Najnowszy numer kwartalnika So What! wydawanego tylko i wyłącznie na potrzeby MetClubu jest numerem specjalnym poświęconym osobie ś.p. Cliffa Burtona i zawiera przede wszystkim wspomnienia autorstwa Jamesa, Larsa, Kirka i Roba, pełne nieznanych i przeważnie zabawnych historii o nieodżałowanym basiście, jak też długą i wzruszającą rozmowę z jego ojcem, Rayem. Poniżej przedostatnie już tłumaczenie z tego wyjątkowego wydania So What! – wywiad z Robem Trujillo.

Spośród wszystkich relacji łączących członków zespołu, ta między Robem Trujillo a Cliffem Burtonem jest najbardziej szczególna. Ci dwaj nigdy się nie poznali, a mimo to dziś Trujillo i Burtona łączy prawdopodobnie najbardziej zażyła więź. Kiedykolwiek Metallica wkracza na scenę, to Rob zagłębia się, chłonie i interpretuje jedne z najwspanialszych dzieł napisanych i zagranych przez Cliffa. A to wymaga ciągłego analizowania najgłębszych myśli muzycznych tego człowieka. Dlatego, jeśli zgadzamy się, że kompozycja jest często najszczerszą, najbardziej osobistą częścią duszy muzyka, to Rob Trujillo był tak blisko z Cliffem, jak tylko można być. Kiedy usiedliśmy w studiu HQ przed koncertami festiwalu Soundwave, podobieństwa pomiędzy tą dwójką zaczęły zalewać mój umysł z taką samą siłą jak dziesięć lat temu, kiedy Rob dołączył do Metalliki.
SC: Opowiedz, co wiedziałeś o Cliffie, zanim dołączyłeś do Metalliki.
RT: Cóż, słowo rozprzestrzenia się szybko wśród społeczności rock ‘n’ rollowej w Południowej Kalifornii i Cliff stał się przedmiotem zainteresowania w świecie basistów. Wiesz, wielu ludzi mówiło o tym niesamowitym basiście w Bay Area, który był w tym metalowym zespole Metallica, i który był inny. Z nim działo się coś innego. Nie widziałem, jak Metallica grała we wczesnych latach osiemdziesiątych – przechodziłem wtedy okres zainteresowania nurtem jazz fusion oraz funkiem i R&B – ale nadawałem wtedy na tych samych falach co Suicidal Tendencies i odnajdowałem się w punkowych rzeczach. A Cliff zaliczał się do tych punkowych rzeczy, co było naprawdę fajne i jednocześnie bardzo niecodziennie. Zazwyczaj punkowcy są antymetalowi, a myślę, że na ogół metale próbują jakby przejmować inne style. Więc Cliff już przekraczał granice, kiedy był jedynie słowem na ulicy tak hałasującej o jego wielkości. Łamał już bariery tego, który styl był którym, i był wcześnie doceniany przez muzyków wszystkich gatunków.
Mike Bordin powiedział mi wczoraj, że widział w latach siedemdziesiątych J. Geils Band z Cliffem, co jest dość niesamowite.
I ja też widziałem J. Geils Band. W 1980 roku.
SC: Od razu o tym pomyślałem.
Powiem ci coś szalonego, grał z nimi Prince! A więc proszę bardzo. Wówczas było mniej „zasad” dotyczących tego, czego powinno się słuchać. I to właśnie wiele mówi o Cliffie i o tym, co ogólnie warunkowało jego nastawienie do muzyki.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=BqDjMZKf-wg
Poznałeś go bezpośrednio przez pryzmat jego dokonań muzycznych i tego, co napisał. Opisz osobę, którą znasz dzięki stworzonym przez nią dziełom.
