Z Przemkiem, gitarzystą Lostbone, umówiliśmy się na krótką rozmowę. Planu nie zrealizowaliśmy, ponieważ z naszego spotkania powstał prawdziwy wywiad-rzeka. Z przyjemnością prezentujemy Wam opowieści o dzieleniu sceny z zagranicznymi bandami, nowej płycie, spotkaniu z Larsem Ulrichem oraz wiele innych!
DeathMagnetic.pl: Cześć! Cieszę się, że nasze drogi się skrzyżowały, bo Lostbone to dla mnie nadal zespół pełen tajemnic. Mam nadzieję, że kilka spraw uda nam się ustalić!
Przemek Łucyan:
Witaj, również się cieszę i wal śmiało!
Na wstępie chciałbym, abyś zareklamował band tym fanom, którzy nie do końca są świadomi Waszej przynależności gatunkowej. Dzieliliście scenę z wieloma gwiazdami jako support, ale przecież nie każdy chodzi na supporty…
Nie każdy w ogóle chodzi na koncerty (śmiech). Trudno jest nas wcisnąć do konkretnej szufladki stylistycznej, głównie dlatego, że łączymy elementy z różnych stron muzyki metalowej i hardcore’owej. Dla mnie jesteśmy wypadkową elementów trash, death metalu i hardcore, ale to tylko moje odczucie. Zresztą z płyty na płytę zmieniają się proporcje. Najważniejsze dla nas zawsze było, aby nasza muzyka była maksymalnie żywiołowa i energetyczna – do wyszalenia się zarówno na koncertach, jak i zresetowania głowy słuchając z płyty. I niech to będzie słowem na zachętę.
W Polsce graliście już z większością składów. Pozwól, że wymienię: Acid Drinkers, Frontside, Corruption, Carnal, Hunter, Antigama, Ametria, Made Of Hate, Hedfirst, My Riot, Flapjack. O kimś zapomniałem? Z którymi bandami trzymacie się najbliżej?
Bardzo pozytywne jest to, że z większością zespołów z jakimi graliśmy udaje nam się mieć dobre relacje. Oczywiście z jednymi znamy się od lat jak łyse konie, z innymi widzimy się raz na dłuższy czas, ale zazwyczaj panuje bardzo spoko atmosfera i po prostu fajnie jest się z danymi ludźmi ponownie spotkać na scenie. Jeśli chodzi o polską czołówkę, jak Acid Drinkers, Hunter, Flapjack, Frontside itd., to jest też bardzo miło zagrać przed zespołami, których się słuchało jako nastolatek i na kogo muzyce niejako się wychowywało. Najwięcej wspólnych koncertów jak do tej pory zagraliśmy chyba z Made Of Hate, Hedfirst i Frontside. Jeśli jakiś zestaw sie sprawdza, to czemu go co jakiś czas nie powtórzyć? Z drugiej strony staramy się ciągle szukać nowych konfiguracji i dlatego bardzo się cieszę na myśl o wspólnych koncertach z Drown My Day już niebawem!
A jest ktoś, kogo Lostbone nie interesuje pomimo Waszych prób kontaktu?
Na pewno jest ktoś taki, ale siedząc w tym już dość długo, potrafię mniej więcej ocenić gdzie warto atakować, a gdzie nie, tak więc nie ma napinek z tego powodu. Nie ma sensu robić nic na siłę, jeśli komuś się podoba to co robimy, to zazwyczaj wynika z tego jakaś współpraca, jeśli się nie podoba, to trudno.
To teraz zagranica: Cavalera Conspiracy, Six Feet Under, Gojira, Beatallica, Coal Chamber. Ponownie pytanie – czy o kimś zapomniałem? Udało Ci się pogadać z którymś z braci Cavalera lub Joe Duplantierem? Nasi Czytelnicy na pewno by Ci tego zazdrościli (śmiech)!
