Wczoraj wszyscy fani za pośrednictwem oficjalnej strony zespołu otrzymali wiadomość od naczelnego magazynu So What! w zw. z zakończeniem trwającej 2,5 roku trasy World Magnetic. Chirazi dzieli się swoimi spostrzeżeniami odnośnie zespołu, zdradza ciekawostki z ostatniego występu, a także podsumowuje całą trasę w miejscami osobliwych statystykach.

OSTATNIE TRZY WYSTĘPY… KONIEC ŚCIEŻKI… POCZĄTEK KOLEJNEJ…
…zatem to koniec moi przyjaciele…
Tzn. nie Metalliki ani niczego takiego, uh-uh… jak to James Hetfield powiedział w ramach konkluzji dzisiejszego zakończenia trasy World Magnetic w Rod Laver Arena w Melbourne, Australii, ’będziemy [tu]wracać jeszcze dobrych kilka razy’ …[więc] nie, koniec moi drodzy, ale trasy, która zabrała 215 koncertów w 992 dni w 45 różnych krajach.
Koniec końca trasy, który sprowadził Metallikę do Australii trzykrotnie, aż takie było zapotrzebowanie (chodzi mi o to, co to właściwie było? 16 występów, które ci przemili, zwariowani dranie z antypodów wlali w siebie jak najlepszy szampan w wygodnych butelkach od piwa?).
Koniec trasy, która (jak dla mnie) pokazała, jak ten zespół odkrywa na nowo swe prawdziwe serce i duszę.
Koniec trasy, która pokazała tych czterech facetów dorosłych bardziej niż kiedykolwiek.
Pierwszy raz byłem świadkiem zakończenia trasy, na której wszyscy w zespole nadal nie mieli dość siebie nawzajem, a nie zawsze tak to było.
Żadnych kłótni.
Żadnych większych narzekań.
Żadnych pasywno-agresywnych gierek.
Po prostu czeterech facetów, którzy autentycznie cieszyli się każdym wieczorem, w którym dzielili się z wami swoją muzyką, a ponadto autentycznie cieszyli się piękną, harmoniczną chemią między sobą.
Oczywiście jest to i fizyczna ulga, jako że ich ciała będą mogły nieco odpocząć, wrócić nieco do formy po dwóch tygodniach.
Lecz na równi zachodzi poczucie przeszywającego bólu, że to… to… cóż, ’to była cholernie dobra zabawa, będziemy tęsknić prędzej niż się nam wydaje.’
Ponieważ jak dla mnie Lars, James, Kirk i Rob zaangażowali się w działania, które często były transcendentne w znaczeniu uświadamiania sobie kolejnego poziomu, do którego ten zespół może dotrzeć jako artyści i wykonawcy. I w tym wymiarze narosła ogromna pociecha wynikająca z wiedzy, że ich odrodzenie z początkiem 'Death Magnetic’ zakwitło w zupełnie nowe życie.
Te koncerty (ta trasa) uświadczyły Metallikę grającą bez przeszkód ze strony różnych zmartwień i stresów związanych z występowaniem, od których multi-platynowe zespoły często dostają bólów krzyża. Znów grali z dziecięcym duchem i ponieważ bawili się dobrze i nie martwili się detalami, detale te były praktycznie bez skazy. Zabawne, jak to działa…
Jednak nie miejcie złudzeń, to nie było przechadzanie się po okolicy niechlujnej, garażowej kapeli Joego.* Była to potężna operacja zależna od tego, czy ma się najlepszą ekipę, o jaką ktokolwiek mógłby tylko prosić. Zwykle nie jestem tym, który nieproszony rzuca statystykami, ale zrobię to, ponieważ, cóż, są dość oszałamiające.
* prawdopodobnie nawiązanie do klasyka: rock opery Franka Zappy pt. „Joe’s Garage” opowiadającej o typowej, garażowej kapeli w fetorze muzycznego biznesu
143 występy halowe, 34 festiwale, 29 stadiony, 4 kluby/kinoteatry, 3 TV/radio, 2 Rock And Roll Hall of Fame…dwie naturalne katastrofy z islandzkim wulkanem i trzęsiem ziemii w Christchurch, Nowej Zelandii, ale żadnego opuszczonego występu (chyba, że liczycie pewien ostrygowy incydent!)…około 56,000 piłek plażowych zostało zrzuconych (a plotka niesie, że budowniczy i sławny menadżer sceny mogli równie dobrze spożyć taką samą ilość piw)…siedmioro nowych dzieci urodziło się w ekipie Metalliki, doszło do zaręczyn (Tori i Trivett) i małżeństwa (Dewey)…było tam mniej więcej 180 członków ekipy, dla których życie obejmowało różne pozycje 24h na dobę; 14 wytrzymało od pierwszego występu do ostatniego. Jest więcej takich statystyk, ale, ah, innym razem. Dość powiedzieć, że – jako że trasa, którą stała się World Magnetic ruszyła z kopyta 14 maja 2008r. i trwała do tego finalego dnia, 21 listopada 2010r. – wiele się wydarzyło w życiu wielu ludzi…

