Nowy wywiad z Kingiem skupiający się głównie na tematyce Big 4 i jej korzeniach w zw. z ich przyjazdem do Indio w Kalifornii, ale i o nim samym jak i o Slayerze. Co tu dużo mówić – sami przeczytajcie.

– Co dla ciebie znaczy „Wielka Czwórka”?
To znaczy, 'Chciałbym, aby było tego więcej!’ [śmiech] Strasznie bym chciał, aby to urosło i stało się trasowym bytem, a nie tylko na jeden tydzień w Europie. Oczywiście jeden występ w Stanach to daleko za mało. Tak to widzę. Zrobiłbym nawet dwa tygodnie z rzędu!
– Co takiego było w Południowej Kalifornii, że sprzyjało to rozwojowi tego typu heavy metalu w latach ’80?
Trudno powiedzieć, bo wielu ludzi uważa, że Bay Area było tym miejscem, w którym się to działo. Ta okolica miała również świetną scenę, ale Metallica zdecydowania się tam zaimportowała. Dla nas i Megadeth istnieje tam związek z Metalliką. Wszyscy lubiliśmy europejskie rzeczy. Do dziś jestem wielkim fanem wczesnego Venom. Myślę, że prawdopodobnie ukształtowali nas bardziej niż ktokolwiek – może poza Judas Priest i Iron Maiden. Wszyscy siedzieliśmy w tym samym. To był mały trzon złożony z ludzi z tymi samymi pomysłami, próbującymi uzyskać te same informacje, bo w tamtych czasach daleko nam było do internetu [śmiech]. Trzeba było iść do lokalnego sklepiku i rozejrzeć się, jakie mieli magazyny i winyle z importu.
– Czy podzielaliście wiele z tych samych wpływów?
Znałem Metallikę i oczywiście grałem pierwsze pięć występów z Megadeth. Metallica i Slayer nigdy ze sobą dużo jednak nie gadały. Nie byliśmy kumplami, byliśmy znajomymi. Od występów „Wielkiej Czwórki” zeszłego lata uważam ich już za przyjaciół, ponieważ mieliśmy w końcu okazję spędzić razem czas, zjeść coś, napić się, być po prostu ziomkami, a nie gadać o sobie w prasie. To było naprawdę fajne. To była największa rzecz, jaką wyniosłem z Europy. To była dla mnie dobra zbaawa. Do tego czasu wraz z Metalliką zagraliśmy ówcześnie jeden koncert na The Woodstock w Orange County. Możliwe, że byli już zakontraktowani, ale my nie byliśmy. Graliśmy na różnych festiwalach tu i tam przez 30 lat. W końcu zdołaliśmy zrobić właściwą „trasę” z nimi i to było naprawdę fajne.
– Wszyscy macie własne podejście jeśli chodzi o thrash, ale razem to się dobrze zgrywa.
W tej chwili, ale na początku było nam do siebie znacznie bliżej. To tak jakbyśmy zaczęli jako swego rodzaju bestia, której wyrosły cztery głowy i każda głowa żyła osobnym życiem od pozostałych. [śmiech]
– Wszyscy też strasznie urośliście.
Kompletnie rozłożyłem na czynniki pierwsze ostatni album Megadeth, Endgame, bo tyle razem jeździliśmy w trasy. W czasach iPodów nie masz już płyty i nie patrzysz na teksty. Nie znam żadnych pieprzonych tytułów, ale grają naprawdę świetny kawałek z tej nowej płyty z świetnym riffem.

– Czy teraz sprawia to większą radość niż to było niegdyś?
Prawdopodobnie! Na tym poziomie wszystko jest ci podane na tacy. Za starych czasów sami rezerwowaliśmy własne koncerty [śmiech].
– Czym [tym razem]różniła będzie się setlista „Wielkiej Czwórki”?
Trudno powiedzieć, bo przybyliśmy w okolice LA na występ na Long Beach w Gibson Amphitheatre. Muszę wziąć pod uwagę, co graliśmy i dać ludziom z Kalifornii coś innego do oberania niż co już mogli usłyszeć minionego lata. Muszę o tym pomyśleć. Będzie też krócej niż normalny set Slayera; zdaje się, że gramy tylko 65 minut [a miały być pełne sety! – red.]
– Gracie tuż przed Metalliką i bez wątpienia spuścicie tłumowi niezły łomot..
[śmiech] To jak walenie w głowę oburęcznym młotem.
– Indio jest gospodarzem [corocznego festiwalu muzyki i sztuki]Coachella ze wszystkimi tymi hipisami i hipsterami, ale nigdy nie miało do czynienia z metalami.
To będzie super! Hiszpańska frakcja naszych fanów jest po prostu chora i szalona. Być tam na pustyni w pobliżu Arizony i Meksyku, to będzie jazda. W dodatku wyobrażam sobie [tych wszystkich]ludzi przylatujących z każdego zakątka kraju, bo to jedyny występ Big Four.
– Kiedy zdałeś sobie sprawę, że pozostaniesz w Slayerze zawodowo?
Gdy miałem 25 lat nie myślałem, że będę robił to mając lat 40. Gdy twoi bohaterowie się starzeją i widzisz, że nadal to robią, myślisz, 'Człowieku, nie czuję się staro.” Zyskujesz inną perspektywę, gdy już dojdziesz do tego wieku, przynajmniej ja tak mam. Nie czuję się tak samo, jak gdy miałem 20 lat, ale zdecydowanie nie czuję się też na 46. Bycie w trasie i na scenie trzyma mnie w formie. Gdybym nie pił, byłbym małym, chudym draniem, ale to znieczulanie się niezbędne do przeżycia trasy.
– Piszecie w ogóle jakiś nowy materiał?
Niezbyt, mam parę riffów skleconych razem. Tylko się jednak bawię. Z pewnością są rzeczy, które chcę osiągnąć tymi riffami, które chodzą mi po głowie. Nagrałem je na swoim iPhonie, więc nie muszę wozić ze sobą sprzętu nagraniowego. To wystarczy do zapamiętania danej chwili. Nie obchodzi mnie, jak to brzmi; muszę tylko zapamiętać, jak to leci.
– Gdyby „Wielka Czwórka” była filmiem, to którym by była?
Niezniszczalni! [śmiech] To po prostu film z samymi legendarnymi typami. Są w nim wszystkie gwiazdy kina akcji od chwili, gdy zaczęliśmy. To jest ten wspólny mianownik. Wysadzają wszystko w cholerę przez cały film, a gdy wszyscy z nas zagrają, dojdzie do wielorakiej rzeźni, więc to [skojarzenie]jest idealne.
– Którym z niezniszczalnych jest Slayer?
„Zimnym” Stevem Austinem, stary! To po prostu jebany zabijaka!

(a nie przez podobne uczesanie, Kerry?)
– Mnie, fana kina,, Insidious wystraszył, aż pobladłem.
Nic nie mów! Długo mnie nie było i nie mogłem go zobaczyć [śmiech]. Wiesz co widziałem, a co nie spodziewałem się, że będzie dobre, ale mi się podobało? Devil! [również polecamy – red.] Podobał mi się. Był naprawdę świetny. Odciąłem się, gdy pojechaliśmy w trasę pięć tygodni temu [śmiech].