Druga część wywiadu z Kirkiem, część pierwszą znajdziecie tutaj. O tym, kto w zespole osądza jego solówki, eksperymentach muzycznych, tym, co w solówkach najważniejsze, i paru innych sprawach.

Czy przy nagrywaniu solówek chłopaki udzielają ci rad?
Lars pomaga mi, ponieważ trudno mi być obiektywnym przy nagrywaniu. Jestem maszyną do solówek! W jednym z kawałków zagrałem ponad 100 solówek. A gdy gram więcej niż pieć czy sześć solówek, to ciężko mi o obiektywność. Więc Lars mi pomaga, często mówi mi co pasuje a co nie.
To jest dobre, bo on motywuje mnie i inspiruje by iść w kierunku, który by mi nawet nie przyszedł na myśl, bo jestem skupiony na tym, co gram w danym momencie. Jestem przede wszystkim częścią drużyny, lubię wiedzieć, co inni myślą, pod warunkiem, że są do tego wykwalifikowani.
Czego nauczyłeś się z „St.Anger”?
Byłem zszokowany tym, jak bardzo ludziom brakowało solówek i w ogóle mojej gry na „St.Anger”. Sądziłem, że nic sobie nie będą z tego robili, że nie zrobi im to aż tak wielkiej różnicy. Ale gdy byliśmy w trasie, co najmniej pięć osób każdego jednego dnia pytało mnie czemu na albumie nie ma solówek i czy chociaż pojawią się na następnej płycie. Naprawdę, nie miałem pojęcia że oni uważali, że ten aspekt, ten składnik, jest aż tak ważną częścią całego brzmienia. Zawsze postrzegałem siebie jako lukier na cieście. Ale do diabła, ludziom naprawdę smakuje ten lukier!
Zrozumiałem, że istnieje charakterystyczne (signature) brzmienie Metalliki, a gdy od niego odbiegamy, nasi fani się niecierpliwią, albo po prostu tego nie rozumieją. Nie mówię, że to dobre albo złe; to jedna z tych spraw z którymi musimy dawać sobie radę.
Bo to jest muzyka, której nikt inny im nie da.
Trochę jest w tym prawdy. Wydaje mi się, że w latach 90. spędziliśmy za dużo czasu na dekonstrukcji tego brzmienia. Taki był zamiar, ale jednak zbyt uprościliśmy naszą muzykę. Do tego doszły różne inspiracje. Ale zgadzam się z tobą – Metalliki nie dostaniesz od nikogo prócz nas. Dlatego czuję, że fani mieli wrażenie, że my im nie chcieliśmy tego dać.
Rozumiem to, że każdy zespół może znudzić się robiąc jedno i to samo. Trzeba mieć możliwość próbowania innych rzeczy.
Może nie tyle chodziło tu o znudzenie, co o niecierpliwość. Wydaliśmy cztery czy pięć albumów używając praktycznie takiego samego podejścia, więc zastanawialiśmy się, co innego możemy zrobić, na co więcej nas stać. Więc bardzo świadomie staraliśmy się trzymać się z dala od pewnych elementów naszej gry – jak np. ciężkiego uderzania w strunę E. Nie ma czegoś takiego na Load, bo uznaliśmy, że ten element już wyczerpaliśmy.