…i tak, aby móc przetrwać trasy, trzeba dać każdemu rozkwitnąć, rodzinna atmosfera musi panować tu, tam, wszędzie. Pomyślcie o tym przez moment; to nie zawsze oznacza wiecznie zadowolonych i uśmiechniętych ludzi 24/7, ale oznacza to miłość i szacunek ZEWSZĄD podczas występu, od zespołu dla załogi i do WAS…
Lars rozmawiał z kilkoma fantastycznymi fanami, którzy podróżowali przez tysiące mil na tuziny koncertów Metalliki, oddanych na wyższym poziomie, można powiedzieć, i powiedział im, że był tacy jak oni, że robił coś podobnego dla Richiego Blackmore’a. Powiedział, że dołączy do nich przy barierce i wejdzie za nią. I tego wieczoru po ostatniej nucie wybrzmiałej na tej trasie, po tym jak rozbrzmiał 'końcowy gwizdek’, jeśli wolicie, zobaczyliśmy Larsa skaczącego ze sceny prosto w ten tłum (Kirk pospiesznie do niego dołączył), nurkującego prosto w bitwę i wypływającego po powietrze z tym swoim słynnym, sprośnym, obrzydliwym grymasem ulrichowej uciechy.


To było wspaniałe, prosty, lecz strasznie mocny (jak również czysty) gest. Po prostu nie da się udawać tego diabelstwa. Naprawdę się nie da. I nie mówię tego tylko dlatego, że Lars powiedział, że stanie przy barierkach z fanami i tak zrobił, mówię to, ponieważ tam głęboko w środku zachodzi prawdziwy ładunek kinetyczny, który każdy z nich otrzymuje od fanów. To niezaprzeczalne. Prawdopodobnie wiecie, o czym mówię, a jeżeli nie, idźcie pewnego dnia na koncert i przekonajcie się!
Więc serio, niech postawię sprawę jasno raz jeszcze. Tak, to koniec World Magnetic Tour, lecz była to uczta nowych światów, nowych miejsc, nowych podróży i miejsc przeznaczenia. Czuję, że teraz Metallica rozpocznie coś [nowego]z jeszcze większą radością, zadowoleniem i hartem ducha na wiele lat. I choć bardzo staram się podsumować to wszystko pożegnaniem, cóż, to nie koniec, prawda? Metallice lecieć będzie 30-stka począwszy od stycznia 2011…i mając na uwadze [ich]apetyt, jakiego byłem świadkiem nawet podczas ostatnich trzech występów w Melbourne, odezwą się do was prędzej niż później (już ogłosili Rock In Rio na nadchodzący wrzesień jeszcze przed oficjalnym zakończeniem World Magnetic, więc to wam już coś mówi). Jakkolwiek nie posiadam żadnych poufnych informacji, ani nie znam szczegółów czegokolwiek, to mówię Wam cholera, że moja jest racja!
🙂
Steffan Chirazi
Melbourne, 21 listopada 2010

———————————
Przy okazji dla niefejsbukowatych:

Rob i Kirk złapani na fotce podczas wypadu nad ocean w Bells Beach z Jayem Phillipsem – surferem. ok. 12:30 w zaprzeszłą niedzielę. Otoczeni ochroną i w towarzystwie kumpla Kobiego Abbertona poszli na ~1,5m fale. Plywali do 15:00. Wg fotografa byli calkiem nieźli, mieli umiejętności. Potem czekał na nich briefing o 17:00 w Melbourne, ale tak im się podobało, że wyjechali na ostatnią chwilę. Pewien pan młody z kumplami był mile zaskoczony, gdy trafili na nich podczas sesji w plenerze. Oczywiscie zrobili wspólne fotki. Niestety pannę młodą to ominęło.
Podczas gdy zespół grał ostatni koncert, w hotelu juz pakowano wszystkie bagaże, by chłopaki mogli od razu udać się na lotnisko na pokład swojego jeta. Zamiast imprezować w „ostatnią sobotę” z uwagi na planowany szybki wyjazd, imprezę dla całej ekipy zrobili w piątek w Australian Centre for Contemporary Art w południowym Melbourne. Zarezerwowano miejsca na 120 osób. Znający sprawę od środka stwierdzili, że impreza była zaskakująco NUDNA. Zamiast latać po sufitach, goście i zespół mogli zaczerpnąć nieco kultury podziwiając instalacje i sztukę na wystawie. Mieli na to czas od 19:30 do 3:30 rano. Wybór miejsca mógł mieć związek z upodobaniami Larsa, który kocha sztukę, a zwłaszcza współczesną.