atrapa

Show your scars – Magnetyczne odrodzenie Metalliki – recenzja z Metallicabb.com

Dziś, zgodnie z daną Wam niedawno obietnicą – prezentujemy genialną recenzję Death Magnetic zamieszczoną oryginalnie na oficjalnym forum Metalliki – Metallicabb.com. Recenzja ta została napisana przez Trinnyallica, a na forum zamieścił ją internauta o nicku The Loose Wolf. Wiele osób (w tym my, jako redakcja deathmagnetic.pl) uważa, że to co napisał Trinnyallica, można określić jednym słowem: mistrzostwo świata. Gorąco zachęcamy do przeczytania tej jakże świetnej recenzji nowego albumu – napisanej po wypłynięciu całości płyty do internetu.

Kilka miesięcy temu, trzy lub dwa, choć wydaje się jakby minęło pięć lat, w końcu poznaliśmy nazwę dziewiątego albumu Metalliki: Death Magnetic. Będę szczery, pomyślałem, że wybrali cholernie słabą nazwę i że album będzie do bani. Właśnie przez tą nazwę.

Po godzinie rozmyślań na temat tego, o ile lepsze od Death Magnetic były nazwy Master of Puppets, Ride the Lightning, And Justice for All, w końcu mi przeszło. Zaczęła mi się nawet podobać. Taka gra słów w nazwie. Magnesy jednocześnie odpychają, jak i przyciągają. Mogą łączyć ze sobą lub przeciwnie, w zależności od biegunów. A śmierć jest ostatecznością dla wszystkiego, dla życia. Połącz je razem a otrzymasz definicję “Death Magnetic”: odpychanie i przyciąganie śmierci.

James potwierdził moje przekonanie w wywiadzie, w którym tłumaczył o czym będzie płyta i czym była zainspirowana.

Chodzi o białego słonia w pokoju

powiedział, po czym dodał już na poważnie:

Niektórzy ludzie nie chcą mówić o śmierci, inni są nią zafascynowani.

To jest bardzo interesujące i prawdziwe, ale jak to odzwierciedlić na płycie?

Kochajcie, nienawidźcie, czujcie co chcecie na temat St. Anger wydanego w 2003. Ten tzw. “agresywny” album z czerwoną pięścią wycelowaną w twarz dał członkom zespołu wystarczająco dużo złej prasy. Zewsząd pojawiały się pretensje ludzi, którzy nie tylko krytykowali, ale po prostu przekreślali zespół. To miał być koniec, byli tonącym statkiem, którego nie można uratować.

Jednak co bardziej ciekawi i uparci zostali, czekali i mieli nadzieję, w myśl przekonania, że nic gorszego od St. Anger nie może powstać. Inni twierdzili, że Metallica dalej ma to “coś”. To był ten mix. Zajęło mi 2 lata żeby naprawdę zrozumieć i docenić ten album. Wcześniej lubiłem tylko 3 utwory, jedynie. Ale trzeba było tylko odpowiedniego nastroju. St. Anger był zbyt osobisty żeby spodobać się każdemu, przeciętnemu słuchaczowi. Nowy album, jakikolwiek by nie był, musiał odpowiadać gustom masowym. Nie mógł być jedynie 75-minutową mieszanką tekstów, śpiewu i muzyki. Koniec z jamowaniem, hard-rockowym klimatem, zwykłym rockiem. Wszystko musiało się zmienić, album musiał być solidny, prawdziwy.

Bez względu na to, czy Metallica to kiedykolwiek przyzna (a prawdopodobnie nie), Death Magnetic był płytą, na którą czekali wszyscy: fani hardrocka, ci którzy wątpili, ci którzy byli pełni nadziei i ci którzy jej już nie mieli. Niezależnie od kiedy wg ciebie Metallica się już “wyprzedała” (jeśli uważasz, że był to Ride the Lightning nie fatyguj się, żeby czytać dalej), czułeś się delikatnie oszukany kolejnymi albumami wydawanymi w 1991, 1996, 1997, 1999, czy 2003. Jeśli należysz do tych fanów Metalliki, którzy zawsze będę zadowoleni ze wszystkiego, co robi zespół, to nigdy nie poczułeś się oszukany, ale chciałeś i potrafiłbyś docenić ponad wszystko zmianę w tempie. Chodzi o coś, co wywróciłoby wszystko do góry nogami. Musieli pokazać, że potrafią znowu tego dokonać, udowodnić, że Metallica to buntownik świata metalu. Ale jak tego dokonać, gdy masz już status jednej z najsłynniejszych kapeli metalowych? Jak wzniecić znów ten ogień? Ten głód?

