Częścią limitowanego zestawu Fan Can 6 są wywiady przeprowadzone z członkami Metalliki w Kopenhadze w 2009 roku. Po wywiadzie z Kirkiem, a przed rozmowami z Larsem i Jamesem, zapraszamy do zapoznania się z nagraniem oraz pełnym tłumaczeniem tego, co do przekazania miał Robert Trujillo.
[w nawiązaniu do tego, że koncerty w Kopenhadze były nagrywane przez fanów, wyłonionych w metclubowym konkursie – materiał trafił na dwa DVD stanowiące główną część zestawu – oczywiście dostaniecie to u nas na dniach – red.] Ostatniej nocy naprawdę dobrze było patrzeć, jak nagrywają nas hardkorowi fani. Takie coś podkręca cię, bo chcesz pokazać nagrywającym cię fanom, jak bardzo wczuwasz się wykonując dany utwór Metalliki, podczas gdy oni cię filmują. Trochę mocniej to wtedy odczuwamy, niż gdyby kręcił nas ktoś, kto zwyczajnie wykonuje w ten sposób swoją pracę. Jednocześnie czujesz też energię osoby, która filmuje, dzięki czemu zdaje się, że gramy trochę lepiej, intensywniej. Nie, żebyśmy bez tego nie starali się, ale gdy się zabrnie tak daleko w trasę, to możemy odnajdywać inspirację dzięki takim rzeczom. Uważam, że to może okazać się najlepszym materiałem koncertowym, który Metallica obejrzała od bardzo dawna, właśnie dzięki współpracy z fanami. Sądzę, że wykonaliśmy razem z wami całkiem solidną robotę, a kolejne wieczory powinny być równie wspaniałe.
Gdy grałeś z Ozzym, nie musiałeś udzielać tak wielu wywiadów. Jak sobie radzisz z tym teraz? Jak to jest?
Wstąpienie w świat Metalliki to przejście w ekstremum, w którym ma się dużo odpowiedzialności, w tym pewnie więcej kontaktów z prasą, niż w przypadku praktycznie wszystkich innych zespołów. Jedną z cech Metalliki jest to, że naprawdę zależy nam, by zadbać o fanów, zadbać również o prasę, pokazać ludziom, że naprawdę nam zależy. Dlatego mamy też jeden z najlepszych… najlepszy fanklub na świecie – właśnie dzięki temu, że troszczymy się o fanów. To wymaga od nas dużo pracy, ale warto.
Widziałem cię dzisiaj na scenie, zanim jeszcze wpuszczono publikę, gdy przez jakieś pół godziny ćwiczyliście materiał. Czy trudno jest, czy wymaga od ciebie dużego wysiłku utrzymywanie tempa z resztą chłopaków?
Przede wszystkim to bardzo rzadka okazja, że gramy – tu w Kopenhadze – pięć koncertów pod rząd, stąd też rzadko zdarza się, że cały nasz sprzęt regulujemy na taką liczbę występów. Szczerze mówiąc, to w przypadku niektórych basów mieliśmy problem z ustawieniem dobrego dźwięku, więc dziś mieliśmy okazję spotkać się z Big Mickiem i ustalić, jak można poprawić brzmienie. Podbicie środka, redukcja niskich tonów. Gdy grasz dwie godziny i tak jak ja korzystasz z piętnastu różnych instrumentów, przy czasem ponad osiemnastu kawałkach w setliście, jedne instrumenty nie wytrzymują tyle, co inne. To naprawdę unikalna okazja, że gramy tyle koncertów naraz, dzięki czemu lepiej ustawiamy sobie brzmienie. Zazwyczaj jest tak, że wpadam kilka godzin przed występem, robię prasówkę, ale dziś było wporzo, przyniosło to dobre efekty.
Czy są jeszcze inne plusy i minusy przebywania w tym samym miejscu przez kilka dni?
