Najnowszy numer kwartalnika So What! wydawanego tylko i wyłącznie na potrzeby MetClubu jest numerem specjalnym poświęconym osobie ś.p. Cliffa Burtona i zawiera przede wszystkim wspomnienia autorstwa Jamesa, Larsa, Kirka i Roba, pełne nieznanych i przeważnie zabawnych historii o nieodżałowanym basiście. Poniżej pełne tłumaczenie opowieści Larsa.
Wielkie podziękowania dla Igi Bugajewskiej za przetłumaczenie!

Lars Ulrich opowiadała o Cliffie, jakiego znał.
Nie było wtedy Internetu ani YouTube. Nie mogłeś wpisać w Google czyjegoś imienia czy nazwy. Jedynym sposobem, żeby dowiedzieć się, kto co robi, było pójście do tej osoby i zobaczenie na własne oczy. Często spotykaliśmy się w Hollywood, bo byliśmy zainteresowani, jak radzą sobie inne zespoły. Nie było wielu zespołów, które nas interesowały, ale lubiliśmy być na bieżąco z tym, co się dzieje.
W porównaniu do poprzedniego roku, spędzałem więcej czasu w San Francisco z tatą. Miałem świadomość, że scena muzyczna w San Francisco była cięższa, zakorzeniona w muzycznej pasji, a nie w wyglądzie i modzie albo w wyobrażeniach o tym gównie. W kalendarzu moich wspomnień była to Metalowa Noc SF w Whisky. [San Francisco Metal Night at the Whisky a Go-Go]
To było chyba we wtorkową noc. Nie pamiętam pozostałych zespołów, ale na pewno była tam Trauma. Nie byli wyśmienici, byli dobrzy. Chyba dwóch z nich miało Flying-V. I mieli tego jebanego gościa, który był zupełnie inny, niż ludzie, których kiedykolwiek widziałem. Nawet nie był podobny do gości, których widywałem w L.A. Bardzo wyjątkowa, nietypowa, niekonwencjonalna osobowość i sposób, w jaki grał i traktował instrument. I jeszcze ten sposób traktowania reszty zespołu i odbiorców jego muzyki.
Nie wiem, czy to było dokładnie jak w tych opowieściach, że z Jamesem patrzyliśmy na siebie i powiedzieliśmy: „Potrzebujemy go w zespole!”. Mogło to się stać natychmiastowo, a jak nie to na pewno w ciągu paru najbliższych dni. To było skomplikowane, bo James miał dobry kontakt z Ronem McGovneyem, który trwał już dłuższy czas. James przez trudne chwile i tego typu rzeczy, był ciągle z rodziną, a obecność Rona w jego życiu miała duże znaczenie. W tym samym czasie miałem z Jamesem inną relację, niż on z Ronem. To był inny poziom pasji i sądzę, że też pragnienia. Chodziło o chęć osiągnięcia czegoś. Ron był bardziej konserwatywny w swoich poglądach – i teraz nie mówię negatywnie – ale nie był tak cholernie entuzjastyczny, ani napalony. Myślę, że kiedy we dwóch zobaczyliśmy Cliffa to obaj poczuliśmy, że mógłby być ciekawym dodatkiem do zespołu, ale przecież go nie poznaliśmy, więc oczywiście to przyłączanie trwało bardzo długo.

Nie pamiętam czy zdobyłem jego numer telefonu od ludzi z San Francisco. Krótkie kawałki rozmowy były trochę przesadzone. Całe w stylu „Zacznijmy następnego dnia – rzucamy nasze zajęcia i bierzemy Cliffa do zespołu”. Ale to nie było długo przed tym, jak przenieśliśmy się do San Francisco we wrześniu ’82. Brian Slagel organizował noc z Metal Massacre w Stone. Zaprosił trzy różne zespoły do SF, ale jeden z nich się rozpadł, więc zapytał nas, czy chcemy wystąpić.
Dokładnie pamiętam dzwonienie do Cliffa i zapraszanie na koncerty do San Francisco. Ale nie pamiętam, czy pierwszy był we wrześniu, ale to zakończyło się w październiku i zagrał dwa koncerty w listopadzie. Wiem, że jak przyszedł, to był nieśmiały. Był w zespole, który radził sobie całkiem nieźle. Mieli niezłą podstawę, grali koncerty i myślę, że nęcono ich kontraktem, więc ten przeskok nie był dla niego łatwy.
Mam wspomnienie związane z rozmową z Ronem w grudniu. Jakoś dowiedział się, że zabiegamy o Cliffa i że to był koniec. Wszyscy pojechaliśmy do San Francisco, między Bożym Narodzeniem i Nowym Rokiem i przesłuchiwaliśmy Cliffa w salonie u Marka Whitakera przy 3132 Carlson Boulevard. Raz wspólnie jammowaliśmy i.. Nie jestem pewien, czy my go przesłuchiwaliśmy, czy on nas. Mogło tak być, że to on nas przesłuchiwał.