Przejście od Boba Rocka do Ricka Rubina było głównym wstrząsem, który niektórych zadziwił, w innych wzbudził nadzieję na zmiany. Czy byliby w stanie wydać kolejny solidny album przy wsparciu Ricka Rubina? Mimo swej świetnej reputacji wypracowanej wydaniem płyt Slayer’a, Slipknot’a, System of a Down, wielu było absolutnie przerażonych pracą tego producenta (np. krytyka Stadium Arcadium RHCP). Dodaj do tej mieszanki groovowego pana Robert’a Trujillo i nową lokalizację wydania – słynne Sound City w Los Angeles – i otrzymasz zaskakująco ciekawą miksturę zapowiadającą coś świeżego w świecie Metalliki. Ale czym będzie ta “świeżość” pozostawało niewiadomą, odkrywaną małymi skrawkami updatów tu i tam, kilkoma gadkami Larsa.

Tak więc to jest test, eksperyment, jak to szumnie nazywa Lars. Czy nowy producent, nowy basista i nowa lokalizacja Sound City może wnieść nowe życie w Metallikę? Czy Metallica może zrobić coś nowego, coś co w końcu zatrzęsie podstawami dając przynajmniej pół-pozytywny efekt? (bo oczywiście nie ma takiej opcji, że KAŻDY pokocha CAŁY album) Czy coś takiego może się wydarzyć? Czy może powstać naprawdę dobra płyta?

Pomyśl o tym w ten sposób: możesz zakochać się w dziewczynie twoich snów. Myślisz, że to jest ta jedyna i że jest najlepszą rzeczą, jaka mogła cię spotkać. Wszystko układa się pięknie, fantastycznie i nagle, pewnego dnia staje się coś strasznego. Ona cierpi, lecz skrywa wszystko w sobie. Wspierasz ją i pomagasz jak tylko możesz, aż w końcu staje się znowu silna i zdrowa albo tak ci się przynajmniej wydaje. Nagle ona postanawia wszystko zmienić, a ty zastanawiasz się dlaczego. Twoja dziewczyna zaczyna bywać w towarzystwie, a ty zaczynasz się martwić. Część ciebie myśli, że to świetnie, że się otwiera na ludzi, ale z drugiej strony wiesz, że może być to zwiastun czegoś złego. I wtedy staje się, gasną światła, opadają kurtyny, a ty zostałeś sam za tylnymi drzwiami. Ona zmienia się coraz bardziej i staje się kimś kogo nie poznajesz. W miejsce piwa pojawia się Martini, kobiecy wokal przejmuje miejsce złożonego podkładu. Zastanawiasz się, czemu w ogóle jeszcze się z nią zadajesz, ale jednocześnie tolerujesz i radzisz sobie z tym, mimo że w głębi serca chcesz, żeby to się skończyło (lub dałeś sobie spokój, powiedziałeś “odchodzę, wynocha, ROZWÓD“, ale pokuśmy się o inny scenariusz).

Otrzymujesz ciosy z każdej strony, ona atakuje ślepo tych, którzy niegdyś ją wspierali, nie wiedząc co tak naprawdę robi. Zastanawiasz się co ty tu jeszcze robisz, ale trwasz, radzisz sobie z tym, nie rozumiejąc nawet czemu. Głupia miłość, ślepe oddanie, naiwna wiara? Cokolwiek. Wtedy wszystko się sypie, ona się sypie. Kolejny raz myślisz, że nie warto, ale nadal zostajesz i wspierasz ją, bo bez względu na przeszłość wciąż wierzysz, że to ciało zużyte życiem, luksusem to człowiek, którego kochasz najbardziej i wiesz, że znowu może stać tą właśnie osobą. Rozumiesz, że można zapomnieć kim się tak naprawdę jest. Możesz ten fakt ignorować, udawać że nic się nie dzieje, uciec od tego, odepchnąć. Ale nigdy nie zapomnisz kim jesteś i skąd pochodzisz. Wszystko to, to kwestia cierpliwości, wiary i czasu.

To jest Mój Przyjacielu ten czas. To jest “Death Magnetic”.


01. That Was Just Your Life (7:08)

Pierwsza z wielu długich piosenek na płycie, czy raczej poematów, jak zostały określone utwory z “Death Magnetic”. Sądząc po samym tytule żartowałem sam do siebie, że jest taki megadethowski (‘This Was My Life’). Ale w sam kawałek nie ma w sobie nic z Megadeth, to jest czysta Metallica.

Nie ma tu akustycznego intro ala Battery, czy FFWF. Samo intro jest, ale lepiej sam usłysz pierwszy dźwięk, gdy piosenka znajdzie się w twoich rękach. Dźwięki intro przypominają nastrojowe, mroczne spotkanie z ?Sanitarium?, tak jakbyśmy otrzymali dawkę kolejnego Load?a. Wtedy, po około minucie następuje zwrot i brwi unoszą się z zaciekawienia. Świetne stopniowe rozbudowanie utworu. Po 1:30 moja głowa zaczyna ruszać się w rytm piosenki. Wtedy wchodzi Hetfield ? brzmi dobrze, silnie. Dźwięk E nadaje jego głosowi takiej potęgi, jakiej nie słyszałem od czasów Justice i Black. Chórki są dobre, wokale chwytne. Jak to potrafi Metallica, słowa doskonale zgrywają się z riffami. “I open up just in time to say goodbye,” (‘Otwieram się w porę, by powiedzieć żegnaj’) – to jest zbyt chwytne, żeby tego nie śpiewać.