Jedną z zalet jest to, że to ulubione miejsce Larsa, jakby to powiedzieć… jest tu na własnych śmieciach. To szczególne miejsce dla niego, ale też dla zespołu, bo duża część tego, czym jest Metallica, pochodzi właśnie z Danii. Nawet nie tylko z Danii, ale też ze Skandynawii, wiele inspiracji zrodziło się na tej ziemi, czy też w umyśle Larsa. Zawsze wyjątkowo jest grać w miejscu, które ma swoją historię, czy to zespół nagrywał tutaj, spędził dużo czasu, któryś z nas się tu urodził, albo jak Los Angeles w moim przypadku jest ważne, bo stamtąd pochodzę, czy dla Metalliki, bo jak wiemy tam James i Lars spotkali się, również Dave Mustaine, który pomógł stworzyć wczesne etapy zespołu, „Kill’em All”, „Ride the Lightning”, a potem nagła zmiana, Bay Area, zapoznanie się z Cliffem, i oczywiście Kirk. Dlatego też dla mnie Kopenhaga jest jednym z tych ważnych miejsc, a granie tutaj to zaszczyt.
Regularnie zmieniacie setlistę. Czy podczas tych pięciu koncertów usłyszymy coś wyjątkowego?
Jak wiesz, jak wszyscy wiedzą, Lars jest pomysłodawcą wielu rzeczy, które robimy, przynajmniej daje pomysły na to, co powinniśmy zrobić. Miałem kilka pomysłów na tych pięć koncertów, podzieliłem się nimi z zespołem, cieszę się, że o wszystkich rozmawialiśmy i że niektóre zostaną wcielone. Czasami życzenia mogą się spełnić. Wciąż próbuję namówić chłopaków na zagranie „The Frayed Ends of Sanity”, ale to może trochę potrwać i nie sądzę, byś miał to usłyszeć tutaj.
A jak się czujesz 'technicznie’ gdy Lars proponuje, by zagrać „Phantom Lord”?
Czuję się dobrze już teraz. Pięć lat temu, cztery lata temu, powiedziałbym, „o choroba..„. Gdy dołączyłem do zespołu to przerażało mnie, bo musiałem nauczyć się wszystkich kompozycji z „St. Anger”, a to był materiał, którego zespół wcześniej nie grał normalnie, tylko od razu rejestrował na taśmę. To było wyzwanie dla mnie, a potem jeszcze musiałem opanować starsze utwory, które obejmowały dobrze ponad dwie dekady. W tamtym czasie niezbyt mieszali przy muzyce z „Kill’em All”, aż któregoś razu graliśmy jeden z występów w Fillmore, a jeden z chłopaków rzucił hasło, by zagrać „Phantom Lord”. Nie spodobało mi się to, bo nie było tego kawałka na liście, którą od nich otrzymałem. Miałem listę A, listę B, listę C – pytałem jednego z nich, których kawałków mam się uczyć, a ten odpowiadał, „Tego nie zagramy, tamtego nie zagramy, tego też nie„. Pytałem drugiego, a on: „Wiesz, być może to zagramy„. Każdy z nich był innego zdania odnośnie setlisty, nigdy nie było pełnej zgodności. Rezultat był taki, że często grałem piosenki, których się nie spodziewałem. Tamte występy w Fillmore były więc prawdziwymi próbami.
Jak może wiadomo lub nie, gdy Metallica ma coraz więcej na głowie, to kwestia grania prób staje się trochę mniej istotna, niż większość by się spodziewała, po raz kolejny właśnie przez inne sprawy, takie jak prasa, wiesz, o wszystko trzeba zadbać, więc czas przeznaczony na prób jest wtedy skracany. Jednak teraz, gdy już gramy ze sobą tak długo, gdy mamy za sobą ogrywanie całego „Master of Puppets”, większości „Kill’em All” i „Ride the Lightning”, jesteśmy w znacznie lepszej formie, stąd też niestraszne mi jest granie czegokolwiek z repertuaru. Doprowadziłem do tego, że regularnie grają „Dyers Eve”, gramy takie numery, jak „My Apocalypse”, a to jest duża frajda. Mam nadzieję, że ruszymy więcej nieaktywnego materiału – kocham kawałki takie, jak „Orion”, „The Call of Ktulu”, więc zobaczymy.