Baliście się bycia karykaturą samych siebie?
Są zespoły, które za każdym razem wydają ten sam album, zmieniają tylko teksty. Wszyscy wiemy, o jakie zespoły chodzi, dlatego byliśmy bardzo ostrożni, by to samo nie przytrafiło się nam. Dziś, patrząc wstecz, wydaje się że mogliśmy trochę przesadzić. Ale teraz jesteśmy gotowi wrócić do korzeni, świetnie się przy tym bawimy. Te utwory świetnie się gra, a to jest tak naprawdę najważniejsze.
Kto wie, co by było jakbyście wtedy nie zmienili kierunku, może dziś ludzie byliby znudzeni zespołem.
Gdybyśmy rozcieńczyli naszą muzykę z jakimiś popłuczynami, to nie bylibyśmy tak szanowani. Nie jesteśmy z tych, co wybierają łatwe rozwiązania. (śmiech) Nigdy. Tacy po prostu jesteśmy. Taki jest nasz sposób myślenia.
To ciekawe że byłeś zaskoczony faktem, iż fanom brakowało twoich solówek. Przecież byłeś pierwszą osobą wprowadzoną przez czytelników do Guitar World Hall of Fame. Po Jimim Hendriksie i Jimmym Page.
Gra na gitarze jest dla mnie jednocześnie ekstremalnie łatwa i ekstremalnie trudna. Ktoś mi dziś powiedział, że gra na gitarze, ale „nie może zrozumieć grania solówek”. Więc mu odpowiedziałem: „Stary, gram od prawie 30 lat, a gitara wciąż jest dla mnie zagadką. Wciąż poszukuję, tu i tam odnajdują różne szczególiki”.
To wszystko przypomina rozwiązywanie zagadki. Rozpracowuję gitarę, chcę dotrzeć do jej sedna, ale ona ma tyle warstw, że nawet nie jestem blisko.
Być może inni identyfikują się z twoim brzmieniem właśnie z powodu tego elementu walki.
Za mocno w tym siedzę, by mieć jasną odpowiedź na to pytanie. To, co zauważyłem przez lata, to fakt, że młodzi gracze – 10-12-latkowie, naprawdę lubią mój styl. Jest w moim stylu gry coś, czego mogą się chwycić i szybko nauczyć, i wtedy przejść do grania różnych Yngwie Malmsteenów i Steve Vaiów czy kogo tam jeszcze. Z drugiej strony, dojrzalsi muzycy słyszą moją grę i mówią: „Eh, co tam…”.
Jedną z cech wyróżniających twoje solówki jest to, że zapadają w pamięć, co tak naprawdę jest trudniejsze niż szybka gra.
Zawsze to miałem. Uwielbiam Michaela Schenkera, bo gra najbardziej chwytliwe solówki. Zawsze lubiłem muzyków, którzy niekoniecznie grają melodyjnie, ale za to bardzo chwytliwie. Ritchie Blackmore ma bardzo chwytliwy styl, a wcale nie gra melodyjnie. Bardzo często gra coś, czego nikt się nie spodziewał, co jednocześnie ma w sobie chwytliwość.

Od samego początku smak muzyczny, frazowanie, ton, melodię i chwytliwość przedkładałem nad szybkość i czystą techniczność. Zawsze grałem dla piosenki, i zawsze grałem by dawać innym rozrywkę. I nigdy nie grałem czegoś, by dzielić ludzi.
Gdy grasz świetną zagrywkę po raz pierwszy, to jest to niesamowite uczucie, bo czujesz jakby została ci ona wręczona przez niebiosa. Przepływa przez twoje palce, na struny, poprzez przetworniki do wzmacniacza, i nagle słyszysz, jak wspaniała jest ta zagrywka. To jest proces twórczy. Czasem zdarza się to bardzo szybko i niespodziewanie. Tak jakby ziemia się rozstąpiła, a z niej wynurza się ta wielka włochata łapa z pazurami i wręcza ci ten wspaniały riff. Nie ma wcześniejszych założeń, nie ma oczekiwań. Jestem pewien, że to zdarza się najbardziej oddanym muzykom. Może nie doświadczają tego okazjonalni plumkacze, ale jeśli jesteś oddany grze, to takie rzeczy się zdarzają.
Skąd się to bierze?
Bardzo interesuję się metafizyką podświadomości i myśleniem wielowymiarowym. Wiem, że wibracje potrafią to wszystko połączyć. Jeśli chcesz znać szczegóły, to na pewno wierzę w teorię strun. Podstawowa zasada jest taka, że wszystko we wszechświecie jest zbudowane z tych wibrujących strun (pełne objaśnienie znajdziecie na superstringtheory.com – przyp. red.). Miło jest pomyśleć, że kosmos w gruncie rzeczy jest wielką gitarą a inspiracja nadchodzi, gdy ja się do niej dostrajam.
Skoro mówimy o łączeniu… dobrze udokumentowane zostało jak Metallica przeszła przez trudny czas w trakcie tworzenia „St. Anger”. Czy teraz czujecie się połączeni na nowo?
Absolutnie. Nigdy tak dobrze się nie dogadywaliśmy. Przed „St. Anger”, a czasem też w trakcie tworzenia go, nasze relacje niemal legły w gruzach. Możnaby powiedzieć, że „St. Anger” był walką o odbudowanie naszej przyjaźni. Wszystko wróciło, co widać na różnych poziomach – na poziomie grania, w sprawach osobistych i jeśli chodzi o kreatywność.
Czasem trzeba wszystko zburzyć by móc to zbudować na nowo.
Albo nie zburzyć, tylko spalić doszczętnie. Metallica jest feniksem rodzącym się z popiołów. Wszystko podpaliliśmy, i oto co z tego powstało – „St. Anger” był ogniem, a feniksem jest „Death Magnetic”.
