Koncert, jak nie trudno się domyślić, przysporzył mi ogromu wrażeń. Od euforii związanej z tym, że pierwszy raz miałam okazję zobaczyć ekipę Hetfield, Ulrich, Hammett i Trujillo, przez gniew na organizatorów, którzy postawili na środku Stadionu Narodowego toi-toi, który zasłaniał widok stojącym na płycie, po rozczarowanie ludźmi mnie otaczającymi, którzy stali jak słup soli, nie znali żadnego tekstu i mieli miny, jakby byli na koncercie za karę. Jednak to, co najbardziej mi utkwiło w pamięci, to to nerwowe podniecenie związane z oczekiwaniem na ten dzień.
O Metallice słyszał każdy, większość zna ich hity, ale nie wszyscy ją kochają. I podobnie było ze mną. Kojarzyłam ją od dziecka, znałam szlagiery, ale dopiero rok temu pokochałam tę czwórkę za sprawą mojego przyjaciela, który katował mnie milionami starych koncertów tak długo, aż powiedziałam mu „Stary, to jest naprawdę zajebiste!”. Od tej pory czekałam na jakąś informację o europejskiej trasie. A tu nic. Tylko wciąż wzmianki o albumie, który wiecznie jest ukończony w 90% („Teraz tylko posegregować riffy”), Through the Never (swoją drogą nigdy się tak dobrze nie bawiłam w kinie) itp. Aż nagle grudzień i jest! Od szóstego rusza sprzedaż biletów, a ja bez grosza przy duszy. Na szczęście przez te kilka dni zebrałam niezłą kwotę, na nieszczęście – starczyło tylko na miejsce na płycie. Ale czym jest gorsze miejsce w porównaniu do możliwości zabawienia się w Larsa i ułożenia setlisty. Zgodnie z własnym sumieniem „olałam szlagiera, wybrałam Fixxxera”, dodałam kilka nietypowych kawałków, choć nie mogłam się oprzeć pokusie i musiałam oddać głos na „Orion” czy „Creeping Death” (czego po piątku zdecydowanie nie żałuję).
I zaczęło się odliczanie do koncertu, a międzyczasie obserwowanie smutnych rezultatów głosowania rodaków na stronie „Metallica by Request”.
W końcu nadszedł długo wyczekiwany 11 lipca. Bilety są, zakrętki do butelek z piciem schowane, „Battery” rozbrzmiewa w uszach, uśmiech na twarzy – ruszamy na dworzec. I mkniemy do Warszawki. Nie przeraża nas godzinny postój związany z awarią autobusu, ani stanie w korkach, ani cholernie drogie piwo. W końcu udaje nam się dotrzeć na Stadion Narodowy, aby rozpocząć walkę o miejsce przy barierce. A tu rozczarowanie. Alice in Chains nie porwało tłumów, dlatego były wyraźne prześwity i spokojnie można było zająć dowolne miejsce na płycie. Oczywiście poza tym najlepszym, pośrodku, ponieważ jakiś kretyn-organizator postanowił właśnie tam ustawić stoisko z koszulkami. Alicja w Kajdankach skończyła grać i się zaczęło. Nagle znikąd przybył tłum ludzi i stworzył się mur nie do przebicia. Niestety Bóg poskąpił mi wzrostu, a wolałam oglądać Hetfielda zamiast pleców jakiegoś osiłka, więc musiałam wycofać się z walki o najlepsze miejsce. Trochę pokombinowałam i w końcu ujrzałam scenę… niestety przysłoniętą milionami rurek od głośników, stanowiska dźwiękowców i oświetleniowców, i już wspomnianym toi-toi’em.
Wybiła 21:10 i w końcu na ogromnych telebimach (w końcu nie na ekranie własnego komputera) zobaczyłam „Ecstasy of Gold”.
3..
2..
1..
BATTERY.
I zaczął się pogrom. James w świetnej formie. Lars pędził jak szalony, tak, że myślałam, że serce mi wyrwie się z piersi od tych uderzeń. Metallica pędzi, a ludzie obok mnie.. stoją i się przyglądają. Nie wierzyłam własnym oczom. We mnie już wszystko skakało, czekałam na pierwsze oznaki pogo w swojej okolicy i doczekałam się go dopiero przy „Whiskey in the jar”. Dlatego sama szalałam, śpiewałam i patrzyłam tęsknym wzrokiem na Golden Circle i te bardziej ożywione miejsca na płycie.
Towarzystwo mnie zawiodło, ale ta czwórka mnie zdecydowanie nie zawiodła. Dali tak świetny koncert, że miałam gdzieś nagłośnienie, niemrawych ludzi, to, że była „Sauna Narodowa” i nie złapałam piłki, kostki, ani Lars nie opluł mnie wodą. Dali z siebie wszystko. Pokazali, że pomimo siwizny, wciąż mają młode serca i ten sam zapał, co 30 lat temu. Nie są zapatrzonymi w siebie herosami, tylko ludźmi, umiejącymi się przyznać do tego, że nie mają pojęcia czym jest „Świerklaniec” ani „gmina Strzebrzeszyce”. To ich urok. I dlatego liczę, że spotkamy się jeszcze nie raz.