Jak nauczyłeś się tych utworów? Korzystałeś z tabulatur, przesłuchiwałeś płyty?
Wszystko. Gdy dołączyłem do zespołu, dostałem książki, co jest zabawne, bo miał je zarówno Kirk, jak i James, wiesz, chodziło o utwory, których nie grali od bardzo dawna. „Jaki to był dźwięk? A-moll? A?” Stąd właśnie nuty zapisane w książkach stanowią czasem odpowiedź, a ja korzystałem ze wszystkiego. Bywa nawet, że przy aranżowaniu utworu na żywo, zespół musi odnieść się do – powiedzmy – 1986 roku. Ja jako jedyny w zespole mam wszystko na CD, np. prawie wszystkie koncerty, jakie zagraliśmy, a przynajmniej te, które dobrze brzmiały, dzięki czemu zawsze wiem, jak dany utwór będziemy grać. Bierze się to z tego, że pewne utwory poddajemy zmianom, tak jak „Trapped Under Ice” przez długi czas graliśmy w pełnej aranżacji, a obecnie gramy to w lekko zmienionej formie. Gdy chcę nauczyć się jakiegoś kawałka, posiadam wszystkie niezbędne informacje, dzięki czemu mniej czasu zabieram Jamesowi, nie musi mi pokazywać każdego dźwięku – to raczej ja mu pokazuję. Wszystko więc wyrównuje się, gramy teraz lepiej.
Więc w tej chwili wszystko już jest w porządku jeśli chodzi o nastrój?
Taa, wszyscy są w dobrym humorze, bo dbamy nie tylko o sprawy muzyczne, ale i rodzinne. Wczoraj mój syn miał urodziny, więc wpadła rodzina Hetfieldów, była też część ekipy technicznej, zjedliśmy razem lunch…
Czy twój syn też oberwał ciastem?
Całe szczęście – nie. [śmiech] To zabawne, bo jeden z ludzi z ekipy ostatnio dostał ciastem. Zobaczyłem ich wszystkich i myślę, „Nie, oni nie zrobią tego mojemu dziecku!”. On ma dopiero 4 lata, więc może za rok.
Jakie są plany po zakończeniu trasy?
Już pracujemy nad pomysłami na nowy materiał, mamy nasz Tuning Room, więc zawsze jest możliwość jammowania. Hetfield jest pełną pomysłów maszyną do riffów. Wystarczy, że podkręci głośność i już pojawia się nowa zagrywka. Wszyscy pracujemy nad własną twórczą stroną, dzięki czemu nigdy nie brakuje nowych pomysłów.
Chciałbym podziękować za umożliwienie realizacji tego, za możliwość nagrywania was. To życiowa szansa dla każdego z nas.
Naprawdę doceniamy naszych fanów, nasz fan klub i to, jak nas wspieracie, bo możemy to odwzajemniać. Wciąż, po tylu latach i tylu etapach, istnieje zapotrzebowanie na Metallikę, więc zaszczytem jest mieć taką bazę fanów – troskliwych o nas – co dodaje nam motywacji do tworzenia nowej muzyki. W ciągu ostatniego roku wydaje się, jakbyśmy wybuchli w wielu kierunkach. Dzieje się dużo, więc z ekscytacją kontynuujemy tę podróż. Osobiście czuję, że „Death Magnetic” jest punktem odbicia w kierunku wielu nowych rzeczy. Przyszłość szykuje dużo dobrego, więc będziemy z wami kolejne kilka lat.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=TJqgYOv2Dos
