Tak nam się spodobała najnowsza płyta BlackSnake, że nie odmówiliśmy sobie przyjemności porozmawiania z temperamentnym wokalistą tego jakże utalentowanego zespołu. Wiele się działo: Kamil Rusiecki opowiadał o swojej ciekawej przeszłości, zespołach z Przemyśla, najnowszym albumie, a także w kontrowersyjny sposób odniósł się do Metalliki. Poniżej znajdziecie zapis naszej rozmowy. Miłej lektury!
DeathMagnetic.pl: Z przejmującej opowieści Macieja „Wiącka” Więckowskiej zawartej na oficjalnym profilu BlackSnake możemy doczytać się, że dołączyłeś do zespołu w jednym z tragiczniejszych momentów jego istnienia. Co skłoniło Cię do wzięcia udziału w przesłuchaniach do tej kapeli?
Kamil Rusiecki:
Czy ja wiem czy to był tragiczniejszy moment? Raz jest z górki, a raz pod górkę. Przesłuchań, czy castingu właściwie nie było. Historia maluje się tak, że po odejściu pierwszego wokalisty Piotrka Bałajana w BlackSnake przesłuchanych zostało jeszcze kilka osób na tę posadę.
Może zacznę od tego, że to nie było na zasadzie: „zespół poszukuje wokalisty i nagle przychodzę ja i poznaję się z nimi”. Scena muzyczna, a dosadniej metalowa w naszym kochanym Przemyślu jest dość mała, ale za to prężna i w sumie wszyscy ze wszystkimi się znają. Mało tego – często te same osoby zasilają składy dwóch, czy nawet trzech kapel. Z całym BlackSnake znamy się od początku ich działalności. Los tak chciał, że w tym samym roku powstały trzy kapele: obok wspomnianego Czarnego Węża, był jeszcze Rotengeist oraz mój poprzedni band – Underdark. Jak zaczynaliśmy to wynajmowaliśmy wspólnie salę prób. W tej chwili układ jest taki sam, tylko pomieszczenie inne.
Z samym Maćkiem „Wiąckiem” znamy się od bardzo dawna. Rolę zapalnika pomiędzy mną a zespołem odegrał Maciek Gawlik, który nakazał mi wręcz iść na próbę i spróbować. Był stanowczy do tego stopnia, że przy mnie zadzwonił do Wiącka oznajmiając, że się pojawię (nie pytając nawet, czy chcieli by mnie wypróbować). No i tak jakoś to zaskoczyło, minął rok i nagraliśmy album. Wcześniej oczywiście nigdzie na poważniej nie śpiewałem. Zresztą dalej uważam, że nie umiem tego robić.
Co do samego Maćka Gawlika, który na co dzień jest głównie gitarzystą w swoim własnym zespole Sacrifer, to namówiliśmy go do nagrania partii klawiszy na album „Lucifer’s Bride”. Teraz, w miarę czasu i możliwości występuje z nami także na żywo.
Kontynuując temat Wiącka (czyli ostatniego muzyka z pierwotnego składu) – jak postrzegasz jego bezwzględną chęć utrzymania zespołu przy życiu w przeszłości? Czy jego upór pomaga wam teraz jako całej ekipie w dążeniu do zdobywania rozgłosu?
Nie wiem na ile słowo bezwzględna jest trafne, ale faktycznie były takie momenty, kiedy działalność zespołu wisiała na włosku. Wiącek nie poddał się, zaczekał na lepsze czasy i postąpił właściwie, ale ze zdobywaniem rozgłosu tego bym już nie mieszał. Na to niestety (a może stety?) musimy wszyscy pracować. Zresztą sam widzisz, w jaki sposób dowiedziałeś się o naszym istnieniu.
Po prostu napisaliście do nas, nic w tym złego. Wracając do tematu – z tej samej, wyżej wskazanej Facebookowej informacji możemy także dowiedzieć się, że jesteś znany ze śpiewania niczym Dio (ponoć nie tylko po alkoholu). Czy jest jeszcze ktoś oprócz niego, kto inspiruje Cię wokalnie?