To bardzo interesujące, ponieważ w niektórych sytuacjach czujesz się połączony z różnymi osobami, nawet jeśli nigdy ich nie spotkałeś. I to jest jedna z tych sytuacji, a jest ona w dużej mierze zbiegiem okoliczności, ponieważ naturalnie ja i Cliff mamy jednego wspólnego przyjaciela (w wielu kontekstach), którym jest Mike Bordin. I to nie dlatego, że Mike Bordin był najlepszym przyjacielem Cliffa, więc dlatego ja musiałem zostać najlepszym przyjacielem Mike’a, a skończyłem w Metallice jako basista. Nawiązaliśmy przyjaźń, kiedy zaczęliśmy granie w zespole Ozzy’ego Osbourne’a i od tamtej pory zacieśnialiśmy więzi. A później przypadkiem wywiązuje się ta sytuacja z przesłuchaniem do Metalliki, potem zaczęła pojawiać się więź z Cliffem, co było dla mnie bardzo ciekawe, a Mike opowiada mi te niesamowite historie o ich przyjaźni. I to właśnie prawdopodobnie mniej więcej w czasie, kiedy zaczęliśmy pracować nad albumem Death Magnetic i nagrywać go, zacząłem badać, co uwarunkowało grę Cliffa. Myślę, że byłem wcześniej tak przytłoczony i pochłonięty nauką kawałków z St. Anger i pozostałego materiału, oczywiście począwszy od Kill ‘Em All i wczesne rzeczy aż po Load i Reload. Więc była to ogromna ilość pracy. Narodziło się wtedy dużo dzieci. Więc nie mogłem wtedy skupić się na Cliffie jako takim, ale mogłem pięć lat temu i zacząłem. Zacząłem słuchać i rozgryzać to, co robił jako basista i wtedy jakby nagle pojawiło się to „zrozumienie”… to było niemalże, na swój dziwny sposób, jak jego obecność w Metallice na tym etapie.
To samo zaczęło się dziać około spotkania z okazji dwudziestej rocznicy Master of Puppets. Byliśmy z tym albumem w trasie po Europie, musieliśmy naprawdę nim przesiąknąć i wiem, że dla Larsa, Jamesa i Kirka było to w pewnym sensie spotkanie z przeszłością. I duża część z tego postawiła poprzeczkę standardu, jaki chcieliśmy osiągnąć na Death Magnetic. I oczywiście kiedy rozbierasz na części Master of Puppets, powstanie więź między tobą, a drugim muzykiem. Poczujesz więź z tymi partiami i za jakiś czas to poprowadzi dalej do wcześniejszych rzeczy jak Ride the Lightning i rozgryzania Kill ‘Em All. Więc zacząłem naprawdę go rozumieć przez pryzmat tego, kim był jako muzyk, nie tylko basista, ale muzyk ogólnie i tego, co wniósł do tego instrumentu. Tego jak bardzo było to niewiarygodne i wyjątkowe.
Czy myślisz, że byłbyś w stanie odnieść się do tego tak wszechstronnie, gdybyś, powiedzmy, grał kostką? Czy myślisz, że fakt, że obaj gracie palcami, i że obaj macie tak płynne brzmienie, ułatwiło ci zrozumienie języka, którym on mówił?
Tak, zdecydowanie istnieje między nami połączenie w tym aspekcie jeśli chodzi o technikę, a ponadto Cliff grał ciężko! I myślę, że ja również gram dość ciężko, co oznacza, że oddajemy brzmienie danej nuty, a czasami naprawdę próbujemy nadać jej trochę siły i mocy, kiedy uderzamy w strunę. W każdej nucie jest troszkę tej energii…
httpvh://youtu.be/N1q0zLaXUuE?t=9m45s
Ale on był nieustraszonym kompozytorem, nieustraszonym basistą, a ty także jesteś nieustraszony.
Cliff miał takiego samego pazura i nastawienie, jak ktoś taki, jak Jaco Pastorius, i jest to tutaj niewiarygodne stwierdzenie. Umieścić Cliffa w lidze razem z waszymi Jaco Pastoriousami i Stanleyami Clarke’ami. To goście, którzy grali w innych gatunkach muzycznych, ale w końcu to pazur i nastawienie są szczególną ligą, do której warto należeć. Pazur i nastawienie są dla mnie wszystkim i próbuję wcielić to w moją egzystencję, nieważne, czy w surfowaniu czy jeździe na desce, oczywiście z moim instrumentem, w snowboardingu, i tak dalej. Więc to dość szerokie. Lubię to, żyję tym, a Cliff to miał. Wprowadzał siły z bardziej soulowego, funkowego gatunku. Duża część z tego pochodziła, myślę, z zespołów z południa, jak Lynyrd Skynyrd. Dla mnie Lynyrd Skynyrd to czysty soul. Jest w tym dużo naprawdę świetnego funkowego rock ‘n’ rolla, który płynie prosto z serca, a Cliff naprawdę to rozumiał. Ale jednocześnie wyczuwasz w nim duszę punkowca. Czujesz Misfits i energię Misfits i całą ich postawę. Więc miał ten niezaprzeczalny wigor w swoim galopie.