Wróciliśmy do L.A. i pracowaliśmy bardzo ciężko przez jakieś 6 tygodni. Miałem dwie ustalone trasy, gdzie dostarczałem gazety w Newport Beach. Podwoiłem je i wtedy z Jamesem jeździłem w nocy, by dostarczać gazety. Chcieliśmy wybrać sobie dywan ze śmietników do garażu, bo Mark był na tyle uprzejmy, że pozwolił mi i Jamesowi mieszkać w jednym z pokoi w jego domu. Dave [Mustaine] przestał mieszkać w domu babci Cliffa. Przyjechaliśmy tutaj jakieś 6 miesięcy po przesłuchaniu. Sądzę, że gdzieś w połowie lutego i wtedy zaczęliśmy ciągle spotykać się w San Francisco.
Legendarny skład Hetfield/Ulrich/Mustaine/Burton trwał około 8 tygodni? Było dużo ludzi o osobowości „A” w tym składzie [osobowość A – osoby, które wydają się być bardzo konkurencyjne, dążą do celu, ale nie czerpią z tego radości]. Robiliśmy zdjęcia na podwórku przy Carlson i gdy je oglądasz to widzisz cztery psy, walczące o swój teren. Widzę to, kiedy oglądam te zdjęcia.

Zwykle było tak, że Cliff odbierał Dave’a [Mustaine] po drodze z El Cerrito do Castro Valley, wspólnie wychodzili i grali. Cliff wracał do domu, a ponieważ Dave nie miał samochodu, to podwoził go do domu. Spędzali wspólnie dużo czasu. Hetfield i ja nie byliśmy wielkimi fanami palenia trawki, ale Cliff i Dave tak. Nie wiem, czy to ich łączyło, ale z pewnością spędzali ze sobą czas, bo przesiadywali w samochodzie prawie cały czas.
Nie pamiętam, jak dobrze się dogadywali, bo te wszystkie wspomnienia są rozmazane. Nigdy nie zwalniasz na wystarczająco długo, żeby przemyśleć i przeanalizować tego rodzaju gówna. Po prostu to robisz, to jest odruchowe. Mam na myśli, że… Kurwa, ile lat wtedy miałem lat? 19 i po prostu to robiliśmy.
Ogólnie to Cliff był wyluzowany, łatwo nawiązywał kontakty z innymi. Przynajmniej w tym czasie. Był całkiem łagodny. Nie był konkretnym facetem w innych rzeczach. Wczuwał się w swoje sprawy. Miał spodnie dzwony i jeansową kurtkę, tego typu rzeczy. To nie było tak, że on siedział i próbował rozmawiać z nami o noszeniu przez niego dzwonów czy coś. To była po prostu jego sprawa.
Cliff studiował muzykę. Miał zupełnie inną wiedzę i o wiele szersze słownictwo muzyczne w porównaniu z Jamesem i mną. Był daleko przed nami. James jest obdarzony niesamowitą intuicją i ma naturalny talent. Nastawienie Mustaine’a było beztroskie. Miał zdolności i także – mówię to w najsłodszy możliwy sposób – pewien rodzaj arogancji w sobie. Nawet jeśli były rzeczy, których nie umiał zagrać to, i tak je grał, bo oszukiwał się, że potrafi. No i był też perkusista. Był trochę na przegranej pozycji, ale robił to najlepiej, jak potrafił. Oczywiście posiadanie Cliffa w zespole zwiększało nasze udziały we wszystkich kierunkach. Bez żadnych wątpliwości. Wszystkie pojęcia jak: melodia, harmonia, oktawa… Cliff był tym, który sprowadzał takie rzeczy do zespołu. Nikt nie wiedział, czym są oktawy, gdy pisaliśmy pierwsze rzeczy w 1982. On stworzył środkową część „Oriona” albo intro do „Fight Fire with Fire” i do „For Whom the Bell Tolls”.. Wszystkie były wstępnie złożone i zupełnie inne od tych, które pisaliśmy.
Kiedy nie podróżowaliśmy, Cliff wracał do swojej jaskini w East Bay. Miał tam swoją paczkę, a ja z Jamesem swoją. Cliff miał Jima Martina i Puffy’ego [Mike Bordin] i resztę ludzi z tego otoczenia. Miał swoje życie. Wciąż żył w domu, był pod skrzydłami rodziców itd. Jego korzenie były w East Bay. James i ja praktycznie nigdzie nie byliśmy zakorzenieni. Pływaliśmy od butelki wódki do butelki wódki, wiesz.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=qdlQyNe_9tE
Wszyscy chodzili do miejsca zwanego Maxwell, do domków. Strzelali z pistoletów, polowali i pili piwo i takie tam. To było coś innego rodzaju, nie było w moim typie. Wychodzili, strzelali, pili piwo, siedzieli i wiesz, gadali o gównianych sprawach. To była dobra zabawa, ale w ograniczonej ilości. Myślę, że polowali na kaczki i rzeczy takie jak ta, dla Duńczyka, dorastającego w świecie sztuki było obce.
