Dosłownie wczoraj informowaliśmy Was o premierze nowej, dosyć nietypowej pozycji na polskim rynku wydawniczym, jaką jest powieść 'Kochanowo i okolice’ – warto przeczytać ciekawą zajawkę książki o deathmetalowym zespole, który decyduje się stawić czoła wyzwaniu grania na wiejskich festynach! Jako patron medialny tej książki (premiera – maj 2013) mamy niekłamaną przyjemność opublikowania sporego fragmentu który – mamy nadzieję – już w maju skieruje Wasze kroki do księgarni!
Kochanowo i okolice – fragment
Miałem nadzieję, że się przesłyszałem.
– Co ty gadasz, Makar?
– Yhym… – chrząknął mój kolega. – Mówię ci, że mamy zagrać przed Kombi na dożynkach…
– Czy ciebie, kurwa, całkiem już pojebało?
– No… chciałem dobrze, a poza tym wszystko już zaklepane…
No masz – chciał dobrze. Ten skretyniały narkoman zarejestrował jakoś fakt tej niby-reaktywacji, ale braku Łosowskiego rzecz jasna już nie dostrzegł. Jak cała reszta tego kraju, niestety. Na szczęście dla Skawy i Tkaczyka. Co to zresztą za różnica, kto gra, prawda? Kombi czy KombII, jak to teraz pisali? Kto to kuma, kto się nad tym zastanawia? Grunt, że można wyryczeć: „…jest tyle gór do zdobycia!!!”. I zalać pałę piwem, a w gębę sobie wepchnąć kiełbasę z musztardą.
Wizja wiejskiego festynu z podróbką Kombi w roli głównej napawała mnie wstrętem. A pomysł, żebyśmy zagrali przed nimi, wydał mi się niebotycznym szczytem absurdu. To niemożliwe. On tego nie powiedział.
– Exterminator na dożynkach? Przed Kombi? I co to, kurwa, znaczy, że wszystko już zaklepane?
– No… – Makar wystawił na chwilę głowę zza kotary, bo Lizzy zaczął pohukiwać, że jest próba i że albo gramy, albo od razu ktoś skacze po piwo. – Zaraz, zaraz! – odkrzyknął mu i znowu naparł na mnie. – Powiedziałem Wirskiemu, że ty bardzo lubisz Kombi i że twoim marzeniem byłoby…
A jednak to nie była halucynacja. Może żart w takim razie.
– Makar – wycedziłem. – Powiedz mi, proszę, że żartujesz. Że jesteś na jakimś pofazowym zjeździe, coś ci się popierdoliło i myślisz, że prima aprilis wypada właśnie dzisiaj. Może nawet będę się śmiał. Ale nie jestem pewien.
– Niestety, Marcyś, nie żartuję – powiedział z powagą Makar. – Wirski sobie wszystko zapisał i obiecał, że oddzwoni, jak coś będzie wiedział. I zadzwonił przed chwilą. Mówił, że musiał się nagadać z ich menagementem, z wójtem też wszystko uzgodnił i w końcu załatwił, że wystąpimy. Powiedział tylko, że na wszelki wypadek lepiej byłoby, gdybyśmy zagrali łagodnie. Żadnego death metalu.
– O ja pierdolę – o mało nie przysiadłem z wrażenia. – Po prostu nie wierzę. To ma być prezent na moje urodziny?
– Marcyś, ja naprawdę myślałem, że się ucieszysz…
– Ucieszę się, jak się okaże, że to niby-Kombi jednak do nas na te dożynki nie przyjedzie i że znowu zagra Stachursky, tak jak rok temu na gminnych. Powiedz Wirskiemu, że się rozmyśliliśmy.
Makar skrzywił się lekko i zaczął bawić się jednym z wisiorków.
– Nie mogę… – wymamrotał wreszcie.
– Jak to nie możesz?
– Bo on mówił, że jak to załatwiał, to poruszył niebo i ziemię, i że nasz wójt jest bardzo zadowolony, że w jego rewirze działa zespół, który można by przy okazji tej imprezy wypromować – wyrecytował szybko. – Chce nam dać od razu stypendium dla uzdolnionych muzycznie amatorów z obszarów objętych jakimś tam unijnym programem. To jest dwanaście tysięcy, stary! Wiesz, co będziemy mogli za to kupić? Nowy mikser, efekty do gitar…
– Makar – przerwałem mu. – Idź teraz i opowiedz o wszystkim chłopakom. I nie licz, że wezmę cię w obronę.