Jednocześnie jest też ta pojawiająca się ciężka klasyczna inspiracja. Można by tu dyskutować, ale to mogła być jego pierwsza miłość, ponieważ jest to wyznanie, które jest często obecne w jego kompozycjach. Kiedy Cliff coś przypieczętowuje, nieważne czy jest to „Orion” czy intro do „Fight Fire…” – „(Anesthesia) Pulling Teeth” jest klasycznym dziełem, z tym niebezpiecznym, nieczystym pazurem i postawą. I to jest piękne, ponieważ jest to kompozycja, która ma dusze i energię, która jest wciąż na luzie. To jest genialne, że ten gość potrafił wejść do kapeli heavy metalowej i powiedzieć „Będziemy robić to i to, a ja to przypieczętuję”. Zwłaszcza na pierwszym albumie! Kiedy o tym pomyślisz, to jest to przełomowe. Żeby odnaleźć się w sytuacji i mówić w imieniu swojego instrumentu, i mieć aż taki wpływ. Nikt tego tak naprawdę nie zrobił w tym gatunku. Cliff czerpał z różnych źródeł, ponieważ fascynowały go inne źródła i wnosił je do Metalliki, a zarazem mam wrażenie, że uczył Metallikę i miał w sobie coś tak potężnego muzycznie, że musieli to przyjąć.
Cóż, dla niego przenieśli się na północ (do San Francisco – przyp. tłum.).
Tak, więc właśnie tam, wobec tego, co zostało powiedziane, należy się szacunek gościowi, który potrafi być taką siłą i robić takie wrażenie na wszystkich frontach w zespole takim jak Metallica. Les Claypool (basista/szycha Primusa – red.) powiedział mi kilka razy, że ciekawie jest zastanawiać się, co Cliff obecnie by robił w muzyce. Nie mówię, że tylko w Metallice, ale ogólnie w muzyce. Np. co by jeszcze wyraził? Ja to odlatuję, bo ile lat miał Cliff, kiedy zmarł?
24.
A więc miał dwadzieścia kilka lat i wyraża takie rzeczy. Mogę sobie tylko wyobrazić, co robiłby później. Wyprzedzał swoje czasy.

A więc pozwól, że cię spytam, czy dzielicie jakieś techniki? Wydaje mi się, że tak.
Oczywiście zapożyczam sobie to, co myślę, że tworzył.
Ale wydaje mi się, że i tak dobrze się zgrywacie.
Kiedy gram, robię pewne rzeczy myśląc sobie „Tak właśnie Cliff mógłby do tego podejść”. Ale wciąż są różnice. Np. Cliff galopował dwoma palcami. Teraz, jak wiesz, mamy w zwyczaju podkręcać na żywo niektóre rzeczy o kilka stopni. Obecnie, aby utrzymać pewien poziom szybkości na żywo, musisz używać trzech palców, ponieważ przyspieszamy. Teraz zakładam, że Cliff grał na żywo dwoma palcami w tej turbo prędkości Metalliki na żywo. To jest dla mnie imponujące! To bardzo ciężkie do wykonania! Mieć wytrzymałość, by grać niektóre kawałki Metalliki na takim poziomie, jest dużym wyzwaniem. Myślę, że częścią przeżyć związanych z tworzeniem Death Magnetic i współpracą nad jego muzyką i później mówienie sobie „Musisz zagrać to na żywo” było dla mnie czymś w rodzaju: „Jak ty to zrobisz?”. Ponieważ Death Magnetic jest wyzwaniem, naprawdę. Dużo się dzieje w tej muzyce i są momenty, kiedy jest dość niepohamowana. I musiałem patrzeć bezpośrednio na Cliffa i jego technikę w poszukiwaniu rady, można tak powiedzieć, czego nie robiłem wcześniej.
Naprawdę? Wow, to ciekawe.
