z obrazem! W związku z tym wygląda to co najmniej osobliwie – zespół zaczyna grać numer na koncercie, po czym Kurt już śpiewa co innego, a następnie przechodzimy do urywku innego koncertu. Nie za bardzo rozumiem sens tego zabiegu, gdyż wydaje mi się, że każdy, kto idzie na film, zna ‘Come as You Are’, ‘Breed’, ‘Smells Like Teen Spirit’ itd., a gdy sytuacja powtarza się po raz 5 i 10, robi się to naprawdę męczące.
Nie udało się również uniknąć kontrowersji związanych z Courtney Love pomimo usilnych starań. Courtney podobno nie brała udziału w produkcji i pozostawiła wolną rękę reżyserowi, jednak jej wypowiedzi przedstawiające „własną wersję wydarzeń” są obecne w filmie i stanowią jego dużą część wraz z filmami z prywatnego archiwum pary. Jaki wpływ miała Love na Kurta – każdy po ich obejrzeniu wyciągnie wnioski sam.
Ostatnią rzeczą, która moim zdaniem jest najbardziej skandaliczna, to zupełne pominięcie wątku śmierci Kurta. Film po prostu kończy się napisami, że Kurt Cobain popełnił samobójstwo 5 kwietnia 1994 roku. Efektem jest to, że po 2 godzinach i 15 minutach, niekiedy pełnych „zbędnych” wstawek, obraz urywa się, a reżyser Brett Morgen nie próbuje nawet podjąć dyskusji „co, jak i dlaczego”. Nie mówię tutaj o szukaniu niewygodnej prawdy, lecz widać, że był to typowy zabieg, by nie narazić się Courtney, która przecież miała nie mieć wpływu na powstające dzieło…
Po zasadniczej części, czyli projekcji filmu, jako dodatek otrzymujemy wywiad z reżyserem. Bardzo ciekawą częścią jest pokazanie momentu przeglądania osobistych rzeczy Kurta, które są składowane w pudłach w jakimś magazynie. Ilu fanów oddałoby wszystko za spędzenie tam chociaż chwili i możliwość obcowania z tymi „relikwiami” w postaci gitar, osobistych zapisków, obrazów i kaset demo, których Brett Morgen przesłuchał ponad 100. Natłok i zróżnicowanie zawartego w filmie materiału tłumaczy on natomiast tym, że chciał odtworzyć chaos panujący w głowie Kurta, który ciągle pracował nad wyrażaniem siebie poprzez pisanie piosenek, malowanie czy też spisywanie osobistych przemyśleń. Inna sprawa, że sam Morgen sprawia wrażenie chaotycznego i lekko obłąkanego, więc nie wiadomo, czy ten filmowy chaos był rzeczywiście spowodowany osobą Cobaina, czy też samego reżysera.
Mimo wszystko jest to oczywiście dokument wart obejrzenia i to nie tylko dla zagorzałych fanów i znawców, ale dzięki wielu „podstawowym” materiałom w postaci dobrze znanych piosenek, klipów, czy powtórek chociażby z „Live! Tonight! Sold Out!!” może do niego zasiąść osoba pobieżnie zaznajomiona z tematem. Wśród tych, którzy w historię są trochę bardziej wtajemniczeni, na pewno wzbudzi ostre dyskusje i kontrowersje.
https://www.youtube.com/watch?v=_IBWbpJdRMQ
Kolejne pokazy filmu odbędą się w sieci Multikino już 29 i 30 kwietnia, więc jeżeli jeszcze nie mieliście okazji zobaczyć obrazu zapraszamy do kin i wyrobienia sobie własnej opinii na ten temat!