Słuchawki zaczynają trzeszczeć, ale da się to wytrzymać. Na głośnikach brzmi to lepiej, sądzę że to wina kompresji. Po powtórce refrenu, fajnie jest śpiewać ‘almost not your life’, wchodzi pierwsza z wielu solówek Hammett’a. Gdy czytałem recenzje o tym, że na “Death Magnetic” Hammett został “spuszczony ze smyczy”, potraktowałem to z przymrużeniem oka. Po trzech sekundach daje się słyszeć gitarową harmonię w stylu Thin Lizzy, która podoba mi się bardziej niż powracający, główny riff piosenki.

Końcówka uderza, piosenka się kończy zostawiając mnie nabuzowanego w oczekiwaniu na kolejny kawałek. Świetny otwieracz, doskonały wstęp i próbka brzmienia dalszej części “Death Magnetic”. Znacznie w większym stopniu niż The Day, My Apocalypse i Cyanide pokazały nam jako single. Gdyby tylko nie uczucie, że gitary przytłaczają wokal i że powinni przyciąć moment między ostatnim riffem i powtórką refrenu, oceniłbym ten utwór trochę wyżej. Jednak wciąż uważam, że świetnie otwiera płytę i daje słuchaczom niezłego kopa. 8.5/10.


02. The End of the Line (7:52)

Na tournee w 2007 chłopaki z zespołu przedstawili nam dwa nowe utwory, sprytnie nazwane “The New Song” i “The Other New Song”. Na późniejszych wywiadach z członkami Metalliki dowiedzieliśmy się, że “The Other New Song” nie była przeznaczona na album, a “The New Song” miała być pocięta na kawałki. Na szczęście jedna z części tego utworu, którą polubiłem weszła w skład nowej piosenki, mianowicie otwieracz. W tej wersji najfajniejsze jest przeciąganie dźwięków gitary, które dały główny efekt “The New Song”. Taka lekka dokuczliwość, która świetnie brzmi.

I znowu wokal Hetfield?a jest silny, kocham ten styl “Creeping Death” w słowach i sposobie śpiewania. To nawet więcej niż mogę znieść. Riff, który pojawia się po intro brzmi trochę płasko. Za to ten, który rozbrzmiewa pod wokalami jest już lepszy. Z kolei riff, który można usłyszeć aż do końca refrenu brzmi świetnie. Po powtórce schematu dostajemy dawkę militarystycznej, utrzymanej w stylu Justice mieszanki perkusji i gitarowej harmonii. Słucham z rosnącym zainteresowaniem, znowu pojawia się riff z intro i wtedy wchodzi Hammett ze swoją solówką, która mnie zadowala.

I wtedy piosenka wkracza w etap, który czyni ją niezwykłą i wyjątkową. Gitary robią te delikatne “coś”, jakby kusząc słuchacza. Przywodzi mi to na myśl gitarowy “szept” z “Damage Inc.”, gdy nagle przewagę bierze masywny riff, wchodzi Lars z uderzeniami talerzy. Melodia leje się dalej przypominając przerwę z “Master of Puppets”. Powraca James ze swym melodyjnym wokalem. Lars zaczyna rozbudowywać utwór. James zawodzi: “The slave becomes the master”, do refrenu wchodzi riff, a ja podskakuję na siedzeniu nie mogąc się powstrzymać od śpiewania. Utwór się kończy, jestem gotowy na kolejny. Dobra kontynuacja pierwszej piosenki. Całkiem nieźle. 8/10.


03. Broken, Beat & Scarred (6:25)

Spędziłem prawdopodobnie większość moich bezsennych godzin starając się rozwikłać co takiego dokładnie przypomina mi ta piosenka. Jakiś inny zespół. Chciałem strzelić Rage Against The Machine, ale to akurat bardzo niewłaściwy strzał. Utwór jest jakby nawołaniem do zbiórki, odwołaniem do militarnego metalu, wezwaniem do tego, by razem powstać i walczyć jako jedność.

Utwór otwierają brzmiąca perkusja i gęsty, masywny riff. Hetfield i Ulrich współdziałają jak drużyna. Uderza wokal i jesteś pewien, że to będzie wielka piosenka śpiewana przez tysiące fanów. Struktura kawałka: zwrotka – refren, jest chwytna jak cholera. Nie możesz się powstrzymać, by razem z Jamesem nie śpiewać: ‘You rise, you fall, you’re down, and you rise again — what don’t kill ya make ya more strong.’ (“Powstajesz, upadasz i znowu powstajesz – co cię nie zabije, to cię wzmocni”). Pojawia się tu zmiana w riffie, która pasuje zarówno do piosenki, jak i do słów.