No coś tam może jeszcze się trafiło (śmiech). Tak – miałem okazję porozmawiać zarówno z kolesiami z Gojira, jak i z Igorem Cavalera i Markiem Rizzo. Generalnie bardzo wyluzowani ludzie. Z Gojira chyba najwięcej rozmawiałem z Mariem, ale wszyscy sprawiali wrażenie bardzo miłych i aż przesadnie skromnych i wycofanych ludzi. Miło, że byli zainteresowani tym, kto gra z nimi tego dnia, zawinęli nam też kilka koszulek i CD (śmiech). Zresztą, spotkania z pozostałymi zespołami, które wymieniłeś też bardzo miło wspominam. Kolesie z Beatalliki to totalnie pozytywne świry.
Beatallica to również „nasz target”. Z chęcią wysłuchamy jakiejś szalonej historii z nimi związanej!
Wiesz co, to było chyba z 5 lat temu i już trochę szczegółów mi wyparowało (śmiech). Zresztą wielkiego szaleństwa nie było. Poza tym nie wszystko można omawiać publicznie (śmiech). Graliśmy z nimi w Poznaniu, w całkiem fajnym klubie, którego już niestety nie ma. Grali tyko oni i my. Jak pewnie zauważyłeś stylistycznie trochę od nich odstajemy, ale Metal Mind uznał, że pasuje. Nie pamiętam szczegółów, ale pamiętam, że spędziliśmy razem kilka godzin i byli to mega wyluzowani i pozytywnie zakręceni kolesie. Zresztą – wystarczy posłuchać tego co grają, aby wiedzieć, że mają grube poczucie humoru. Smutna prawda jest taka, że tłumów na tym koncercie nie było, ale byli tym całkowicie niezrażeni i zagrali jakby mieli przed sobą pełny stadion. Zawsze bardzo mi imponowało takie podejście, bo to właśnie pokazuje klasę zespołu. Byli też maksymalnie podekscytowani faktem, że Metallica zwróciła na nich uwagę i że zostali przez nich zaproszeni – nie pamiętam co to była za okazja, ale zapewnili im przeloty, noclegi – ogólnie full wypas itd. Na koniec ich wokalista kazał mi się wymienić z nim kostkami do gitary, co było o tyle kuriozalne, że byliśmy całkowicie anonimowym zespołem, a ja wtedy nie miałem nawet „firmowych” kostek wiec dostał ode mnie jakiegoś Dunlopa (śmiech).
Kiedy staliście się na tyle znani, aby otwierać koncerty takich kapel?
Wiesz co, pewien odczuwalny dla nas przełom nastąpił chyba w latach 2010-2011. Wydaje mi się, że zaprocentowała nasza konsekwencja, czyli granie po kilkadziesiąt koncertów rocznie, jak i dobre przyjęcie płyty „Severance”. Dzięki temu chyba kilka odpowiednich osób zauważyło, że warto dać nam szansę. A ponieważ udało nam się, pozwolę sobie na brak fałszywej skromności, na pierwszych większych imprezach jakie nam zaproponowano wypaść dobrze, to dużo łatwiej było rozmawiać o kolejnych.
Możesz opowiedzieć nam o zeszłorocznych Ursynaliach? Wiemy jak to wyglądało z punktu widzenia słuchacza, ale opinia artysty też będzie z pewnością ciekawa.
Przede wszystkim bardzo się cieszę, że udało nam się na tych Ursynaliach zagrać, bo znaki na niebie i ziemi wskazują, że mogły to być ostatnie, jak na razie, zorganizowane z takim rozmachem i z zagranicznymi gwiazdami. Było trochę zamieszania, ponieważ trzy, lub czterokrotnie zmieniał się termin i godzina naszego występu, co wprowadziło lekką dozę dezinformacji. Finalnie skończyło się na tym, że mieliśmy grać równolegle z Soilwork, czyli – wydawało się – mogiła, zagramy do trawnika. I tu nastąpiła zajebista niespodzianka, bo nie dość, że przyszedł na nas naprawdę spory tłum, to jeszcze była fajna zabawa. Udało nam się też upamiętnić ten koncert, w postaci klipu do numeru „Te Odio” – wyszło trochę okrojone bo padł jeden z dysków i połowa materiału video przepadła, ale i tak wygląda to całkiem fajnie. Tak więc podsumowując – patrząc od naszej strony było jak najbardziej pozytywnie i korzystając z okazji chciałbym podziękować obu Robertom – menadżerom scen, Arkowi Michalskiemu, jak i całym ekipom pracującym przy tej imprezie. Z drugiej strony wielki środkowy palec dla pewnej katolickiej fundacji.