A więc tak, Cliff był prawdopodobnie moją największą inspiracją na Death Magnetic. Możnaby powiedzieć, że to właśnie wtedy zacząłem analizować to, co on robił, od strony technicznej i kombinując „Cóż, jak mogę wykonać ten materiał?”. Zwłaszcza na scenie. Np. zacząłem częściej używać mojego palca serdecznego i, o ile mi wiadomo, Cliff także często przy tym używał swojego palca serdecznego. Ale z drugiej strony, Cliff mógł robić coś nieco innego niż ja, a niektóre rzeczy możemy robić tak samo, ale faktem jest, że ja to ja i potrafię grać tak, jak gram.
Czy myślisz, że zespół oczekiwał energii „z palców” od swojego przyszłego basisty w 2003 roku? (Rob ostatnio świętował dziesięciolecie w zespole – red.)
Kiedy dołączyłem, nie wiedziałem dokładnie, czego by zespół chciał ode mnie w odniesieniu do mojej techniki i stylu. Więc wniosłem jedno i drugie. Część utworów grałem kostką, ale, oczywiście, palce są czymś w rodzaju mojego ciepłego kącika. Jednak próbowałem grać niektóre rzeczy kostką tu i tam, i pamiętam, jak James raz powiedział (przygotowywaliśmy materiał na Death Magnetic), „Tak, zauważyłem, że grałeś kostką w tej piosence. To fajnie, ale wiesz, wolę palce. Po prostu lepiej to brzmi”. I kiedy to powiedział, pomyślałem sobie: „OK, zrozumiano”. A więc było to już ustalone. Do grania tego, co było na Death Magnetic, palce były najlepszym rozwiązaniem. Myślę, że może przy Czarnym Albumie to kostka była najlepszym rozwiązaniem. A to niesamowity krążek. To zależy od tego, co jest najlepsze w danej piosence. Wyzwaniem dla mnie czasami jest: „zmierzmy się z tym”. Niech brzmienie płynie z palców. Nie zawsze jest to najprostsze do wykonania, ale kiedy już to wymyślisz i sformułujesz, jest świetne. To jak pokonywanie fali, czy coś. Wychodzisz i stajesz w szranki z naturą. To bardzo naturalna rzecz, twoje palce.
A więc kiedy otrzymałeś ten komentarz od Jamesa, myślisz, że zespół tęsknił za tym klimatem w brzmieniu?
Myślę, że wówczas byli otwarci na kostkujących basistów, ponieważ część przesłuchiwanych przez nich basistów grała kostką. Zazwyczaj ci, którzy grają palcami, umieją grać kostką. Oczywiście są też kostkujący muzycy, którzy są absolutnie fenomenalni.
Tak, ale ostatecznie…
…zazwyczaj trochę łatwiej będzie basiście grającemu palcami grać również kostką. Kostkujący muzycy na ogół, jeśli będą brali na warsztat coś szybkiego, będą grali to swoją kostką. Nie będą pieprzyć się za bardzo z palcami. Więc myślę, że zespół był otwarty na cokolwiek, ponieważ przesłuchiwał basistów kostkujących, ale tak jak powiedziałeś, to był klimat. To był określony rodzaj energii, która się z nimi łączyła od razu. Na zasadzie „O, tak. Fajnie. To brzmi dobrze”. A z tym zespołem, przez to, że jest dużo – używam określenia „galop”, ponieważ tak to nazywamy – jest dużo galopu w Metallice, może być on tak szybki, jak tylko potrzebujesz, aby był. Jest w tym też dużo energii i to jest cecha charakterystyczna, która bezpośrednio dotyczy tej kapeli. Wykracza poza galop, jak np. ten od Iron Maiden, które rzeczywiście dużo galopuje, ale w Metallice to jest kilka stopni wyżej. Dzieją się jakieś rytmicznie dziwne rzeczy, i oczywiście za to wszystko odpowiada James. Zawsze powtarzam, że James jest tam najbardziej funkowo-rockowym gitarzystą. Czuje rytm. Ta prawa ręka ma taki groove.
On naprawdę cieszy się z basisty, który go gdzieś może poprowadzić. Myślę, że lubił grać z Cliffem, ponieważ on prowadził go w miejsca, które mógł dokładnie badać. Kiedy myślisz o potencjalnych podobieństwach pomiędzy sobą i Cliffem, to należy powrócić do twojego zakresu inspiracji, prawda?