Powtórka tego, co słyszeliśmy wcześniej i później szybki przełom, po którym pojawia się solo. Nie jestem pod takim wrażeniem tego solo, jakie odniosłem po dwóch wcześniejszych. Powtarzanie wcześniej użytych riffów trochę się wlecze, a werbel brzmi wyjątkowo głośno w tej części. Zakończenie jest w porządku, wciąż pragniesz śpiewać, nie możesz się powstrzymać, ale refreny były znacznie lepsze od końcówki. Piosenka się kończy zostawiając cię z ochotą na ciąg dalszy. Świetnie zaśpiewane. 7.5/10.


04. The Day That Never Comes (7:56)

Czysty początek, który momentalnie przykuwa moją uwagę. Coś w stylu Fade to Black/One/Sanitarium. Uderza bas i werbel, które są tak głośne, że aż się kulę. Prowadząca gitara ustanawia status tej piosenki jako ballady. Wchodzi Hetfield i jestem pod wrażeniem siły i emocjonalności jego głosu. Świetna robota, cztery piosenki i nie mam do niego zastrzeżeń. Chór brzmi potężnie, wystarczająco chwytnie, żeby to podłapać i podśpiewywać w przyszłości.

Powtórka schematu i wtedy pojawia się pierwsza zmiana riffu ? militarny werbel uzupełniony uderzeniami basu. Kolejna zmiana riffu w stylu bałaganiarskiego Load’a, w czasie którego James śpiewa “Love is a four letter word”. Znowu zmiana riffu i już wiem czemu utwór został porównany do Justice, właśnie z racji na wielokrotną zmianę riffów.

Następuje przełom , uderzenia basu wprowadzają nas do szybkiego riffowania pomiędzy Hetfieldem i Hammettem w stylu One. Wzorowane jakby na Iron Maiden/Thin Lizzy. Jeszcze więcej harmonii, wstrzymanie strun gitary tak, że możemy usłyszeć świetny bas Trujillo z perkusją Larsa w tle. Znowu świetny riff i solo Hammetta, zainspirowane Mercyful Fate. Mimo tego, że mi się podoba, jest raczej takie sobie.

Jeszcze więcej riffów, rozciągania piosenki. Mam wrażenie, że utwór mógłby by nieco przycięty. Końcówka jest kiepską i nieudaną próbą powtórzenia zakończenia One. Piosenka się kończy i przypomina mi się czemu po trzykrotnym wysłuchaniu jej w radio byłem zawiedziony.

To jest dobry utwór, solidna, mocna ballada. Nie odbieram tej piosence jej emocjonalnej jakości, uzyskanej głównie dzięki Hetfield?owi. Są asami, ale to jakby próba uzyskania kolejnego One, Sanitarium, Fade. Koniec końcem dobry, emocjonalny kawałek, ale nie do końca zadowalający. 7.5/10.


05. All Nightmare Long (7:58)

Gdy kilka miesięcy temu pojawiła się lista piosenek, ten tytuł wzbudził we mnie odrazę, nawet większą niż Unforgiven III. Jesteście poważni? To chyba najgorszy tytuł jaki kiedykolwiek słyszałem, tandetny i głupi.

Ale sama piosenka nie jest ani trochę taka, jak tytuł. Powaliła mnie, ręce w dół, zwycięzca. Kopnęła mnie w jaja i teraz już ich nie mam. To jest jak “Disposable Heroes,” “Whiplash,” czy “Fight Fire with Fire” tego albumu.

Zaczyna się złowrogo, budując jakby złe przeczucie. Intro jest melodyjne, z mrocznymi dźwiękami. Oznaka czegoś co ma nastąpić później. To perkusja buduje głównie ten świetny efekt czegoś złowieszczego. Potężny, chwytny riff uderza w tą melodię, powtarza się, a ty chcesz więcej i więcej. Pragniesz dowiedzieć się, dokąd to wszystko prowadzi. Brzmi to jak kawałek Machine Head, Lamb of God zarazem. A to dopiero 30 sekund. Pojawia się przerwa, zastanawiasz się co dalej.

Ale tak naprawdę nie masz pojęcia, co będzie dalej. To tak jakby Metallica wykrzyknęła: “Żyjemy, tęskniliście za nami? Jak śmieliście w nas wątpić?”. I to wszystko w 37 sekundzie.