Czyli hajs się jeszcze nie zgadza po imprezie (śmiech)?
Nie mogę komentować niestety. A wierz mi – kurwa chciałbym!
Wasza dyskografia to też ciekawy temat do uporządkowania. Pierwszy LP wydaliście w znanej w kręgach hardcore punk wytwórni Spook Records. Za granicą wydało Was natomiast Defend Music/ IODA. Następne LP to współpraca z Altart Music oraz Metal Mundus. Opowiedz o Waszych sukcesach na tej płaszczyźnie.
Największym sukcesem jest chyba to, że od siedmiu lat udaje nam się regularnie wydawać kolejne materiały. Spook jest bardzo fajnym kolesiem i na pewno bardzo nam to pomogło na samym początku. Prawda jest jednak taka, że jego wytwórnia jest ukierunkowana na odbiorców old school hardcore, a my takowego nie graliśmy nigdy, a już na pewno nie gramy od drugiej płyty. Tak więc w naturalny sposób nasze drogi sie rozeszły, chociaż kibicuję jego działalności cały czas. Dzięki Defend Music oraz Distrophonix nasze dwa pierwsze albumy stały się dostępne na całym świecie w formie elektronicznej, co też, szczególnie te kilka lat temu było dla nas dużym wydarzeniem, bo wtedy jeszcze w Polsce dystrybucja cyfrowa była tematem lekko kosmicznym. Minusem tego było i jest to, że nie mamy z tymi wydawcami niemal żadnego kontaktu, tak więc można się domyśleć jak wygląda wywiązywanie się z umów po ich stronie. Niestety nie poparli też premier tych materiałów żadną, nawet minimalną promocją. W Polsce jest o tyle łatwiej, że bez względu na wydawcę, sam zawsze zajmuję się lwią częścią promocji i jestem w stanie zdziałać dużo więcej. „Severance” ukazał się poprzez Altart Music – firmę naszego kumpla, a przy okazji perkusistę Kabanos i Plan, i bardzo miło wspominam tę współpracę. Ostatni album – „Ominous” ukazał się na CD niby poprzez Metal Mundus, ale w tym wydawnictwie zapanował nagle taki pierdolnik, że de facto w dniu premiery zostaliśmy z tą płytą sami. Było to nieco kuriozalne, bo kilka dni po premierze, mając naszą płytę umieszczoną w ofercie na własnej stronie odezwali się do nas z zapytaniem czy bylibyśmy zainteresowani ich patronatem i podsyłaniem im newsów o zespole… Ale nie ma co narzekać, bo udało nam się samemu temat wyprowadzić na właściwe tory i powiem tak – ich pierdolona strata, że dali dupy (śmiech). Nie ma tego złego, bo w międzyczasie materiałem zainteresowała się Fonografika i podpisaliśmy z nimi umowę na dystrybucję cyfrową. Zobaczymy jak się sprawy potoczą z nowym albumem, ale nie mamy tu żadnego ciśnienia na szukanie wydawcy, bo wiemy, że jesteśmy w stanie sami to wszystko ogarnąć. Co nie znaczy, że nie planujemy rozmów z kilkoma firmami. Natomiast to już nie są czasy, kiedy zespół bez wydawcy jest bezradny. Wręcz przeciwnie – nawet współpracując z dotychczasowymi wydawcami (pomijając te dwie firmy, o których wspomniałem) zależało nam na utrzymaniu kontroli nad tym co się dzieje z materiałami, aby nie tylko były dostępne, ale również w rozsądnej cenie itd.
Załapaliście się też na kilka składanek – DIY Hardcore Attaca, Moshing Attitude part I, DIY Blood Hardcore, Magazyn Gitarzysta – jak do tego doszło?
W przypadku trzech pierwszych wydawcy skontaktowali sie z nami przez Internet, a ponieważ ich propozycje były ciekawe zdecydowaliśmy się oddać im po jednym lub dwa numery na ich składanki. W przypadku Magazynu Gitarzysta, wysłaliśmy im EP „Split It Out” do recenzji i materiał na tyle się spodobał, że wrzucili utwór „Vultures” na CD dodawane do magazynu.