To z Dio jest akurat mocno przesadzone. Oczywiście, zawsze naciągałem gębę w knajpach po pijaku za gówniarza (trzydziestka mi leci i dalej to robię, więc nie zmądrzałem). Obok Dio musiałbym wymienić ze stu innych wokalistów – miejsca by zabrakło. Od kilku lat nieustannie wielbię głos Jorna Lande. Trochę jednak traci dla mnie na wartości, ze względu na to, że dość często wydaje nowe płyty i staje się okropnie przewidywalny. Jak to ładnie podsumował Maciek Gawlik: „Gość ma taki głos ze mógłby nawet śpiewać książkę telefoniczna i tak fajnie by się tego słuchało.”
Zdaniem gitarzysty, słyniesz także od lat z malowania koszulek. Czy nadal to robisz?
Tak robię, ale już nie ręcznie, jak to było za dzieciaka. Zaczynałem od pędzla i gąbki, wycinając szablony z papieru. W tamtych czasach był to jedyny sposób na posiadanie własnej, unikatowej koszulki. Najpierw robiłem je sam dla siebie, później dla znajomych i kapel. Jakoś tak wyszło, że ludzie mnie z tym zawsze kojarzyli.
W tej chwili siedzę w branży druku cyfrowego DTG bezpośrednio na tkaninę. Nie ma się co za dużo rozgadywać – prowadzę taki mały sklepik internetowy diabolizer.pl, więc tam zapraszam na oględziny.
Przejdźmy teraz do płyty „Lucifer’s Bride”. Na początku zdradź nam proszę, czemu nazwaliście ją „Narzeczona Lucyfera”. Odnosząc się do tekstu tytułowego utworu: czyżby była ona jeszcze bardziej mroczna od samego Pana Ciemności (śmiech)?
Geneza powstawania tego kawałka wyglądała tak, że było 90% tekstu i głównym bohaterem miał być powiedzmy wampir porywający kobietę. My właściwe obracamy się w takich klimatach kina grozy, ale tak sobie nad tym tekstem dumałem i zaczynało mi to śmierdzieć NIB Black Sabbath, który zresztą gramy na koncertach. Tak sobie po cichu pomyślałem, żeby tego Lucyfera z wyżej wymienionego utworu wstawić też u nas. No i tak, koniec końców, koncepcja tekstu się zmieniła.
Przechodząc do samej płyty – na początku było tych tytułów właściwie kilka + masa pomysłów na okładkę. Ze względu na to, że gramy stylistycznie dość różne utwory, trudno było wycelować które zdjęcie czy grafika we właściwy sposób oddałyby klimat naszego albumu.
O okładkę poprosiliśmy Łukasza Jaszaka (jest on także odpowiedzialny za okładkę do pierwszej płyty BlackSnake „Horns Up!”). Dostał płytę, miał coś wymyślić, ale los jednak chciał tak, że zepsuł mu aparat, a my potrzebowaliśmy okładki na już. Umówiliśmy się więc, że wybierzemy coś z już gotowych zdjęć pochodzących z różnych sesji. Te fotografie, które zdobią nasz album spodobały nam się najbardziej, a także idealnie pasowały pod kawałek „Lucifer’s Bride” – ładna młoda dziewucha z włosami zaplątanymi w duże rogi. To modelka Dolly Ann. Nie było nad czym się zastanawiać.
Racja, ale biorąc pod uwagę fantastyczne grafiki znanych metalowych płyt, trzeba przyznać, że na pierwszy rzut oka ta wygląda dość… kiczowato. To niezamierzony efekt, czy całość właśnie tak miała wyglądać?
Ale konkretnie co? Zdjęcie, kolory, czy może jakość wydruku? Nie widzę w niej nic kiczowatego. Gdybym tak uważał to na pewno nie użylibyśmy jej do tego albumu. Jest to moim zdaniem odpowiednia okładka pod ten styl muzyki jaki prezentujemy. Normalne, porządne zdjęcie, a nie jakaś tam grafika komputerowa. Weź pod uwagę, że jest to dzieło znanego na cały świat artysty grafika, fotografa i malarza, o którym wspominałem wyżej. Jego prace zdobią okładki wielu znanych kapel.