Rozsunąłem kotarę, odwróciłem go i popchnąłem w kierunku środka sali. Wkurzony Jaromir uznał, że przyszedł wreszcie czas na wyjaśnienia, zgasił więc dwa punktowe czerwone reflektory, które zapalaliśmy podczas naszych prób dla uzyskania odpowiedniego mroczno-krwistego klimatu, potem, przyświecając sobie zapalniczką, podszedł do centralki i włączył główne światło. Zmrużyliśmy oczy, oślepieni nagłym blaskiem. Jaromir wrócił na poprzednie miejsce, stanął w rozkroku tuż obok swojej perkusji i powiódł po nas gniewnym wzrokiem. Przynajmniej on wygląda jak rasowy metalowiec, pomyślałem. Gdybym nie wiedział, w życiu bym nie pomyślał, że taki typ może pracować w bibliotece. Prawie dwa metry, wielki brzuch, zapleciona w warkoczyk krótka bródka, długie do połowy pleców, rozpuszczone ciemnoblond włosy, bojówki i koszulka z wielkim czerwonym pentagramem. To robiło wrażenie. Przez chwilę miałem nawet nadzieję, że Makar chociaż raz przelęknie się naszego bębniarza i za moment odwoła wszystko, co mi dotąd powiedział.
– Co tu się, kurwa, dzieje, panowie? – zapytał groźnie Jaromir, ale Makar tylko wzruszył ramionami.
– Już wyjaśniam – odparł. – Miałem niespodziankę dla Marcysia, ale on…
– Gramy czy nie? – wszedł mu w słowo kompletnie obojętny na niespodzianki Koczis. – Bo jak nie, to ja idę do domu.
I rzeczywiście – nasz demoniczny, mrukliwy wokalista podszedł do krzesła, na którym wisiała jego skórzana kurtka, i zaczął ją powoli, z namaszczeniem nakładać na swój chudy tors. Kiedy skończył, wykonał ruch, jakby chciał odgarnąć włosy, ale po sekundzie najwyraźniej zreflektował się, że piękne lata, kiedy nie miał jeszcze odpowiedzialnej pracy w sektorze finansowym i mógł hodować pióra, bezpowrotnie i nieodwołalnie minęły. Skrzywił się więc z niesmakiem, zamruczał coś pod nosem i strapiony dotknął swoich gładko wygolonych policzków. Tak. Czasy, gdy nosił brodę podobną do Jaromira, również były daleko za nim.
– Co ty robisz, Koczis? – spytałem, patrząc zdumiony na tę ponurą pantomimę.
– Mówiłem już. Idę do domu.
– Poczekaj – powiedziałem. – Makar ma wam coś ciekawego do powiedzenia.
– O, Jezu – jęknął Koczis i usadowił swoje cherlawe ciało na wzmacniaczu Lizzy’ego. Ubrany od stóp do głów na czarno, chudy jak szczapa, wyglądał jak śmierć. Zmęczona, sterana życiem, blada, czarnowłosa śmierć. Kurwa mać, jego klienci w banku muszą być naprawdę zdesperowani. Gdyby podczas rozmów z nimi wyciągał spod biurka szachy, wyglądałby zupełnie jak ten koleś z filmu Bergmana. Szach mat – nie ma kredytu.
– Koczis, proszę cię… – zabuczał Lizzy tym swoim charakterystycznym basem w stylu Wojciecha Manna. – Mój sprzęt wart jest więcej niż cała twoja roczna wypłata.
Koczis podniósł się więc niechętnie i usiadł na podłodze przy bębnach Jaromira. Lizzy tymczasem włożył ręce do kieszeni swoich obcisłych dżinsów i ostentacyjnie położył obutą w trampki nogę na wzmacniaczu Makara. Resztki siwych, długich włosów spadły mu na czoło i spraną koszulkę z ledwie czytelnym napisem „Gibson”. Wyglądał jakby właśnie wrócił z wyczerpującej klubowej trasy Motörhead. Spocony pod pachami, śmierdzący tanimi fajkami, zniszczony latami w branży, wysoki, żylasty czterdziestolatek. Podstarzały rockman, niedoszły gwiazdor hard rocka, skazany przez zły los na smutne wypalanie się w gminie Kłodzko w roli gimnazjalnego nauczyciela muzyki i solowego gitarzysty Exterminatora, kapeli, która dawno temu ugrzęzła w undergroundzie i wcale nie miała zamiaru się stamtąd wygrzebywać. I to wszystko daleko – bardzo daleko – od szołbiznesowej centrali.
Muppet show, pomyślałem, zdystansowany nagle do całej tej kretyńskiej sytuacji i wszystkich moich pociesznych kolegów. Jestem członkiem kapeli z Muppetów. Z tym że u nas ten idiota, Zwierzak, gra na basie i właśnie załatwił nam koncert w tak żenujących okolicznościach, że aż trudno sobie wyobrazić większą kompromitację dla przyzwoitego, podziemnego zespołu.
– Ponawiam pytanie – odezwał się znowu Jaromir. – Co tu się, kurwa, dzieje? O czym tak długo gadaliście, co?
Mój serdeczny kolega, Jacek „Makar” vel „Zwierzak” Makarewicz ocknął się z odrętwienia, nabrał powietrza w płuca i nagle odwrócił się w moją stronę.
– Zobaczysz, że się ucieszą – powiedział do mnie z pretensją.
I nie pomylił się.
Na podstawie książki została też napisana sztuka teatralna Exterminator, na którą zapraszamy na Scenę na Woli do Teatru Dramatycznego Warszawie!