Tak naprawdę nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Oczywiście istnieje pewien zakres inspiracji. Dorastałem tańcząc z mamą do utworów Jamesa Browna i słuchając dużo stylu Motown, a to był oczywiście rodzaj muzyki, który był kontrolowany przez sekcję rytmiczną. Muzyka Motown bezpośrednio na mnie wpłynęła, czy chciałem tego, czy nie. Muzyka Motwon wpłynęła na takie zespoły jak Led Zeppelin. I są oczywiście takie zespoły, jak Black Sabbath i, naturalnie, Jack Bruce i Cream. Jeśli chodzi o mnie i moje inspiracje, to tak naprawdę miały one swoje źródło w sekcjach rytmicznych tych zespołów oraz w przełomie lat 60. i 70. To jak sztuka, jak kulinaria, wszystko to jest fuzją czegoś. A więc to, co masz, bierzesz po części stąd i stąd, i stamtąd, i to właśnie robiłem. I według mnie oczywiście robił to Cliff. Bardzo mi się to podoba. Dlatego zawsze mówię młodym muzykom, aby nie ograniczali się do tego, czego słuchają. Poszerzaj horyzonty, przyjmuj to wszystko, ponieważ to ekscytujące i wspaniałe. To właśnie to, co łączy mnie i Cliffa. I to jest też jedna z zajebistych rzeczy w tym zespole. Wszyscy mamy podobne inspiracje, ale jednocześnie mamy inne inspiracje. Ja i Kirk moglibyśmy usiąść i gadać o kapelach funkowych z East Bay. I on zacząłby grać funka w stylu Sly & the Family Stone, czy Tower of Power. To nas łączy, jednak on jednocześnie zacząłby gadać z Jamesem i Larsem o Budgie czy rzeczach z New Wave of British Heavy Metal.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=U5vJ-cW8h9U
Jeśli chodzi o ten zespół, może być tak, że istnieją tam takie szerokie horyzonty dzięki temu, co wcześniej zdziałał Cliff.
Tak myślę. Myślę, że Cliff wniósł bardzo dużo inspiracji do tego zespołu i otworzył mu oczy. To oczywiste, ponieważ miał natychmiastowo taki ogromny wpływ. Tak jak powiedziałeś, sprawił, że ci kolesie przeprowadzili się na północ. I wniósł takie basowe i melodyjne solówki, jak w „Orion”. To coś wielkiego. Któż robi coś takiego?
Jak to jest uczyć się tych rzeczy? Czy jest to takie szalone i odjechane, jak brzmi?
To wyzwanie, ponieważ jest tak prosto z serca. W tym wszystkim jest tyle serca i duszy. W pewien sposób chciałbym powiedzieć, że jest to tak, jak wtedy, gdy muzyk bluesowy gra solo i podciąga tę nutę, a ona płacze. Cliff to robi. Cliff nadaje wartość emocjonalną każdemu melodyjnemu wyznaniu. Jest w tym dużo więcej tego, co pochodzi z serca, więc kiedy podciąga strunę, naprawdę ją czujesz. On zrobił krok dalej. Moim zdaniem duża część tego pochodzi od bluesmanów i tłumaczona jest na rocka. Tak jak Jimmy Page – kiedy podciąga strunę w „Since I’ve Been Loving You”, czujesz ją. To samo z Cliffem, on robi tak samo. To stawia wysoko poprzeczkę i przenosi mnie zupełnie gdzie indziej.
Czy słyszysz w tym graniu matematykę? Tak bardzo, jak był swobodny, mógłby być też bardzo techniczny, podobny do tych wszystkich matematycznych muzyków.
Cóż, dla mnie matematyka jest bardziej klasycznym wpływem. Słyszę charakterystyczny element klasyczny w jego grze, ale z kolei to, co jego atak i technika mi przekazują, to pazur punkowca w najczystszej postaci.
A więc wziął ze wszystkiego to, co najlepsze i sprawił, że działało tak, jak on tego chciał.