Po tym następuje jakby nieustający grad “yes” ze strony zespołu w postaci riffów, jakich już dawno nie słyszeliśmy. To bardzo szybkie riffowanie biorąc pod uwagę, że goście są wystarczająco starzy, żeby być moim ojcem (45 lat to nowe 25, ta piosenka tego dowodzi). Słowa są groźne, jak i cały ton piosenki. “Luck runs out” (?Szczęście się wyczerpuje?) wydaje się głupkowate na papierze lub gdy czytasz te słowa tutaj, ale w kontekście całego utworu odbierasz to inaczej. Słowa nic nie znaczą dopóki nie usłyszysz ich w kontekście piosenki. W szczególności tej.

Głos Hetfielda przekracza wręcz granice czegoś niesamowitego, świetnego, każdego słowa o jakim możesz pomyśleć. Bóg Metalowego Głosu, którym raczej nie był od 1988 do 1993. Tak, ale to co mamy dziś to JEST Hetfield, Bóg Metalowego Głosu 2008 i jesteśmy piekielnie szczęśliwi z tego powodu. Zwłaszcza w tym kawałku. Sprawia, że pragnę powrotu Hetfielda z 1988 choć na jeden dzień, żeby zaśpiewał w tej piosence. Przynajmniej gościnnie.

Ulrich gra tu jak maszyna. Podwójna stopa jest jak szaleństwo. Hammett jest wspaniały w swoim solo. Trujillo nie potrzebuje żadnych komentarzy, bo każdy doskonale wie, jak jest świetny. Każdy w tej piosence błyszczy i wspaniale jest to słyszeć.

Gdy już tylko pomyślisz, że więcej zdarzyć się nie może, pojawia się przełomowe, szybkie riffowanie z ?The New Song?, które włączone do tego utworu jest 10 razy lepsze niż było w samej “The New Song”. Dużo, dużo lepsze. Ciężko nawet opisać, jak świetnie jest usłyszeć ten ultra szybki przełom tuż po ?zmiękczaczu? Hammetta i uderzeniem podwójnej stopy Ulricha. Najlepsza część? Kiedy myślisz, że to już koniec, to znowu powraca kopiąc cię w twarz, jaja, zostawiając cię wymiętym, martwym. Jak przegotowane spaghetti.

Zastanawiasz się “co to do cholery było”? Tak samo czułem się po usłyszeniu Master of Puppets w wieku 11 lat w radio siedząc w samochodzie. Ta piosenka i wcześniejsze cztery upewniają cię, że ta Metallica, którą pamiętasz nigdy nie odeszła, zawsze gdzieś tam była, by teraz powrócić. Ale jedno mnie zastanawia: gdzie oni do cholery byli przez ostatnie 18, 19, 20 lat?!?! Ta piosenka zasługuje na 11 i więcej. 11/10.


06. Cyanide (6:39)

Kiedy ta piosenka zadebiutowała na Ozzfest, w sierpniu byłem tak podekscytowany, że omal dostałem ataku serca. Pierwszy kawałek z “Death Magnetic”? Cholernie dobrze! I co więcej był umieszczony w trailerze na Mission Metallica. Przynajmniej znałem tekst. Z czasem lubiłem ten utwór coraz mocniej. Na singiel poszła wersja studyjna, którą lubiłem jeszcze bardziej. Byłem nawet bliski stwierdzeniu, że jest to moja ulubiona piosenka, jak dotąd.

Najwyraźniej nie wiedziałem wtedy jeszcze co mówię, choć lubiłem ją bardziej od innych wypuszczonych singli. W Cyanide po prostu dzieje się znacznie więcej niż w The Day. Gra na perkusji jest znacznie bardziej żywa, Hammett również wypada lepiej. Ale jeśli chodzi o tekst wyżej cenię The Day, pomijając chórki, które w Cyanide są lepsze.

Okładka Cyanide

Mimo to przyznam, że przejście od riffu M:M, militarnych bębnów do melodyjnego załamania brzmi byle jak. Po jakimś czasie zaczynasz się do tego przyzwyczajać, ale gdy coś takiego pojawia się między All Nightmare Long, That Was Just Your Life, czy nawet The Day, to jest to trochę żenujące.

Wokal w tej piosence jest fantastyczny, tekst jest mroczny, z odrobiną czarnego humoru. Bardzo podoba mi się, gdy Hetfield śpiewa “It’s just the funeral I’ve been waiting for” (“To jest właśnie pogrzeb, na który czekałem”). Solo Hammett?a nosi znamiona środkowo-wschodnich klimatów. Ta piosenka jest zdecydowanie w stylu Load?a, który był w dużym stopniu oparty na groovie. To, czy spodoba ci się Cyanide zależy właśnie od tego, czy lubisz ten loadowski groove.