Cliff pochodził z zupełnie innego miejsca. Hetfield i ja umieliśmy się przystosować. Mieliśmy coś w rodzaju obsesji na punkcie Motorhead, Diamond Head, obcisłe jeansy i paski z nabojami. Kiedy byliśmy na ulicy to jakby imitowaliśmy naszych idoli z metalowego świata, a Cliff wyglądał na kogoś z zupełnie innego miejsca. Jego wpływy były ogromne.
Cliff potrafił siedzieć i mówić o zespołach jak Lynyrd Skynyrd, Peter Gabriel, Yes, Misfits, Tom Waits, ZZ Top, Simon and Garfunkel i Slayer. Wszędzie było go pełno. Siedział i opowiadał o muzyce klasycznej i bluesie. Jedyną rzeczą, o której nigdy nie mówił, był jazz. Nie dlatego, że go nie lubił, ale po prostu nigdy nie opowiadał o Charliem Parkerze, ale na pewno mówił o bluesie i muzyce folkowej. Słuchał The Byrds, pierdolonych the Byrds! Nie wiedziałem, kim kurwa oni byli. Znałem ZZ Top jako dziwny zespół z radia, no wiesz, „La Grange”. Nie znałem Tres Hombres czy Rio Grande Mud i tego typu gówna. Jego zasięg był naprawdę duży.
Jadł inaczej niż my, wyglądał inaczej niż my i pił inaczej niż my. Nie wiem, czy gonił za innymi dziewczynami; muszę o tym pomyśleć. Nie było ich na tyle, żeby przejść obok. Wszyscy mieliśmy po 19 lat i mieliśmy szalony, błędny wzrok, a on był spokojniejszy. Siedział, palił zioło i pił, a my byliśmy bardziej głupi, tak sądzę.
Jednym z ulubionych wspomnień są te, jak byliśmy sami. Czasami wszyscy udawaliśmy kogoś innego, gadaliśmy o jakichś głupotach, a on był łagodną duszą. Były czasy, kiedy było bardzo cicho i łagodnie. Myślę, że to są moje ulubione wspomnienia, ale miał też szaloną stronę. Siedzenie na scenie i patrzenie jak po niej się kręci. Pamiętam wyraz jego twarzy i poczucie tęsknoty.
Graliśmy w dwóch miejscach – były zresztą blisko siebie – gdy graliśmy pierwszy Day on the Green w 1985 ze Scorpions… Cliff dorastał na koncertach festiwali Day on the Green, więc dla niego bycie na scenie w Oakland przed 50 tys. ludźmi, przed całą rodziną i jego paczką, było wielką rzeczą. Było poczucie dumy i spełnienia. Nie wiem, czy cały koncert został sfilmowany, ale możesz zobaczyć w nagraniu, że tak właśnie się czuł.
Inny koncert to pierwsze Donnigton, jakiś miesiąc wcześniej z ZZ Top i Bon Jovi. Totalna głupota. Pierdolone latające butelki z sikami, była też jedna głowa świni wrzucona na scenę. To był kompletny chaos, prawie anarchia. Myślę, że Cliff w pewien sposób czuł się jak w domu przez tego rodzaju warunki, gdzie rzeczy były zwariowane i kurwa poza kontrolą. To są dobre wspomnienia.
Zaczęliśmy trochę oddalać się w 1986. Nie wracałem często do San Francisco. Większość powrotów była na trasie Master of Puppets. Wolałem zostać w Europie albo Nowym Jorku. Pomiędzy zakończeniem trasy z Ozzym i zaczęciem europejskiej, cały czas spędzałem właśnie w Nowym Jorku, nie wracałem w ogóle do San Francisco.
Oddalałem się od niego tylko dlatego, że często go nie widywałem. Poznawałem ludzi w Europie i zacząłem się spotykać z innymi ludźmi. Nie byliśmy szczególnie blisko podczas pierwszej części europejskiej trasy.
Poleciałem prosto do Skandynawii i spędziłem trochę czasu w domu. Pierwszą noc, której przebywałem w całości z Cliffem była faktycznie noc wypadku. To był pierwszy raz, kiedy nawiązaliśmy kontakt po sześciomiesięcznej przerwie. Chyba wszyscy poszli już spać, a ja z Cliffem siedzieliśmy i rozmawialiśmy przez chwilę. Byliśmy tylko we dwójkę i było bardzo spokojnie, jak zawsze kiedy byliśmy sami. To jedno z moich najlepszych wspomnień.