I wtedy, gdy podciąga nutę w swoim melodyjnym wyznaniu, mam wrażenie, że stoi za tym bluesman lub ktoś krzyczący na ciebie przepełniony gniewem, mocą i żądzą zemsty. To wszystko można znaleźć w jego muzyce. Masz to wszystko w „(Anesthesia) Pulling Teeth” i „Orionie”. Jestem pewien, że Kirk ci powie, że miał już solówkę do „Oriona”. Następnego dnia już jej nie było, a pojawiło się basowe solo Cliffa. Uwielbiam to. Myślę, że to takie zajebiste. I on tworzy warstwami, tutaj jest harmonia, a tam przełamanie w środku tego przyjemnego, pięknego, czystego basowego schematu, to takie dynamiczne. A potem nagle ni z tego ni z owego masz ten melodyjny moment, kiedy wyraża siebie, gdzie właściwie odebrał Kirkowi jego solo. Według mnie jest to instrumentalnie świetnie rozpisane i bardzo dynamiczne. To jest to na pewno jedno z bardziej wyjątkowych wyznań muzycznych Cliffa w tym zespole.

Od czasu kiedy dołączyłeś, do teraz, czyli w ciągu tych dziesięciu lat, ile razy usiedliście i porozmawialiście o nim? Czy zauważyłeś, powiedzmy, od 2007, znaczne zwiększenie swobody ludzi w mówieniu o nim? Nie z twojej perspektywy, a z ich perspektywy?
To interesująca rzecz, ponieważ w ostatnich latach zdecydowanie było więcej rozmów i dzielonych wspomnień związanych z Cliffem. To musi być bardzo trudna, bolesna rozmowa, wnikanie w to i pogodzenie się z tym. Wiele rzeczy wydarzyło się w ostatnich latach, które pozwoliły chłopakom bardziej otworzyć się na sprawy dotyczące Cliffa i dzielić się wyjątkowymi chwilami i wspomnieniami, w pozytywny sposób, i pogodzić się z nimi. Wracając do dwudziestej rocznicy Master of Puppets – to było coś w rodzaju pierwszego kroku, a trzydziesta rocznica w Fillmore pokazała, że był to kolejny krok…
Mówisz o rocznicy Master of Puppets, ale jedna rzecz rzuca mi się w oczy – kiedy zwołaliśmy ten okrągły stół w związku z Master of Puppets, nikt nie czuł się zbyt swobodnie mówiąc o roli Cliffa na tym albumie. Nikt nie chciał w to wnikać, natomiast gdybyśmy mieli rozmawiać o tym teraz, mam wrażenie, że byłoby inaczej.
Tak, znowuż wydaje mi się, że może to był pierwszy krok na tym terytorium. Czuję się dużo swobodniej dzisiaj niż kilka lat temu. Myślę, że staliśmy się współpracującą jednością i generalnie odczuwam to teraz w większym stopniu. Przyjąłem pewną rolę na Death Magnetic. Czułem, że musiałem wspierać pomysły pozostałych. Jeśli chodzi o mnie, było kilka rzeczy, w które wierzyłem, które płynęły ze mnie, i wtedy mogłem poddawać sugestie w ramach pomysłów, które pochodziły od nich. Zwłaszcza od Kirka. Mam wrażenie, że riffów Kirka było mnóstwo.
Które nie były odsłuchiwane.
I które nie zostałyby odsłuchane, a przynajmniej wzięte na poważnie, ponieważ to było wtedy trochę przytłaczające, ale miałem czas, by ogarnąć ten materiał. Wstawałem o czwartej rano razem z dzieckiem, które było w łóżeczku, i włączałem taśmę z riffami Kirka, jego CD z riffami. Byłem tak pochłonięty materiałem wcześniejszym i zajmowaniem się dziećmi i tak dalej, że było mi bardzo trudno przełączyć umysł na tryb kreatywny. Natomiast teraz moje dzieci mają osiem i sześć lat. Myślę, że znam materiał tak dobrze, jak potrzebuję go znać i nauczyłem się go, zrobiliśmy razem album i szliśmy dalej tą ścieżką, i mam teraz dużo więcej pomysłów, a moja wizja odnośnie tego, co mogę z tymi kolesiami robić i jak iść do przodu, jest dużo bardziej przejrzysta. Kiedy stajesz się trochę starszy, dużą część twojej codzienności stanowią obowiązki, i Metallica nie zawsze będzie jedyną ważną rzeczą w moim życiu. Dopiero odkrywamy wszystko teraz, ale to naprawdę wspaniałe uczucie.