Czy “Choose Or Be Chosen” z ostatniej płyty to Wasz hołd dla zespołu Hatebreed?
Cholera – a niech cię (śmiech)! Tak naprawdę wyszło to trochę niechcący. Prawda jest taka, że operując językiem angielskim w tekstach bardzo trudno jest uniknąć pewnych powtórzeń tytułów, czy zwrotów. To tak jak w przypadku numeru „An Eye For An Eye”. Chyba każdy hardcore’owy, czy metalowy zespół ma numer o takim tytule (śmiech). Ale jeśli akurat taki zwrot najlepiej pasuje do danej muzyki i linii wokalnej, to to jest najważniejsze. Nie widzę sensu na siłę zmuszać się do unikania takich podobieństw. W dzisiejszym świecie jest za dużo zespołów, które produkują tyle numerów, że takie duble muszą się trafiać i tyle. Natomiast wracając do Hatebreed, jest to dla mnie jeden z topowych zespołów ever, jak również jedna z głównych inspiracji do powstania Lostbone, tak więc oczywiście wiedziałem od początku, że mają utwór o takim tytule. Natomiast sama muzyka jak i tekst są zupełnie inne. Mimo to, jeśli ktoś może to odbierać jako hołd dla nich, to ja się pod tym jak najbardziej podpisuję. Lostbone gra muzykę opartą na stylistykach, które już od lat są zdefiniowane, nie mamy ciśnienia, aby odkrywać koło od nowa, chcemy robić jak najlepsze i jak najbardziej żywiołowe numery. Wszystko się zgadza!
Byłeś na ich ostatnim koncercie w Bydgoszczy? Mnie niestety zabrakło, ale w Internecie znalazłem trochę info. O ile video z gigu zrobiło na mnie pozytywne wrażenie, to informacja, że można zrobić sobie fotkę z zespołem płacąc X złotych była co najmniej „słaba”. Jak to skomentujesz?
Nie byłem w Bydgoszczy, chociaż chciałem, ale nie mogłem. Natomiast miałem okazję grać przed Hatebreed jak byli poprzednio w Polsce – w Warszawie. Grałem gościnnie w Hedfirst, bo Godzo, ich ówczesny gitarowy był niedostępny w tym terminie. Grał też wtedy z nami również None, który jest akurat z Bydgoszczy (śmiech). Mieli wtedy opcję wykupienia wejścia na backstage, spotkania z zespołem i jakieś tam gadżety były w cenie. Nie do końca mam zdanie na ten temat. To w moim odczuciu bardzo amerykańskie, ale też wprowadzające jakiś ład i porządek. Z jednej strony wiadomo – można powiedzieć, że to skok na kasę itd., który trochę zgrzyta z hardcore’owym wizerunkiem zespołu. Z drugiej strony, może na złotówki, było to dość drogie, w realiach światowych cena była w miarę niska, a gwarantowała to co chcą fani, bez konieczności stania trzech godzin pod klubem czy autokarem zespołu itd. itp. Nie mnie to oceniać, natomiast nie jest to praktyka nowa i za granicą robi tak wiele zespołów i artystów, chociaż bardziej występuje to w przypadku innych gatunków muzycznych. Miałem natomiast okazję pogadać z kolesiami z Hatebreed i nie było tam żadnej gwiazdorki. No i zagrali zajebiście.
Słuchałeś już nowego Behemotha? Jak wrażenia?
Całej płyty jeszcze nie miałem okazji, ale mam zamiar. Słyszałem dwa numery i powiem tak, „Blow Your Trumpets Gabriel” – ciekawy ale jakoś mnie nie porwał. Natomiast „Ora Pro Nobis Lucifer” dużo bardziej mi siedzi. Czuć fajny old school w tym, może jak dla mnie nawet powiew dawnego Samael, co jest oczywiście na plus. Wiesz – ja nigdy nie byłem dużym fanem black metalu, jak i wczesnej twórczości Behemoth. Najbardziej podchodziło mi ich death metalowe wcielenie, a „Apostasy” i „Evangelion” uważam za mistrzostwo, zarówno muzyczne, jak i brzmieniowe. Toteż chętnie posłucham „Satanisty”.
