Najnowszy numer kwartalnika So What! wydawanego tylko i wyłącznie na potrzeby MetClubu jest numerem specjalnym poświęconym osobie ś.p. Cliffa Burtona i zawiera przede wszystkim wspomnienia autorstwa Jamesa, Larsa, Kirka i Roba, pełne nieznanych i przeważnie zabawnych historii o nieodżałowanym basiście. Poniżej pełne tłumaczenie opowieści Kirka.
Tłumaczenie: Krzysztof Wierzbicki. Dzięki, stary!

„Uwielbiał angielskie śniadania…”
Kirk Hammett wspomina swojego przyjaciela, partnera w zespole i współlokatora, Cliffa Burtona.
Pewnego dnia wałęsaliśmy się po pokoju hotelowym, a on czytał magazyn, który nazywał się „The Spectator”. Zapytałem go: „Co to? Jaki to rodzaj gazety?” Odpowiedział mi: „To jest polityka, człowieku, rewolucyjna polityka. Ten magazyn mówi całą prawdę.” Czytał to także dlatego, że lubił komiksy. Za każdym razem, gdy dostawał nowy egzemplarz, czekałem, aż skończy go czytać, bo chciałem zobaczyć te komiksy. W końcu sam zaprenumerowałem tę gazetę, a teraz czytam ją w sieci. Cliff lubił fajne komiksy. One znaczyły bardzo dużo dla niego.
Cliff był świadomy wielu różnych spraw. Unikał ludzi wygłaszających poniżające opinie na temat ras ludzi. Rzeczy takie, jak ludzie mówiący słowo na „cz”* naprawdę go wkurzały. Tak, bardzo by się wkurzył. Miał też powiedzonka, które lubił powtarzać. Mówił, że siła jest w prawdzie, i że „prawda niszczy. Prawda miażdży wszystko.”
Cliff palił dużo więcej zielska, niż ja. Jarał od rana do wieczora. Mieszkaliśmy razem i dużo ze sobą przebywaliśmy. Mieliśmy bardzo podobne zainteresowania. Interesowałem się H.P. Lovecraftem, i on interesował się H.P. Lovecraftem. Uwielbiałem horrory i on uwielbiał horrory. Bardzo często wyznawał swoją miłość do filmu „Świt żywych trupów”. Oczywiście słuchaliśmy takiej samej muzyki, ale było też dużo rzeczy które on lubił, a za którymi ja nie przepadałem. Kochał The Eagles i Creedence Clearwater Revival, czego ja nie podzielałem. To on pokazał mi Misfitsów i Velvet Underground. Bardzo podobało mi się gdy włączał album Simona i Garfunkela. Był osobą, która łączyła w sobie bardzo odmienne style, zdecydowanie.
Gdy grał, wkładał w muzykę całą swoją osobowość. Miał ucho do melodii i harmonii, co było częścią jego stylu gry. Nie musiał odchodzić od niego, żeby zagrać coś „czysto”, w żadnym wypadku. Wszystko rozwijało się naturalnie, przez mocną osobowość grającego i siłę za tym stojącą. To było proste i nie wymagające wysiłku.

Czy był „stary duchem”? Oczywiście. Był już ukształtowany w czasie, gdy my kończyliśmy okres burzliwej młodości, gdy przestawaliśmy być, z braku lepszego określenia, „młodymi dorosłymi”. My ciągle jeszcze poznawaliśmy świat i uczyliśmy się, jak działa. Ale Cliff był już wszystkiego pewny. Zawsze miało się wrażenie, że on rozpracował już to wszystko. I był z tego bardzo zadowolony. Była w nim jakaś pewność, której nie powinno być u kogoś tak młodego, patrząc z perspektywy czasu.
Jeśli chodzi o muzykę, był zawsze bardzo skupiony. Był typem, który przyczepiał się do ludzi. Nie mogłeś czekać bezczynnie, aż coś wydarzy się samo. Drążył temat i nieustannie wywierał na tobie presję. Przychodził, żeby patrzyć ci na ręce, i od razu znajdywał sens w tym, co próbowałeś zagrać. Miał niezłą znajomość teorii muzyki, ciągle wnikliwie analizował fragmenty utworów. Jego świadomość muzyczna wychodziła poza zwykłe słuchanie.
Często przychodził do mnie i długo razem przesiadywaliśmy. Za rogiem miaszkała dziewczyna, którą bardzo mu się spodobała, więc miał więcej powodów aby mnie odwiedzać. I oczywiście razem urządzaliśmy sobie jam session. W pobliżu zawsze były gitary akustyczne na których improwizowaliśmy. Rozmawialiśmy o muzyce, słuchaliśmy muzyki, chodziliśmy na koncerty. W tym czasie w San Francisco były zespoły które grały 4-5 razy w tygodniu, w różne dni, więc zawsze znalazł się koncert, na który mozna było pójść.
Zawsze rozglądał się za rozrywką. Kochał meksykańskie jedzenie i ostre, gorące chińskie chińskie jedzenie, kuchnię syczuańską. W jego rozkładzie dnia bardzo ważne było śniadanie. Uwielbiał szczególnie angielskie śniadanie. Było ono dla Cliffa najlepszą rzeczą pod słońcem. Wiesz, wszystkie te grillowane pomidory, smażone ziemniaki, jajka, bekon, kaszanka, tosty, cała masa żarcia. To trzymało go przy życiu!

