W świeżym wywiadzie dla The Nervous Breakdown, perkusista Slayera, Dave Lombardo, opowiada o najbliższych planach i bieżących pracach mecierzystego zespołu, swoich projektach pobocznych, brutalnej rzeczywistości przemysłu muzycznego, uczeniu się i uczeniu innych gry i in.

– Co skłoniło cię do udziału w Metal Masters 3?
Cóż, dostałem telefon z zapytaniem, czy chcę to zrobić. Fajne jest po prostu wyjść na scenę i spędzić czas z przyjaciółmi, spędzić czas ze znajomymi muzykami i dobrze się bawić. O to w tym chodziło dla mnie. I chodzi o Zoom, Hartke i Samson, więc będzie naprawdę fajnie.
– Ponieważ jest do przedstawiane jako klinika, brzmi to jakby był w tym element nauczania. Czy jest to coś, co lubisz? Uczysz w ogóle?
Nie. Nauczanie nigdy nie było mi po drodze. Nigdy naprawdę nie lubiłem uczyć i nigdy też nie chodziłem do szkoły uczyć się, jak grać na bębnach. Więc interpretować to, co robię, jest [dla mnie]czasami trudne. Ale w jakiś sposób, gdy prowadzę kliniki, to działa, bo po prostu wychodzę i mówię, „Słuchajcie, nie wiem jak wam to wyjaśnić technicznym językiem, ale mogę wam to prawdopodobnie zaśpiewać.” Wtedy zaczynał naśladować odgłosy perkusji tłumowi [prezentuje przykład]i to przechodzi w fajną interakcję, która między nami trwa. To sporo zabawy.
– Eddie Van Halen zwykł odwracać się od tłumu, bo nie chciał pokazywać swoich tricków. Czy są jakieś tricki, które chroniłeś przez lata?
Nie. Staram się jedynie uchować moje ścieżki perkusyjne przed wyciekiem, każdą z osobna, tak by ludzie nie mogli zrobić z nich innych kawałków, jak to zrobili z perkusistą Jamesa Browna, biorąc ten funkowy beat i wsadzając w rapowe utwory. Nie chcę, żeby takie gówno miało miejsce.
– Pamiętam jak lata temu widziałem wideo na YouTube, jak prowadziłeś klinikę, kiedy to prosiłeś ludzi, by wykrzyczeli, co chcą usłyszeć, a ty to zagrasz. Co ludzie zwykle wybierają, gdy ich pytasz?
“Angel of Death,” “Raining Blood,” “Chemical Warfare,” “War Ensemble…” Gram te kawałki od tak dawna, że mogę je grać bez gitar i mieć tłum śpiewający partie gitarowe i wokale, więc to na swój sposób fajne – wszyscy śpiewamy razem i niejako mi pomagają.
– Patrząc wstecz, niektóre z tych kawałków funkcjonują już od 30 lat. Jakie to uczucie wciąż widzieć tę wspaniałą reakcję [publiki], gdy je grasz?
Mam szczęśćie. Czuję, że mam szczęście. Żeby ktokolwiek przetrwał w tym biznesie przez 5 lat, to rzadkość. Musisz cieszyć się sukcesami w tej branży, bo nigdy nie wiesz, kiedy nadejdzie koniec. Mam wiele szczęścia i jestem bardzo dumny z faktu, że jestem częścią kapeli, która jest legendarna.
– Poza Slayerem wdałeś się w ogrom kolaboracji i projektów. Gdy jesteś zapraszany do współpracy z kimś, jakie aspekty projektu cię kupują?
Muzycznie musi być to coś, co dla mnie jest odmienne lub artystyczne. Tzn. nagrałem płytę z Testamentem i wiem, że to był metal, zrobiłem też płyty Grip, Inc. i to był metal. Staram się nie pozostawiać fanów metalu w tyle, więc próbuję robić takie rzeczy. Staram się nie rozdrabniać aż za bardzo.
– Drums of Death…
[śmiech]
– Kocham tę płytę, bo jest po prostu taka odmienna.
Nagrałem ją dla zabawy. Pomysł podsunął mi facet z Thirsty Ear Records. Powiedział, „Hej, co powiesz na ty z DJ-em.” Odparłem „byłoby super” i poprosiłem, by to zaaranżował. To była jedna z tych rzeczy, która w tamtym czasie wydawała się fajna i interesująca i po prostu poszedłem na to. Rytm i perkusja są wielkimi synonimami. Wszystko kręci się wokół beatu, więc było dobrze.
– Jak zachowujesz świeżość w swoim graniu?
Nie grając. Staram się grać jak dużo mogę, ale wydaje się, że trzymam się zdala od siedzenia w pomieszczeniu przez godzinę lub dwie samemu i grania rudimentów. Wolę raczej iść i spędzić te dwie godziny z zespołem zamiast siedzieć samemu, próbując nauczyć się jakiegoś rudimentu z kartki, który jakiś gość zapisał, ale prawdopodobnie nigdy go w swoim życiu nie zagrał. Więc podchodzę do tego w inny sposób.