To jest druga piosenka, w której Lars najbardziej zabłysnął, pierwszą jest Nightmare. Wciąż uwielbiam ją nucić, kocham udawać grę na perkusji, kiwać się w rytm tej piosenki. Potwierdziła, że jest dobra, solidna. Odkąd polubiłem groove Loada zacząłem wyżej oceniać ten utwór. Wciąż jednak brakuje jej tego ?czegoś?, zwłaszcza po wysłuchaniu takiego “kopniaka” jakim jest Nightmare. 7/10.


07. The Unforgiven III (7:46)

Jestem pewien, że wszyscy wydali z siebie jęk niezadowolenia, gdy na liście utworów zobaczyli ten tytuł. Jeśli ty tego nie poczułeś, ja tak, to pewne.

Część mnie była podekscytowana. Unforgiven jest świetną piosenką i gdy stopniowo osłuchiwałem Load’a i Reload’a, Unforgiven II też wydał mi się dobrym kawałkiem. Jednak dla tych, którzy nienawidzą Unforgiven II, to nie był dobry znak. To był sygnał desperacji i braku pomysłów.

Spekulacje rosły, o czym będzie ta piosenka? W jakim pójdą kierunku? “Never free, never me…. the Unforgiven threeeeeeeeee.” O mój Boże.

Domysłom nie było końca. Wtedy pojawiły się skrawki utworów. Wstęp na pianinie? Smyczki? Hmm. Mroczna, nastrojowa melodia. Hmm. Wszystko to bardzo interesujące, tylko jak to się dalej rozwinie?

Kiedy tylko piosenka rozbrzmiała tuż po Cyanide zdecydowałem, że muszę się zrelaksować i przyjąć ją tak, jakby nigdy nie było Unforgiven II. To tylko kolejny utwór. Może to pomogło, może nie, ale skończyłem słuchanie z uczuciem, że piosenka bardzo mi się podoba.

Trąbka (waltornia) użyta na początku, razem ze smyczkami, pianinem dodaje zachodniego smaczku, który łączy utwór z poprzednimi. Potem pojawia się mroczna melodia, znana mi z Tastes of Death i już jestem totalnie wciągnięty w tą piosenkę.

Zgodnie z modą tradycyjnego Unforgiven?a jest to przede wszystkim melodyjna ballada, połączona z masywnymi riffami. Spośród wszystkich dotąd przesłuchanych piosenek z ?Death Magnetic? ta daje możliwość usłyszenia wokalu Hetfielda bardzo wyraźnie. We wszystkich Unforgiven?ach było coś osobistego i nie inaczej jest w tym przypadku.

Kawałek jest piękny, melancholijny, posępny i wspaniały. Nie ma wątpliwości, że James włożył całą swą duszę do słów tekstu, bo sposób w jaki śpiewa i brzmi nie da się opisać słowami. Każdą linijkę, zdanie, słowo James wypełnia emocjami. Łączysz się z nim poprzez swoje głośniki, słuchawki. Czujesz o czym śpiewa, co czuje. Utwór jest głęboko osobisty i piękny.

Najlepsza część piosenki dla mnie następuje po drugiej powtórce refrenu, kiedy występuje to załamanie, tapowanie talerzy, melodyjny, mroczny dźwięk gitary i wznoszący się głos James?a śpiewającego: “Forgive me, forgive me not” smutna wersja dziecięcej rymowanki. Wzruszające, piękne, szczególnie gdy dochodzi do ostatnich słów wersu: “why can’t I forgive me” (“dlaczego nie mogę wybaczyć sobie”) Wtedy wchodzi solo Kirka, które zabiera nas w podróż, jak to tylko solówki z Unforgiven?ów potrafią. My w tym czasie rozmyślamy na tym, co wcześniej wyśpiewał James.

Kiedy solo się kończy masz nadzieję, że James dokończy swoją historię, odpowie na wcześniej postawione pytania. Prawie jak w Unforgiven – opowie historię, przejdzie do refrenu i zakończy opowieść słowami “you label me, I label you” Chcesz wiedzieć więcej, ale zamiast tego znów pojawia się refren i zakończenie przypominające Wish You Were Here, Pink Floyd, gdzie słyszymy jakby zakłócenia ze strony gitary.

Jak do tej pory ta piosenka bije The Day w konkurencji na emocjonalną balladę. Nie ma tu mowy o braku głębi, duszy, ani na jotę. Jedynie te delikatne rozczarowanie powtórką słów na końcu, która już nigdzie dalej nas nie prowadzi. Mieli potencjał, żeby dodać tu kolejny poziom, gdy narastają słowa ?forgive me?. Ale to tylko małe rozczarowanie. Nawet po tej powtórce słów, to nadal jest świetna piosenka. Uznanie dla Jamesa za słowa i wokal, i przede wszystkim chwała zespołowi za to, że zrobili coś czego byśmy się nigdy nie spodziewali: Unforgiven’a III. 9.5/10.