Śmieszne wspomnienia? Hmmm… Dobra, powiem jedno. Na początku było zwyczajnie, chyba szliśmy do jakiejś meksykańskiej lub chińskiej knajpy i zaczęliśmy się kłócić, nic nadzwyczajnego, często tak było. To trochę śmieszne, dwóch facetów i każdy próbuje przeforsować swój punkt widzenia. W każdym bądź razie, sprzeczaliśmy się o coś. Myślę że to było na trasie „Kill’em All for One”. W pewnym momencie powiedział „Myślę, że powinniśmy rozwiązać tę sprawę z pomocą rękoczynu”. Zapytałem go, o co chodzi, a on odpowiedział: „Rękoczyn”. Nie miałem wtedy pojęcia, czym jest rękoczyn, więc go o to zapytałem. Cliff powiedział „Zwykle wychodzi się na zewnątrz, żeby bić się gołymi pięściami”. Naprawdę, zapytałem? Odpowiedział „Ta, ale nie musimy tego robić. Możemy po prostu wyjść i się poprzepychać”. Więc wyszliśmy, i znaleźliśmy się w czyimś ogródku. Zaczęliśmy się siłować, jak dwa barany, ramię przy ramieniu. Dwa młode kozły, barany, czy coś takiego. I wtedy zorientowaliśmy się, że skończył nam się czas na jedzenie i powinniśmy już być na koncercie! To było trochę żałosne.
Nie był „głęboki” czy „żyjący muzyką”” cały czas. Miał swoją głupszą, zabawną stronę. Był śmiesznym gościem. Przyszedł do mojego domu i zapytał, co robię wieczorem. Powiedziałem mu, że planowałem wyjście na sushi. „Sushi? Co to?” zapytał. Odpowiedziałem, że to surowa ryba. „Surowa ryba? Co do diabła jest z tobą nie tak? Nie można jeść surowej ryby, jesteś dziwakiem. Dziwak!” Pomyślałem, stary, ludzie w Japonii to jedzą, i tak mu powiedziałem. „Co z tego, i tak jesteś dziwakiem. Ludzie nie jedzą surowych ryb.” Minęły jakieś dwa lub trzy tygodnie, i wróciliśmy do Kalifornii. Nie widziałem go potem przez cały tydzień od powrotu. Nagle przyszedł do mnie, i zapytał „Hej! Jak tam, co robisz dzisiaj wieczorem?” Mówiłem mu, że jeszcze nie wiem, gdy nagle wypalił „Może byśmy zjedli sushi?” „Co?!!”, byłem zdezorientowany. A on mówi dalej, „No tak. Spróbowałem tego.” Spotykał się z jakąś dziewczyną, która chciała iść zjeść sushi, i oczywiście skoro była w to zaangażowana kobieta, od razu był bardziej otwarty na taką nowość!
Stawał się bardzo poważny, gdy w pobliżu pojawiały się kobiety. Oczywiście były momenty, w których był zniecierpliwiony, ale nie okazywał tego ze względu na nie. Gdy jednak ktoś mu to wypomniał, zawsze się do tego przyznawał. Cliff wierzył w szczerość, siłę szczerości i prawdy. Dlatego zawsze przyznawał się do rzeczy, na których został przyłapany.

Nigdy nie widziałem, żeby wycofał się z czegoś, nigdy. Pamiętam pierwszą noc którejś trasy, to było chyba w Europie. Właśnie przebyliśmy Atlantyk i z lotniska dostaliśmy się do hotelu, do swoich pokoi. Oczywiście dzieliłem z nim pokój, więc najpierw zaczęliśmy się rozpakowywać. Ja rozpakowuję swoje rzeczy, a on swoje, i nagle widzę, że trzyma w ręku młotek ze sklepu z narzędziami. Zobaczył moje pytające spojrzenie i powiedział „Stary, nigdy nie wiadomo, kiedy młotek może się przydać”.
Jaki był jako współlokator? Lubił spać. Spał dużo więcej, niż ja. Zawsze nosił opaskę na oczy. I miał bardzo wkurzający nawyk – zawsze gdy byłem pod prysznicem korzystał z toalety. Czy to było jak w „Jednym bilecie na dwóch”? Całkowicie. Pierwsze co robiliśmy po wejściu do hotelu, to był wyścig do pokoju, żeby obejrzeć łóżka i zdobyć lepsze. Zaraz potem wchodził do łazienki i zabierał dwa ręczniki! Gadaliśmy o niczym, byliśmy młodymi chłopakami i robiliśmy to co zazwyczaj młodzi chłopcy robią…
Cliff zawsze pił dużo piwa. Uwielbiał importowane piwo.
Na amerykańskiej trasie Ride the Lightning American Tour– znasz tę sprawę z zakazem srania w autobusie? (Główną zasadą w trasie jest to, że nikt nie może postawić klocka w autobusowej toalecie, bo smród w autobusie jest potem odrażający – przyp. autora) Cliff zauważył, że jeżeli położy ręcznik w poprzek muszli… to będzie mógł potem zwinąć go na kształt wielkiej cebuli. Aż tak zrobił, a potem poszedł do kierowcy, i tak długo narzekał, aż ten zgodził się zatrzymać. Wtedy wziął zawiniątko, przebiegł między siedzeniami, a kierowca zjechał na pobocze. Cliff wyskoczył na pole, wyrzucił ręcznik daleko, wsiadł do autobusu i pojechaliśmy dalej…
Zawsze lubił być z kimś, tak po prostu. Kochał swoich przyjaciół. Kochał jammować. I lubił „kłaść na wszystko lachę”, jakby to powiedział.