– Jakich stylów muzyki słuchasz?
A o jakich gatunkach chciałbyś podyskutować? Nie możemy mówić o tym, jakiego rodzaju kapel słucham. Ja słucham gatunków. Słucham world music, starego R&B i starego soulu – lata ’60, ’70, a może nawet późne ’50, słucham bluesa, słucham muzyki industrialnej… Pod hasłem world music słucham muzyki kubańskiej, muzyki afrykańskiej, muzyki północno-afrykańskiej…
– Inspirujsz się jakąś nową muzyką lub czymkolwiek aktualnie dziejącym się w muzyce?
Um… Aktualnym?
– Tak, co powiesz na coś z metalu lub rocka? Słuchasz czegokolwiek nowego z metalu lub rocka?
Nie. Bez większego zastanawiania się, nie wydaje mi się, bym słuchał czegokolwiek ciężkiego. Jak można słuchać jeszcze czegoś ciężkiego grając w Slayerze? Nic nie może się z tym równać.
Jak tylko słyszę perkusistę, który brzmi jak każdy inny, jakiego słyszałem w nowej, czy modnej muzyce, automatycznie to wyłączam. Jak już to przejdzie przez ProTools Paralysis, co sprawia, że wszystko jest perfekcyjnie zsynchronizowane, nie słucham tego. To nie jest pobudzające.
– Patrząc wstecz na historię swojej kariery, co powiedziałbyś, że jest najważniejszą lekcją, jaką dostałeś z robienia muzyki?
Znajdź sobie adwokata. Negocjuj wszystko swoje kontrakty i umowy z udziałem adwokata. NIGDY nie zawieraj umowy na uścisk dłoni, chyba że to ktoś, komu naprawdę możesz ufać.
– Byłem pewien, że pójdziesz w innym kierunku, więc to interesująca odpowiedź.
To naga prawda o tym biznesie. Jeżeli nie ochrania cię adwokat, istnieje szansa, że na poważnie cię wyruchają.
– Więc dla początkującego muzyka…
Znajdź adwokata.
– Czy to błąd, który wielu z nich popełnia?
Absolutni. Za chwilę minie pięć lub dziesięć lat… dwadzieścia lat, i zaraz potem budzisz się, „Hej, gdzie są wszystkie moje pieniądze?” Grałeś dla milionów ludzi i gdzie są pieniądze?
Dla mnie, to najważniejsza sprawa. Przedstawiają ci kontrakt – co robisz? „Oh, brzmi OK.” Nie, przerażające jest to, czego tam NIE MA. Jeżeli [kontrakt]nie pokrywa pewnych rzeczy, to wtedy powstają te luki, przez które mogą cię skubać. Sporo dzieje się naprawdę, naprawdę złego gówna. To smutne. Dopiero co słyszałem, że Red Skelton pod koniec swojej kariery malował obrazy, żeby tylko zarobić. Był tym scenicznym i telewizyjnym komikiem i geniuszem – wyruchanym. Billy Joel – wyruchany. Odkąd zacząłem mieszkać w Hollywood, przez ostatnie półtorej roku słyszę tylko o koszmarach, opowieściach z horroru, o agentach, menadżerach i przyjaciołach obdzierających innych z forsy.
To smutne, ponieważ nim się obejrzysz, przeżywają życie żyjąc tym snem, a potem nie mogą już grać, wycofują się i nie zostaje nic. Nic. I gdzie mieszkają? W małych, jednopokojowych mieszkaniach z kuchnią i łóżkiem. I to są bogowie z minionych lat.
To dość głębokie. To dość głęboki wywiad, podczas gdy powinniśmy rozmawiać o muzyce…
– Co dzieje się u ciebie prywatnie? Co jest zaklepane na najbliższy rok?
15 maja wychodzi mój album. Kapela nazywa się PHILM. To moja pierwsza produkcja – samemu to wyprodukowałem i jestem naprawdę podekscytowany. To mocno old-schoolowe. Bardzo przypomina stare granie w stylu Cream, Led Zeppelin, Jimiego Hendrixa. Gram na cztero-elementowym zestawie, zamiast tego wielkiego z podwójną stopą i z pojedyńczym pedałem zamiast podwójnym. I jest to trio – [do tegp]basista i gitarzysta, który śpiewa. Jest piętnaście kawałków, jest improwizacja, są bardzo nastrojowe brzmienia i trochę cięższych utworów, ale nadal bardzo bluesowych. To bardzo zróżnicowane i mocno odmienne. I nie ma w tym żadnego ProTools Paralysis.
– Jak ci się podobało zajmowanie się produkcją?
