Dziś mamy dla Was pierwszy fragment specjalny książki Joela McIrvera pt. „Żyć znaczy umrzeć” opowiadający o Cliffie Burtonie. Przypominamy, że książka jest już w przedsprzedaży w specjalnej cenie (obniżka aż 25%!) – zachęcamy do zakupów i zapraszamy do lektury!
Corinne nigdy wcześniej nie opowiadała o swoim związku z Cliffem, ale uprzejmie zgodziła się podzielić kilkoma wspomnieniami na potrzeby tej książki. Mamy szczęście, że tak się złożyło, ponieważ wymieniła kilka jego cech, których nie mógł zauważyć nikt inny. Podobnie jak Cliff, Corinne była fanką metalu. „Uważałam, że prawdziwie niezwykli są Iron Maiden i Tygers Of Pan Tang. Bujałam się ze swoim kumplem, Brianem Lew, i poznawałam tych wszystkich wspaniałych ludzi, takich jak Ron Quintana z Record Vault.
To był bardzo gorący okres, bo weszłam w niezwykle otwarte środowisko. Była kupa zabawy”. Tak wspomina swoje pierwsze spotkanie z Cliffem: „Iron Maiden grali 3 lipca w San Jose, w ramach trasy World Slavery Tour, i jakimś cudem – myślę, że dzięki mojej pracy albo dzięki komuś ze znajomych – zdobyłam kilka wejściówek, które miałam zamiar sprzedać przed koncertem. Poszłam do Civic Center i stał tam taki facet w niebieskich dzwonach. Pamiętam jego strój, bo wszyscy inni w latach osiemdziesiątych nosili rurki. Miał długie, brązoworude włosy i pił piwo. Na początku rozmowa się nie kleiła. Zapytałam go, czy idzie na koncert, a on odpowiedział, że idzie, więc zapytałam, czy ma bilety. Powiedział, że nie. »Ooo, to może chcesz kupić?« »Nie!« W taki sposób odpowiadał na pytania – nie były to jednak odpowiedzi niegrzeczne – to było intrygujące.
Zaczęłam się zastanawiać: nie masz biletów i nie potrzebujesz biletów, ale i tak idziesz? Nie zamierzał mi niczego ułatwiać, więc stwierdziłam: »Dobra, to na razie«. Później zobaczyłam go za kulisami i pomyślałam: Oho, kapuję. Nie rozmawiałam z nim, ale patrzyłam na niego i się uśmiechałam. Spotkałam kilku znajomych i jednym z nich był Mike „Yaz” Jastremski, totalny wariat, wymieniliśmy się numerami telefonów”. Fakt, że Corinne żartobliwie nazywała Jastremskiego „Spaz”, niemal wywołał poważne spięcie. „Jakiś tydzień później dostałam telefon od faceta, który mówi: »Hej, czy to Corinne?« A ja na to: »Przy telefonie«. Pracowałam wtedy jako recepcjonistka. Powiedział: »Poznałem cię na koncercie Iron Maiden«. Wykrzyknęłam: »Spaz!«. Zdziwił się: »Słucham?« Pytam więc: »Nie mówią na ciebie Spaz? To nie tobie dawałam swój numer?«. Odpowiedział: »Nie, mojemu kumplowi«. Więc pytam dalej: »No to, eee, kim jesteś?«. Zaczęliśmy rozmawiać. Był taki miły i spokojny – zupełnie inny niż typowy metalowiec, wydawał się naprawdę inteligentny.
Zaprosił mnie na randkę i zapytał, dokąd chciałabym pójść. Odparłam, że nie mam samochodu i że mieszkam w Sunnyvale. Stwierdził: »Dobra, przyjadę do ciebie«. Po jakimś czasie Cliff przyjechał swoim wysłużonym garbusem do miasteczka Corinne. Pierwsze spotkanie przebiegło jednak inaczej, niż było to zaplanowane.„Pierwsza randka? O, mój Boże – śmieje się Corinne. Tego dnia nadwyrężyła sobie plecy i musiała wziąć kodeinę, pierwszy środek przeciwbólowy, jaki kiedykolwiek brała. – Poszliśmy do jakiejś takiej wieśniackiej sieciowej restauracji, takiej przyhotelowej, pseudoegzotycznej tandety. Straszliwe kolejki, miejsce totalnie anonimowe. Zjadłam trochę ogórka i skończyło się na tym, że go zwróciłam w toalecie, bo zażyłam tę kodeinę i piłam alkohol. Nie wiedziałam, że nie wolno mieszać. Ale Cliff był bardzo miły. Powiedział mi, czym się zajmuje, na co ja westchnęłam. Oczywiście słyszałam o Metallice i raz ich widziałam na żywo, ale niewiele o nich wiedziałam, nie miałam też żadnych płyt.
Moi przyjaciele w Vancouver bardzo ich lubili, ale jak na mój gust grali nieco za ciężko”. Polubili się, choć ponad dwie dekady później Corinne przyznaje, że Cliff bardzo się różnił od jej poprzednich chłopaków. „Moje pierwsze wrażenie było takie: Co to ma być? Przypominał jakiegoś hipa z lat siedemdziesiątych. Nie był to typ faceta, który normalnie by mnie zainteresował. Na początku nic do niego nie czułam, ale kiedy zaczął mówić, pomyślałam: Ojej, przecież takich facetów nie ma, jest inteligentny, a do tego jeszcze dowcipny. Doskonale znał samego siebie, a to niezwykle pociągające, bo wiąże się z niesłychaną pewnością siebie. Nikogo nie udawał, nie było żadnego »zobacz, kim jestem«. Nic z tych rzeczy. Mieliśmy mnóstwo wspólnych zainteresowań – literatura, filmy, filozofia, sztuka… Uwielbiał sztukę, a ja kochałam historię sztuki, więc opowiedziałam mu o Hieronimie Boschu i innych swoich ukochanych artystach średniowiecznych. Odwiedzaliśmy naprawdę wspaniałe antykwariaty. Raz kupiłam mu Diary Of A Drug Fiend Aleistera Crowleya, ale jakiś skurwiel z innej kapeli mu ją ukradł”.
Fragment pochodzi z książki „Cliff Burton – Żyć znaczy umrzeć. Historia życia legendarnego basisty zespołu Metallica” autorstwa Joela McIvera, wyd. SQN, 2013.