Jakie polskie płyty AD 2013 najczęściej gościły w Twoim odtwarzaczu? Zaliczasz się do grupy adoratorów Obscure Sphinx i Blindead? A może wyróżnisz pochwalisz trzecią płytę Tides From Nebula? Ja ciąglę komplementuję tych ostatnich.
Bardzo kibicuję zespołom, które wymieniłeś i cieszę sie widząc jak ich kariera sie rozkręca, jednak nie będę ściemniał, że żaden z nich muzycznie za bardzo do mnie nie trafia. Jeśli już miałbym wybrać, to najbardziej podszedł mi nowy Obscure Sphinx. I nie zrozum mnie źle – te zespoły grają zajebiście, tylko, że to po prostu nie do końca moja muza. Zabiłeś mi kołka, bo jak przeglądam płyty jakich najwięcej słuchałem to się okazuje, że ukazały się wcześniej niż w 2013 roku. Chociażby ostatnie Lipali. A z polskich typów na 2013 mogę śmiało polecić najnowszy The Sixpounder!
Wróćmy do Lostbone. W tym roku planujecie wydać kolejną płytę. Liczycie na wyróżnienia w podsumowaniach 2014 roku?
Możesz mi wierzyć lub nie, ale nigdy nie interesowały mnie tego typu zestawienia. Oczywiście jeśli się w nich pojawimy, to będzie to bardzo miłe, ale nie gramy, ani nie nagrywamy płyt po to, aby trafiać do jakichś rankingów. Dla nas największym komplementem jest fakt, że ludzie kupują naszą muzykę i przychodzą na koncerty – to jest największy wyraz szacunku jaki zespół może dostać od słuchaczy.
Wspomniałeś wcześniej, że na każdej płycie jest inna proporcja metalu i hardcore`u. Czego fani mogą się spodziewać tym razem?
Do premiery jeszcze kilka miesięcy, więc nie chcę zdradzać zbyt dużo, ale w moim odczuciu nagraliśmy najbardziej „wkurwiony” album w naszej historii, a zarazem najbardziej różnorodny. Testowaliśmy to na kilku znajomych – i są fragmenty, po których nie poznaliby, że to Lostbone, gdyby nie wiedzieli odgórnie. Z drugiej strony mamy tu chyba kilka najagresywniejszych numerów, jakie stworzyliśmy. Mam nadzieję, że to będzie nasz najbardziej zaskakujący, ale też najciekawszy album – zobaczymy (śmiech). Spędziłem nad nim ponad dwa lata, więc chwilowo trudno mi się zdystansować, ale jeśli dziś – mając już praktycznie finalny miks i mastering – zapytałbyś mnie czy jestem z niego zadowolony – tak, i to bardzo! Teraz jeszcze trochę cierpliwości i mrówczej roboty w temacie wydawniczym i będzie Wam usłyszone!
Na jakim etapie tworzenia materiału jesteście?
Materiał jest już w całości gotowy, mamy dwanaście numerów. W styczniu nagraliśmy całość w Zed Studio z Tomkiem Zalewskim, a kilka dodatków zostało dogranych w HZ Studio. W tej chwili, jak wspomniałem, jesteśmy na etapie dopieszczania miksu i masteringu, a równolegle pracujemy nad okładką i wszystkim co związane z wydaniem i promocją płyty.
W najbliższym czasie macie zaplanowane koncerty z Drown My Day oraz Infliction. Czy poza tymi koncertami macie już zaklepane jakieś daty?
