Koncert Metalliki można określić mianem niezapomnianego przeżycia. Jako, że był to mój drugi festiwal Sonisphere wymagania zdawały się być znacznie większe. Właściwie to kupiłam bilet ze względu na samą Metallikę. Kiedy to wkroczyłam do wnętrza Stadionu Narodowego byłam zaskoczona wielkością obiektu, a wzrok popędził bezpośrednio do sceny. Z żółtą opaską na ręce dostałam się do Golden Circle, a tam zaczęła się istna walka o miejsce jak najbliżej sceny, nawet przed samym koncertem gwiazdy wieczoru ( bo pomimo innych zespołów, to właśnie dla tego ostatniego przybyła większość fanów metalu).
Początkowo byłam podirytowana, kiedy to na ekranach po dwóch stronach sceny pojawiły się krótkie filmiki, gdzie wszyscy członkowie zachęcali przybyłych na głosowanie na jeden z trzech kawałków sms’ami. Zdziwiłam się, bo w moim przekonaniu byłam na festiwalu Sonisphere, a nie na Eurowizji, co było kolejnym nieciekawym zaskoczeniem, zaraz po bezalkoholowych piwach Carlsberg na całym terenie Stadionu.
Fani jednak, razem ze mną, czekali na ten właściwy punkt kulminacyjny. Pozytywnie bawiły mnie nawet ogromne meksykańskie fale na trybunach.
Chwilę po 21 na ekranie pojawił się znany fragment filmu 'Dobry, zły i brzydki’, wybrzmiało Ecstasy of Gold oraz wspólne wyśpiewywanie fanów, a mnie jak zawsze przeszły ciarki.
Wkroczyła Metallica. Rozpoczęła gwałtownie utworem 'Battery’, fani wpadli w szał, po kilku minutach pogo wszyscy byli przepoceni, ale szczęśliwi. A tu kolejna petarda- Master of Puppets, czyli utwór obowiązkowy. Piękne Welcome Home, następnie cała reszta kawałków wybranych przez polskich fanów, którzy chóralnie towarzyszyli każdej piosence, szczególnie w 'The Memory Remains’. Podobno nie chcieliśmy wysłuchiwać szlagierów jak 'Nothing Else Matters’ czy 'The Unforgiven’, ale pewna jestem, że pomimo narzekania, każdy był zachwycony ich wykonaniem. Obyło się bez efektów pirotechnicznych, ale to było do przewidzenia, w końcu znajdowaliśmy się w zamkniętym stadionie. Przepięknie wykonano za to pokaz laserów rozpoczynający 'One’. Ludzie wpatrywali się z zachwytem na Hetfielda i resztę. Nigdy też nie widziałam tak ogromnej, wspólnej zabawy jak tej na 'Whiskey in the Jar’. Trujillo wykonał niesamowicie 'Oriona’, równie wspaniale zaczął 'For Whom The Bell Tolls’.
Fani wiernie wybrali spośród trzech utworów 'The Call of Ktulu’, a na sam koniec wybrzmiało niezwyciężone 'Seek & Destroy’.
Nie będę narzekała na akustykę, bo już każdy wie, że była koszmarna. Albo na same supporty, których było niewiele i do siebie w całości nie pasowały. Albo na brak 'Fixxera’. Głosowanie sms’ami to jedno, ceny biletów to drugie, ale jedno jest wiadome- takie show, jakie daje Metallica pozostaje w pamięci na długo, pozostawiając tak bardzo pozytywne wrażenia oraz wspomnienia genialnej zabawy i nabytych siniaków. Ta czwórka w pełni zasługuje na czołowe miejsce pośród legend metalu.