James Hetfield


08. The Judas Kiss (8:00)

Worek treningowy! Taka była moja pierwsza myśl, gdy usłyszałem ten kawałek. Właściwie nie podoba mi się początek, pomyślałem że sam riff byłby dobrym otwieraczem. I tak jest już bardzo w stylu Justice. Ale biorąc pod uwagę fakt, że ten riff pojawia się w trakcie całej piosenki, to wydaje się sprytne, że nie został użyty jako otwieracz utworu.

Słowa znowu potężne i chwytne. Refren jest po prostu zbyt dobry, żeby go nie śpiewać. Solówka Kirka jest świetna. James jak zwykle brzmi doskonale. Gra Larsa nie jest spektakularna, na szczęście. Wszystko co nazbyt krzykliwe, błyskotliwe odebrałoby urok rozbudowanemu solo Kirka. Ale absolutnie wgryzam się w jego użycie werbel, jakiego nie słyszałem od czasów Harvester.

Wprowadzenie do wah-wah Kirka oraz zgrzytów Jamesa brzmi trochę płasko. Powolny ?warkot? Jamesa doskonale prowadzi do solówki Kirka, która po prostu wymiata. Słowa Jamesa ?Judas lives inside this vow / I’ve become your new God now?, są świetnym wersem do śpiewania na żywo.

Do świetnie rozbudowanego zakończenia prowadzi stonowana część. Muszę przyznać, że czuję się trochę źle nie oceniając tej piosenki 10/10, ale po prostu nie mogę. To nie jest coś nieziemskiego, nawet po kilkukrotnym przesłuchaniu. Winny jest chyba ten riff w stylu worka treningowego, który nieco spłaszcza ten kawałek. Ale wszystko inne jest świetne. Może po kolejnych 20 przesłuchaniach zmienię opinię. 9/10.


09. Suicide & Redemption (09:56)

Mam wrażenie, że nie ma potrzeby mówić wiele na temat tego utworu instrumentalnego. To nie jest Orion, The Call of Ktulu, To Live is To Die (rozważcie czy to jest instrumental w swoim wolnym czasie). Doceniam jego inność oraz schemat utworów instrumentalnych w wykonaniu Metalliki ? zanikanie riffów i perkusji, a później powrót.

Pierwsze 3 i pół minuty są tak przeciągnięte, że staje się to wręcz denerwujące i nudne. Na szczęście zmienia się to po kolejnych 10 sekundach, inaczej przełączyłbym do kolejnej piosenki tracąc piękną, melodyjną część w środku utworu.

Ostantie cztery minuty dodają piosence głębi oraz piękna, co w moich oczach ratuje ten utwór. Chciałbym żeby obcięli 3 pierwsze minuty do 2. Jedna minuta mniej zrobiłaby wielką różnicę.

Solo Hammetta jest świetne, doceniam również trzy skrawki solo na perkusji w wykonaniu Larsa, których dawno nie słyszeliśmy. Próba warta odnotowania. 7/10.


10. My Apocalypse (5:01)

Po soczystej, wijącej się i długiej podróży, jaką jest instrumental Suicide & Redemption, ta piosenka jest wyczekiwanym kopniakiem i fantastycznym zamykaczem albumu. Jakby Metallica nie mogła już grać szybciej ? ta piosenka uderza, prosto w twarz. Wokal w stylu Slayera, w wykonaniu Jamesa.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem ten kawałek, zmiotło mnie. Brzmiące bębny, które słyszałem już wcześniej na płycie. Wymiatający wokal Jamesa, który pojawia się nieprzerwanie na płycie. Solo Kirka szybkie, proste. I ciężkie, potężne brzmienie basu Roberta. Po 2, 3 przesłuchaniach piosenki nadal mi się podobała.

Minęło trochę czasu i zacząłem nienawidzić ten kawałek. Stał się dla mnie zbyt typowym przykładem metalowej piosenki. Szybki, szybki, szybki i tylko tyle. Żadnej dynamiki, złożoności. Po wysłuchaniu All Nightmare Long, My Apocalypse już nie chwytała. Tak jakby się czekało na poprawę, która nie nastąpi.

Okładka singla My Apocalypse

W końcu przyzwyczaiłem się do tego utworu. Bycie prostym jest jego założeniem. To jest szybkie zakończenie płyty ala Damage Inc, czy Dyers Eve. Obie piosenki są szybkie, bez żadnych ekstremalnych zmian. Bo gdyby takie były, wydłużyłyby znacznie album. To po pierwsze. Po drugie oderwałyby uwagę słuchaczy. Czasem coś szybkiego i prostego jest lepsze na zakończenie płyty, i czegoś takiego właśnie potrzebuje “Death Magnetic”.

To jest naprawdę dobra piosenka: szybkie tempo, growling Hetfielda, podwójna stopa Urlicha, prosta solówka Kirka. Po prostu muszę być w odpowiednim nastroju żeby wysłuchać tego kawałka w oderwaniu od reszty albumu, inaczej stwierdzam, że to nonsens i wyłączam to. 8/10.