Ciągnąc nadal temat okładki – nie sposób nie zauważyć, że całość jest starannie i ciekawie wykonana. Mamy tutaj lekko prześwitującą naklejkę z obrazem tytułowej narzeczonej Lucyfera na przedniej stronie pudełka, która jest także w takim samym rozmiarze na dołączonej książeczce i na samej płycie, co daje niebanalny efekt przestrzennego obrazu. Jak powstała i kto jest autorem tak trafionego pomysłu?
Dzięki za tę pochwałę. Lubię jak jakaś praca, tablica reklamowa, butelka czy puszka piwa odróżnia się od reszty. Nazywają to wtedy „limited edition”, albo coś w tym stylu, więc wymyśliłem sobie taką dodatkową naklejkę na front Rewel boxa. Prawdziwy efekt 3D to to nie jest, ale jak na razie wszystkim się podoba, więc chyba się udało.
A powiedz mi: jak to jest właściwie z określeniem Waszej muzyki? Co recenzja, to inne szufladki. Jak powstał tak świetny album, który jest jednak niespójny gatunkowo?
Faktycznie jest to trochę problematyczne, dlatego samozwańczo określamy to mianem „Rock’n’Roll Straight From Hell”. I tak nikt nie wie, o co chodzi (śmiech).
W jaki sposób odniesiesz się do tego, co napisałem w recenzji: „Wstęp do ‚Black Heart Blues’ lekko przypomina mi intro utworu ‚Enter Sandman’, a słowna wyliczanka przedszkolaków w tytułowym utworze kojarzy się z modlitwą dziecka, którą znajdziemy w dalszej części wspomnianego, słynnego utworu.” Jesteście fanami Metalliki, czy to czysty przypadek?
Nie widzę tutaj najmniejszego podobieństwa: już sam fakt że w „Enter Sandman” nie ma żadnego intro, utwór po prostu zaczyna się samą gitarą, trwa to jakieś piętnaście sekund i wchodzą garnki. Co do samej wyliczanki, to także nie ma co tutaj szukać podobieństw. Masa kapel zrobiła to już dobre 20 lat przed Metalliką: jako pierwszy lepszy przykład przychodzi mi na myśl „Steamrock Fever” Scorpionsów, a jak wiesz, nagrali go w 1977. Podobne zabiegi z użyciem dziecięcych wokali miał też Alice Cooper, czy King Diamond. Naprawdę można wymieniać tutaj dziesiątki wykonawców.
Co do samego pytania: czy jesteśmy fanami Metalliki? Nie wypowiem się jednogłośnie za cały zespół. Jeśli chodzi o mnie, to mogłem uważać się za ich fana jak miałem trzynaście lat. Wiadomo, jest to bardzo duża nazwa i każdy, chcąc nie chcąc, podczas swojej muzycznej podróży przerobił ich albumy, ale to co zrobili po Czarnym Albumie jest po prostu kpiną. Co gorsza robią to nieustannie od tamtej pory, bo wciąż mało im kasy. Dlatego nawet nie mam ochoty odpalać którejkolwiek z pierwszych i dobrych płyt tego gej-bandu. Mam taką własną teorię, że te bardzo sławne i znane kapele świetnie można poznać właśnie po ich fanach. Odpal sobie ich DVD „S&M”, gdzie pod sceną stoją sami bogacze, a jeden z nich nawet macha tablicą rejestracyjną z nazwą zespołu. Nie wspominając już o tym, że nawet dyskomani kochają Metallikę i uważają się za kozaków, bo posłuchają sobie 'Unforgiven’ albo 'Nothing Else Matters’. Tak jeszcze tylko dodam, że właśnie w tej chwili kiedy odpowiadam na to pytanie, w telewizji leci reklama piwa Okocim ze ścieżką dźwiękową 'Enter Sandman’. I jak tu nie zakpić z tych idiotów, którzy stworzyli wizję miłego i przyjaznego metalu dla wszystkich na świecie?
Tak… To może jednak faktycznie dajmy już spokój Metallice (śmiech). Nawiązując do wspomnianej recenzji – miałem nie lada problem w wybraniem najlepszego kawałka. Może Ty, jako wokalista wskażesz nam swoje faworyty?
