11 lipca – dzień wyczekiwany od grudnia. Mój pierwszy koncert Metalliki, dla zespołu to już dziesiąty raz w Polsce. Wyjątkowy z powodu trasy By Request.
Jak większość zagłosowałam na 20 moich ulubionych utworów. Wiedziałam, że nie warto głosować na kawałki z Load czy St. Anger, bo i tak wszyscy wybierają „Sandmana” czy „Nothing Else Matters”. Nie mówię, że nie chciałam usłyszeć tych klasyków ale chciałam posłuchać też rzadziej granych utworów. Jak to mówili : „olej szlagiera, wybierz Fixxxera!”.
Gdy kupiłam bilety zaczęłam odliczać dni do koncertu. Nie mogłam się doczekać by zobaczyć na żywo „Boga” gitary i usłyszeć te wszystkie kawałki.
Gdy nadszedł dzień tak długo wyczekiwany razem z moim tatą wyruszyłam z Jastrzębia-Zdroju (woj. Śląskie) do Warszawy. Podróż minęła dość szybko mimo, że to 4h. drogi.
Na miejscu byliśmy koło 14.15. W okolicach Stadionu Narodowego (robiącego naprawdę duże wrażenie) było pełno ludzi w koszulkach Metalliki (w tym również ja, a jak by inaczej!), glanach, czy kolorowych włosach. Jednym słowem, pełno metali w jednym miejscu.
Wszystko zaczęło się od koncertu Chemii, potem Kvereltak nudny jak norweska noc, a na końcu Alice in Chains podczas, której modliłam się żeby już skończyli grać. I to nie dlatego, że byli (bo byli dobrzy) ale chciałam już Metallikę. Trochę po 21.00 usłyszeliśmy Ecstasy Of Gold, nie mogłam uwierzyć, że tam jestem bo przecież jeszcze dzień wcześniej oglądałam tylko nagrania z koncertów a w tamtej chwili sama uczestniczyłam w jednym z nich. I nagle zaczęło się! Zobaczyłam wbiegającego Larsa! Pierwszy utwór – świetnie zagrane „Battery”, potem jeszcze lepszy „Master of Puppets”, kiedy cały stadion krzycz „MASTEEER, MATSEEER!” to niesamowite uczucie. „Creeping death” z najlepszą solówką Kirka, „One” z niesamowitymi laserami. Pamiętam wspaniałą chwilę kiedy podczas „The Unforgiven zaśpiewałam wers „What I’ve felt, what I’ve know, never shined trough in kwhat I’ve shown”. Potem zapowiadane przez Meniosa „Whisky” i „Sad But True” przez Sasima. A kiedy usłyszałam pierwsze dźwięki „Enter Sandman” od razu uniosłam obie ręce klaszcząc w rytm tego cudownego utworu. Na koniec „Seek and Destroy” ze spadającymi z góry czarnymi piłkami i czterema kolorowymi. Potem cały zespół rzucał do tłumu pod sceną kostki gitarowe lub pałeczki i plastikowy kubek jak to w zwyczaju ma Lars.
Kiedy zespół zszedł ze sceny nie mogłam uwierzyć, że właśnie uczesniczyłam w tak niesamowitym koncercie. Gdy ruszyliśmy w kierunku wyjścia miałam w oczach łzy i właśnie wtedy pomyślałam, że marzenia się spełniają.
Gdy koleżanki pytały jak było nie wiedziałam co powiedzieć. Tego nie da się opisać, to trzeba przeżyć.
Mój pierwszy (i nie ostatni) koncert Metalliki, którego nigdy nie zapomnę, ze świetną setlistą, złym nagłośnieniem i fantastycznymi solówkami Kirka.
