Jakiś czas temu polecaliśmy Wam koncert Enter Shikari, który odbył się niedawno w warszawskiej Proximie. Do wygrania mieliśmy także płyty zespołu, a teraz dzielimy się z Wami relacją z gigu, którą napisał dla nas Piotrek Wasilewski.
19 stycznia w warszawskiej Proximie wystąpił zespół Enter Shikari. Relację z trzeciego występu Brytyjczyków w Polsce należy rozpocząć od informacji „KONCERT WYPRZEDANY”, którą podała agencja koncertowa Go Ahead dzień przed wydarzeniem. Ten fakt miał istotny wpływ na przebieg koncertu. Po pierwsze, zgromadzony przed klubem tłum musiał odczekać swoje w kolejce na siarczystym mrozie. Po drugie, nie każdy zdążył na support, a liczni musieli oglądać koncert Cancer Bats z kurtką w ręku. Po trzecie i ostatnie zarazem, do Proximy przyjechali wygłodniali fani mający wspólny cel – dobrze się bawić i sprawić by ten wieczór był wyjątkowy.
Rola supportu podczas całej europejskiej trasy Enter Shikari przypadła Kanadyjczykom z Cancer Bats. Trzeba przyznać, że to zespół godny uwagi, a także gotowy do tego, by być headlinerem. Wielu fanom jest on już bardzo dobrze znany, a dla niektórych był ważniejszy niż gwiazda wieczoru. Nawet najbardziej sceptycznie nastawieni słuchacze zostali natomiast skutecznie rozgrzani rewelacyjnie wykonanym coverem Beastie Boys – Sabotage. Kanadyjska formacja istnieje już 8 lat, a w Warszawie wystąpiła już po raz czwarty, dzięki czemu odczuwalny był duży luz i spontaniczność z ich strony. Wokalista Cancerów pochwalił się także bardzo ładną polszczyzną – „Dzień dobry Warszawa!” zostało nagrodzone gromkimi brawami. Największe uznanie należy się właśnie Liamowi Cormier, który wykorzystując swoją charyzmę bardzo skutecznie zagrzewał szalonych fanów do zabawy, nakłaniając ich do circle pitów, skakania, klaskania, śpiewania, czy też pokazywania metalowych rogów (Horns up, MetalHeads!). Niezwykle szkoda, że nie każdy zdążył na ten występ lub wysłuchał go stojąc w kolejce do szatni. 45 minut koncertu było przekrojem całej dyskografii zespołu, a sposób w jaki kapela wykonywała kolejne utwory robił duże wrażenie. Po niezwykle gorącym supporcie przyszedł czas na gwiazdę wieczoru.
O różnorodności jaka panowała w Proximie tego dnia przekonać się można było już podczas dziesięciominutowego intro. Klubowe granie połączone ze speakerem informującym ile minut zostało do występu (3 minutes to showtime.) to zgoła odmienne bodźce niż hardcorowo-metalowe Cancery. Publiczność jednak bardzo ochoczo przywitała hity lat 90., a pierwsze dźwięki otwierającego koncert System/Meltdown to już istny szał. Singalongom tego wieczoru nie było końca. W pewnych momentach można było mieć nawet problem ze słuchaniem zespołu, gdyż publiczność tak głośno wyśpiewywała teksty. W parze ze śpiewaniem od razu ruszył crowdsurfing, w którym uczestniczyli zarówno basista jak i gitarzysta (tradycyjnie podczas Gandhi Mate, Gandhi). Do pełni szaleństwa zabrakło jedynie stage dive`ów, ale na te nie pozwalała ochrona. Słów kilka powiedzieć należy o grze świateł. O ile podczas koncertu CB po prostu były one zauważalne, to podczas grania ES robiły duże wrażenie, gdyż były bardzo różnorodne i dokładnie dopasowane do klimatu panującego w danej chwili na scenie.
Muzycznie koncert był bardzo eklektyczny, a prezentowane utwory różniły się od wersji studyjnych. Największe zmiany można było zauważyć w Ssssnakepit oraz Mothership. Za przykład różnorodności w muzyce Enter Shikari posłużyć może chociażby Gap In The Fence, w którym akustyczne intro przeradza się w bardzo dyskotekowy finał. Chwile, w których emocje sięgały zenitu ciężko zliczyć. Na pewno jedną z nich było chóralnie odśpiewane Warm Smiles Do Not Make You Welcome Here. Wspomniałem wcześniej o pięknej polszczyźnie CB, więc słów kilka należy powiedzieć o Enterach
Jak się macie Warszawa! Dziękuję! Pięknie dziś wyglądacie!
działały na fanów niczym płachta na byka i kończyły się gromkimi brawami. 90 minut zabawy najlepiej określają słowa perkusisty Enter Shikari: „The craziest crowd in the world.”
Podsumowując, sobotni wieczór w Proximie był dobrym rozwiązaniem zarówno dla fanów hardcore`u, metalu, jak i klubowych, tanecznych brzmień. Pozwolił zapomnieć o polskiej zimie i przeniósł słuchaczy w przestrzeń, gdzie muzyka wykonywana jest na światowym poziomie. Szkoda tylko, że 2 świetne zespoły oraz tłum fanów musiały męczyć się w zdecydowanie zbyt małym klubie. Pocieszeniem może być jednak to, że nagłośnienie nie zepsuło radości słuchania, co niestety często zdarzało w tym miejscu się w przeszłości.