Było wyśmienicie. To coś, co chciałbym kontynuować. Poprosiłem resztę chłopaków – choć to ja jestem główną osobą w grupie, ale to nadal zespół – poprosiłem ich o możliwość wyprodukowania pierwszych trzech płyt grupy. I jeżeli pojawi się na horyzoncie jakiś inny producent o wysokiej reputacji, powiem „OK”, ale nie chcę tu żadnego szemranego producenta, żeby przyszedł przejąć stery…
– Będziecie z tym jechali w trasę?
Mam nadzieję podjąć kilka występów pomiędzy slayerowymi, albo podczas trasy Slayera. Jeżeli Slayer będzie na trasie i pojawi się możliwość, by wystawić PHILM, to tylko dwie dodatkowe osoby, więc to proste. Albo nawet pomiędzy datami Slayera, może zarezerwować tydzień specjalnych występów, a potem, gdy Slayer skończy jeździć, wtedy może ustawić trasę.
– A co dzieje się ze Slayerem?
Piszemy nową muzykę. Kerry i ja piszemy nowy materiał. Mamy dziewięć kawałków i wszystko posuwa się naprzód.
– Jak to brzmi jak dotąd?
Jak Slayer.
– Więc old-schoolowi fani będą zadowoleni?
Tradycyjonalni fani będą zaspokojeni, a nietradycjonalni powiedzą, „Znowu?”
– Jakieś szacunki, kiedy album może ujrzeć światło dzienne?
Nie wiem, ale zamierzamy wydać trzy- lub cztero-utworową EP-kę, by zaspokoić fanów nim wyjdziemy z pełnym albumem. Coś jak zrobiliśmy z „Psychopathy Red”, które było 2-kawałkową 45-tką.
– Poza PHILM i Slayerem, coś jeszcze masz na warsztacie?
Są inne małe rzeczy, ale póki co nic do dyskutowania jeszcze. Ja ciągle pracuję i nagrywam.
– Kończymy te wywiady pięcioma pytaniami albo-albo.
Uh huh. [zaczyna zaglądać w notes gospodarza]Kerry King albo kto? [śmiech]
– Hej! Bez ściągania. OK, Gene Krupa czy Buddy Rich?
O kurwa… Dlaczego musisz mi to robić? Chłopie… Obaj. Gene Krupa miał zajebisty styl. Buddy Rich był podły i tak, grał ostro i z ogniem, ale stara, Gene Krupa miał smykałkę. Miał styl i charyzmę i to mi się podoba.
– Ta, i zamknęli go za trawę.
Tak kurwa! Palący zielsko górą! [śmiech] Przy okazji… Życie w Kaliforni to wspaniała rzecz, jeżeli o to chodzi.
– Zwłaszcza, kiedy ma się jaskrę…
O tak, cóż, znasz mnie. Jaskra… Nie mogę spać…
– Komedia czy horror?
Komedia. Mam dość [horroru]. Horror już nie robi na mnie wrażenia. Komedia robi, ponieważ musisz być kreatywny, a z horrorem, ile razy można masakrować ciała? Ile krwi można zobaczyć? Jestem już nieczuły na to.
– South of Heaven czy Seasons in the Abyss?
[długa pauza] Pierwszy, który przyszedł mi na myśl to South of Heaven, z uwagi na brzmienie perkusji. Nie podobało mi się brzmienie bębnów na tej płycie, ale potem zacząłem je uwielbiać. Ale są też klasyki na Seasons. To niesamowita płyta, ale perkusja na South of Heaven była fajna.
– Groove czy speed?
Groove. Prędkość jest zbędna. Jak szybko można grać, rozumiesz? Są kolesie, którzy próbują robić to szybko, ale nie ma w tym melodii ani uczucia.
– Ok, ostatnie…
[znowu zapuszcza żurawia w notatnik]O kurwa. Sabbath czy Zep? Kurwa. Znowu! Krupa czy Rich, teraz Sabbath czy Zep? Człowieku… Wiesz, muszę wybrać swoją pierwszą miłość, a to było Zep. Sabbath przyszedł później dla mnie.– Czy Bohnam stanowił wczesną inspirację?
Pokazał mi groove. Pokazał mi dynamikę, gdy słuchałem jego gry. Gdy grał, ona narastała. Choć tempo nie zwiększało się, było coś w jego grze, co sprawiało, że to rosło i czujesz, że, „Stary, to brzmi wspaniale”, i wtedy spowalniają i dodają groove’u. Nie wiem, myślę że czuję muzykę bardziej niż wielu ludzi. Rozumiesz, chodzi o to JAK uderzasz w perkusję. Nie chodzi o sposób wykonania tego uderzenia. Nie o to, jak wiele paradiddli możesz zagrać, albo jak szybko możesz to zrobić, chodzi o to jak wykonujesz beat.
– Dzięki za twój czas, Dave.
Cała przyjemność po mojej stronie.