Oczywiście 'Pandemonium’ to jeden z najbardziej rozbudowanych i ciekawych utworów na płycie, ale i tak każdy się podnieca 'Broken Heart Bluesem’, bo jest taki prosty, miły i wpada w ucho. Według mnie, powinno się tak dobierać kawałki na płyty jak w latach siedemdziesiątych – płyta trwała max. czterdzieści pięć minut, bo więcej na winyl by się nie zmieściło. Weźmy przykład z pierwszych płyt Led Zeppelin, na których zawsze były typowe, proste, krótkie dwu czy trzy minutowe hiciory takie jak 'Rock’n’roll’, 'Immigrant Song’ czy 'Good Times Bad Times’, w których zespół pokazywał przebojowość, ale jednocześnie równoważył to dłuższymi kompozycjami, takimi jak 'When the Levee Breaks’ lub 'Moby Dick’. Trochę rozgadałem się nie na temat, ale chyba zgodzisz się ze mną, że dzisiaj wszyscy myślą zupełnie innymi kategoriami, każdemu się spieszy, nie ma już takiego luzu w tej muzyce. Byle by zrobić dwa riffy, jest gotowy kawałek, to róbmy następny, byle by tylko szybko nagrać płytę.
Zgadzam się, ale ja właśnie należę do tych, którzy podniecają się 'Broken Heart Blues’. Ten kawałek akurat zdecydowanie najbardziej wyróżnia się na całym krążku. Opatrzony akustycznym wstępem wzbogaconym o urokliwe, charakterystyczne dla płyt winylowych trzaski przechodzi do całkiem nośnego grania, a saksofonowa solówka sprawia, że jest on wręcz przebojowy. Może wyjaśnisz nam, jak powstają tak dobre kompozycje? Improwizujecie w sali prób, przychodzicie z gotowymi pomysłami, czy może dzielicie się już gotowymi plikami, wykorzystując Internet?
Widzisz, jak wspomniałem wyróżnia się dlatego, że jest prosty i łatwo wpada w ucho. Może jest i to zasługa smaczków o których wspomniałeś, ale zwróć też uwagę, że w większości utworów są tego typu urozmaicenia. W tytułowym utworze są dziecięce chórki, w 'Pandemonium’ mamy potocznie przez nas nazywane „tuby”. Kolejny jest „Legacy” z fajnym intro, a w 'Say Godbye to Heaven’ wyje syrena. Nie wspominając już o nagranym głosie robota – zabawki w 'Holy Deciever’. 'Broken Heart…’ powstał bardzo szybko i zupełnie odwrotnie niż inne kawałki. Zazwyczaj najpierw są jakieś pomysły muzyczne, czyli np. Maciek ma już gotowe melodie, więc składamy wtedy to do kupy, rodzi się jakaś koncepcja utworu, a na końcu powstaje tekst i linia wokali. A w tym przypadku zrobiliśmy to od końca, z góry zakładając że ma to być lajtowy kawałek na dwa wokale, gdzie facet kłóci się z kobitą. Najpierw powstał tekst później muzyka. Nie robimy niczego przez internet, tylko na sali, podczas próby. Zazwyczaj wychodzi to nam samoistnie. Zresztą za chwile doczekasz się następcy 'Bluesa’, bo zrobiliśmy podobny kawałek na kolejny album.
Nie mogę się doczekać. Na koniec zdradź nam, jak wyglądają wasze plany koncertowe na drugą połowę bieżącego roku.
Nie mamy konkretnych planów i łapiemy każdą okazję, jaka się tylko pojawi. Mamy teraz na tapecie kilka koncertów plenerowych. Czasami wystąpimy sobie na jakimś zlocie motocyklowym, zaś w sezonie jesień/zima staramy się grać po klubach. Nie koncertujemy pełną parą – ¾ składu ma już jakieś poważniejsze zobowiązania typu praca i gonitwa za wypłatą. W moim przypadku jest nim małe dziecko. Najzwyczajniej w świecie zaczynamy się starzeć.
Serdeczne dzięki za rozmowę. Mam nadzieję, że zobaczymy się jednak na koncercie.
Rozmawiał: Mateusz Dudziński