Tak, z Drown My Day mamy dwie tury – pierwsza na przełomie lutego i marca, a potem druga pod koniec kwietnia. Ale oprócz tego przybywa dużo innych dat. W marcu pojawimy się jeszcze w Legionowie, a w kwietniu, chyba mogę już zdradzić wyskoczymy na kilka koncertów na Łotwę, a po nich zagramy w Warszawie. Powoli pojawiają się również plany na jesień. Już na najbliższych koncertach przemycimy do setlisty coś z nadchodzącej płyty, ale w pełni nowego zestawu koncertowego można sie spodziewać dopiero na jesieni, a chcemy zmienić go dość drastycznie. Przez ostatnie lata zagraliśmy naprawdę dużo sztuk i czujemy potrzebę większego przewietrzenia setlisty, szczególnie, że mamy poczucie, że nowe numery powinno dobrze się sprawdzić na żywo. Po szczegóły, jak i bieżące aktualizacje naszych planów koncertowych zapraszam na naszą stronę internetową oraz Facebooka.
Zespół, zespołem… Może opowiesz nam coś o sobie. Skoro jesteś w Lostbone dyrektorem generalnym, to pewnie masz sporo pracy (śmiech)!
Praca związana z funkcjonowaniem zespołu to dla mnie przyjemność. Lubię się zajmować organizacyjną stroną zespołu. Oczywiście, czasami są upierdliwe sprawy, ale tak jest w każdej dziedzinie. Z drugiej strony, robiąc to samemu mam nad tym kontrolę i wiem, że jak coś ma być zrobione to będzie zrobione jak należy, chyba że sam dam dupy (śmiech). Od początku było ciśnienie, żeby być aktywnym zespołem i przede wszystkim grać dużo koncertów, tak więc bywa że jest sporo pracy. Ale to jest właśnie fajne – lubię jak się dużo dzieje. Jest wręcz tak, że jak nie mamy przed sobą zaklepanych koncertów to mam nerwicę, dlatego zazwyczaj mamy (śmiech).
Zostawiasz jakieś zadania kolegom z bandu? Czy oni „tylko” grają (śmiech)?
Oczywiście, Lostbone to pełnoprawny zespół! Wszystkie istotne decyzje omawiamy i podejmujemy wspólnie. Poza tym nie „tylko” grają, lecz „aż” grają. Dopiero gdy uformował się obecny skład poczułem jak bardzo wszystko zależy od właściwych osób. Nagle się okazuje, że wszystko działa lepiej. Każdy z nas wrzuca różne pomysły na stół i każdy ma swoją rolę. Zresztą w kwestiach poza muzycznych też wszyscy są aktywni. To co trafia do was finalnie jest efektem naszej wspólnej pracy – wszystkich czterech!
Co mobilizuje Cię do nagrywania kolejnych płyt, organizowania koncertów?
Głównym powodem jest chyba to, że zajebiście lubimy to robić. Tworzenie muzyki i granie koncertów to sedno bycia w zespole (śmiech)! Nigdy nie bawiło mnie bycie w zespole, którego funkcjonowanie opiera się na siedzeniu w sali prób. Podobnie nie bawi mnie granie przez dziesięć lat tych samych numerów. Tak naprawdę zazwyczaj chwilę po nagraniu płyty, rodzi się potrzeba tworzenia nowych rzeczy, pomysły same zaczynają się pojawiać.
Jakie jest Twoje największe muzyczne marzenie?
Zagrać przed Metalliką.
Gdybyś chciał zagrać z Metalliką to radziłbym zostać pianistą (patrz Grammy)… A jak wkręcić się na support to nie wiem. Myślisz, że dużo czasu Wam na to zostało?
Oby jak najwięcej! Wiesz – jestem realistą, ale z drugiej strony, kilka lat temu w sferze marzeń było to, co dziś mamy już odhaczone na liście życzeń…
Dokończ zdanie: „Metallica skończyła się na…”
Wcale się nie skończyła i mam nadzieję, że jeszcze długo się nie skończy.
A o czym marzyłeś jak zaczynałeś grać na gitarze?
Żeby mieć normalnie działający zespół, grający muzykę, z której mam totalną radochę, a zawsze chciałem grać szybko i ciężko (śmiech).
W jakim stopniu udało się zrealizować ten cel? Gracie już odpowiednio szybko i ciężko? Jesteście normalni (śmiech)?