Ocena całościowa: 8.5/10


Co się wyróżnia: wokal i teksy Jamesa, brzmienie basu Roba, sam rytm albumu, All Nightmare Long, pokręcona dynamika każdej piosenki.

“Death Magnetic” w dużym stopniu przekroczył moje oczekiwania. Nie tego się spodziewałem. Może to było sprytne posunięcie ze strony wytwórni, żeby jako pierwsze wypuścić Cyanide i The Day, ponieważ te dwa utwory wcale nie są reprezentacyjne dla płyty. My Apocalypse jest, ale tylko w pewnym stopniu. All Nightmare Long doskonale oddaje ducha albumu. Podszedłem do tego z nastawieniem, że będzie ok, a skończyłem totalnie zmiażdżony, roztrzaskany i poturbowany.

To jest prawdziwy, autentyczny, solidny, dobry album. Mogę go spokojnie przesłuchać od początku do końca i nie mieć ochoty wcisnąć klawisz “następny”. Płyta nie zasługuje na to, nie ma o czym mówić. Piosenki nie dłużą się ? są takie jak trzeba, wspaniałe, fantastyczne. Uwielbiam ich słuchać, kiwać się w ich rytm. Od kiedy album trafił w moje ręce i przesłuchałem go po raz dwudziesty któryś trzymając przed sobą książeczkę z tekstami, pokochałem go jeszcze bardziej.

Narażę się ale powiem, że ten album wybija to, co gówniane z St. Anger, Load, Reload, The Black Album. Prawie, PRAWIE bije Kill’em All. Mówię to o albumie walczącym z pierwszymi czterema płytami Metalliki, uznawanymi przez wielu fanów za świętość. Od początku do końca “Death Magnetic” jest wspaniałym natarciem tego, że w Metallice najlepsze, rzeczy które słyszeliśmy na Load, Black, Justice, Master, Ride oraz częściowo na Kill. Najważniejsze jest to pomieszanie ich wcześniejszych albumów, które razem tworzy miksturę zwaną “Death Magnetic”.

Dzięki tej płycie mam naprawdę wielkie nadzieje na przyszłość. Zastanawiam się kiedy to będzie, za pięć, dziesięć, dwadzieścia lat, gdy zespół posunie się dalej. Czy kolejny album pobije ten? Czy to możliwe? Co się wydarzy? Nikt tego nie wie i to jest właśnie najlepsze. Nie wiemy nic i w tym tkwi oczekiwanie, podniecenie.

Pomimo opóźnień, oporów, wątpliwości, zmartwień warto było czekać na tą płytę. Na TAKĄ płytę? Jasne, że była tego warta. St. Anger jest albumem, który warto mieć, dla samego faktu posiadania takiej płyty. Odejście Newsteda, sprawa z Napsterem, James na rehabilitacji, zespół prawie w rozsypce, film dokumentalny ? żeby naprawdę żyć, musisz przetrwać trudne czasy i oni tego dokonali. Stali się dla innych inspiracją, by zmierzać się z problemami, nigdy się nie poddawać. I wszystko to z powodu muzycznego głodu. Głodu, który każe ci robić to wszystko dla samej muzyki, pasji i pragnienia.

Ten głód Metalliki powrócił, nawet większy niż kiedyś. Pragną go oni sami oraz my. Udowodnią to na swoim tournee, wspaniałej podróży z tym albumem i z całym swoim doświadczeniem. Nieważne jak długo Metallica będzie istnieć, kolejne dwadzieścia lat czy więcej, cieszmy się i doceniajmy fakt, że ten muzyczny głód powrócił, z chęcią zemsty. Bez niego, bez tej potrzeby tworzenia nie mielibyśmy tego albumu i tego tournee jesienią. Nie mielibyśmy nic.

Teraz pokazali i udowodnili (choć nigdy nie musieli nic nikomu udowadniać), że istnieją, są głośniejsi, potężniejsi, lepsi niż kiedykolwiek, że zaakceptowali swoją przeszłość, by móc stworzyć coś unikalnego, innego i że są z tego cholernie dumni. My również jesteśmy, zdecydowanie.

Tylko niech pisanie nie zabierze wam kolejnych pięciu lat, bo inaczej mogę dostać przepukliny lub czegoś innego.


Najbardziej chwytny cytat z tekstów Death Magnetic to (max 2):

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...


Mamy nadzieję, że Wam powyższa recenzja przypadła do gustu tak bardzo, jak nam. Zapraszamy do wyrażania swoich własnych opinii na temat tego tekstu, jak i samej płyty. Pozdrowienia od całej redakcji Deathmagnetic.pl.


Zobacz również:


71 komentarzy do “Show your scars – Magnetyczne odrodzenie Metalliki – recenzja z Metallicabb.com”