No coś ty – jesteśmy dość mocno pojebani (śmiech)! Tak, mam poczucie, że się udało. W tym roku mija 9 lat od powstania zespołu i 6 od kiedy gramy w obecnym składzie. Właśnie nagraliśmy czwartą płytę, a to w sumie nasze szóste wydawnictwo, wiec wydaje mi się, że samo to, jest już powodem do zadowolenia. Co do samej muzyki, to w Lostbone gramy właśnie tak, jak zawsze chciałem grać, to jest muzyka, której tworzenie i granie sprawia mi najwięcej radochy. Natomiast i tak, cały czas skupiam się na tym, co przed nami. Wiesz – cieszę się z tego co nam się udało, ale nie jestem typem, który siada przy kominku i rozkminia, jak super, że nam się udało to czy tamto. Jestem totalnie nakręcony tym, co zrobiliśmy na nowej płycie i teraz skupiam się na tym, co będziemy robić przez najbliższe dwa lata! A mam nadzieję, że nudzić się nie będziemy!
Macie jakieś plany na dziesięciolecie działalności?
Nie wiem jeszcze czy będziemy robić z tej okazji coś specjalnego. Wszyscy robią 10-lecia to może my zrobimy 11-lecie? Mamy kilka pomysłów, bo to jednak pewien sukces przetrwać tyle czasu. Ale zobaczymy, sądzę że zaczniemy o tym myśleć dopiero gdy płyta będzie już dostępna a koncerty na ten rok zaklepane.
Co jest Twoją największą pasją poza muzyką?
Dobre pytanie, ale trudne. Wydaje mi się, że możliwość posiadania czasu wolnego i spędzania go tak jak w danym momencie mam ochotę, bez względu na to czy podróżując, czy leżąc przed telewizorem. A poza tym ogarnianie wszystkiego co związane z zespołem też jest moja pasją.
Jaki fragment tekstu piosenki mógłby być Twoim życiowym credo? Mnie ostatnio ciągle chodzi po glowie You don’t live `till you are ready to die z kawałka “We’rewolf” Every Time I Die…
Those people who tell you not to take chances. They are all missing on what life is about. You only live once so take hold of the chance. Don’t end up like others the same song and dance. Chyba znasz?
A najlepszy riff wszech czasów, to…
Teraz mnie zastrzeliłeś. Nie ma w ogóle możliwości abym wybrał jeden. Metallica, Slayer, Megadeth, Machine Head, Death, Morbid Angel, Pantera, Black Sabbath, Sepultura, Acid Drinkers. I tak mógłbym wymieniać. Jest tak wiele mega riffów, że zbrodnią byłoby sie tutaj ograniczać (śmiech).
Dzięki za rozmowę. Mam nadzieję, że jej zapis trafi do Larsa Ulricha, a Wasza muza przekona go do złożenia Wam interesującej propozycji!
(śmiech) To ja bardzo dziękuję za rozmowę! Wiesz co – w 2004 roku poprosiłem Larsa na spotkaniu przed koncertem w Pradze, żeby zagrali kilka numerów, których nie grali miesiąc wcześniej w Polsce i dałem mu 5 tytułów na kartce. Zagrali 3 z 5 o jakie poprosiłem. Czyli „I Dissapear”, „Welcome Home” i „Whiplash”. Chciałem jeszcze m.in. „Ain’t My Bitch”, ale wiedziałem, że bardziej realne są te, które w ogóle pojawiały się na tamtej trasie. Nie powiem – trochę mi kopara opadła po tym zdarzeniu (śmiech)! To było rok przed powstaniem Lostbone, więc teraz już wiem co mu powiedzieć jeśli kiedyś uda mi się z nim spotkać ponownie!
Nie mogę nie zapytać jeszcze, jak udało Ci się spotkać z Larsem? I już naprawdę kończymy ten wywiad rzekę (śmiech)! Wielkie dzięki za poświęcony czas!
Wtedy w Pradze wylosowałem Meet & Greet w Metclubie. Miesiąc wcześniej, w Chorzowie miałem okazję być na spotkaniu dzięki mojej ówczesnej pracy. To były dwie okazje kiedy mogłem spotkać się z całym zespołem. Oprócz tego trafiło się jeszcze czasem zderzyć z poszczególnymi panami. Miło wspominam.
http://www.youtube.com/watch?v=TDZ3Neho0Qs
Rozmawiał: Piotr Wasilewski



