Zapraszamy do lektury kolejnego wywiadu opublikowanego w specjalnym wydaniu Metal Hammer i So What! z okazji 30. urodzin Metalliki. W poniższej rozmowie Kirk Hammett opowiada o trudach przygotowań do tej hucznej imprezy i zdradza ciekawostki związane z nimi. Przypominamy, że u nas znajdziecie też rozmowy z Jamesem, Larsem i Robem. Przy tłumaczeniu ponownie pomogli nam blackbird, wrona i xardas – wielkie podziękowania po raz kolejny.

Jaan Uhelszki: Opowiedz mi o tym, jak wpadliście na pomysł z koncertami z okazji obchodów 30-lecia Metalliki?
Kirk Hammett: Jeśli dobrze pamiętam, zwróciliśmy uwagę na to, że to już 30 lat, a ja odparłem: „naprawdę? Wydaje się, jakby to było dopiero 8 lat. Wcale nie wygląda to na 30 lat”. Muszę przyznać, że czas szybko leci, kiedy dobrze się bawisz. Następną rzeczą, jaką zauważasz jest to, że nim się obrócisz minie już 30 lat. No cóż, 30 lat minęło Jamesowi i Larsowi, a mi minęło dopiero 28 lat. Nigdy nie byliśmy takim zespołem, który usiadłby w kółku i porozmawiał o wszystkich wspaniałych rzeczach, które nas spotkały i o wszystkich naszych osiągnięciach. Zawsze byliśmy raczej skupieni na osiąganiu celu, niż na patrzeniu we wsteczne lusterko. Więc kiedy przyszło nam sobie uświadomić, że minęło tyle czasu, pomyśleliśmy: „co za świetna okazja aby świętować to z: A – ze wszystkimi ludźmi, którzy pomogli nam dojść tam daleko, B – ze wszystkimi, którzy wywarli na nas wpływ i tymi, z którymi razem graliśmy, C – z fanami, którzy pomogli nam to osiągnąć”.
Kiedy po raz pierwszy o tym gadaliśmy jakieś cztery, pięć miesięcy wcześniej [przed obchodami]brzmiało to naprawdę łagodnie, na luzie. Ale kiedy rzeczywiście doszło do realizacji tego pomysłu, byliśmy totalnie skołowani. Nie tylko byliśmy przytłoczeni, ale również nałożyliśmy na siebie zbyt wiele obowiązków. Chcieliśmy, aby było to naprawdę wyjątkowe, dlatego też chcieliśmy tam zaprosić wszystkich gości. Nie pomyśleliśmy w tamtym czasie o tym, co będziemy grać z tymi wszystkimi ludźmi. Było tak dopóki sobie nie uświadomiliśmy: „cholera, musimy nauczyć się wszystkich tych piosenek i pomieścić tych ludzi, kiedy będą z nami na scenie. Oraz będziemy musieli nauczyć się wszystkich ich piosenek, które zwykliśmy grać, lub nauczyć się tych wszystkich jamowych utworów, które moglibyśmy zagrać razem z nimi.” Cokolwiek by to nie było, stało się dla nas jasnym, że będzie tego dużo.
Nie mieliście wrażenia, jakbyście wyciągnęli Garage Inc. i powiedzieli sobie: „OK., przeróbmy ten kawałek od nowa”?
Pod koniec dnia skończyliśmy na graniu dużej ilości materiału z Garage Inc. Kiedy sobie o tym pomyślę, było to zarówno świętowanie Garage Inc. jak i wszystkiego innego.
Prawdę mówiąc to jeden z moich ulubionych albumów Metalliki.
Jest to dobra płyta, bo kiedy znałeś te piosenki już wcześniej, wtedy dobrze przedstawiają one zespół i wydarzenia z przeszłości, które uczyniły nas takimi, jacy jesteśmy.
Był jakiś moment, kiedy zaczęliście się zastanawiać: „mój Boże, co my narobiliśmy?” Czy doszliście do takiego punktu, kiedy czuliście, że przerasta was ilość rzeczy, jaką macie do zrobienia po tym jak załatwiliście iPady, zaczęliście robić listę gości i kontaktować się z ludźmi?
To było szalone. Tak jak wspomniałem, zdaliśmy sobie sprawę z tego, że musimy się nauczyć tych wszystkich piosenek, a co typowe dla Metalliki czekaliśmy do ostatniej chwili, aby to zebrać do kupy. Kiedy jamowaliśmy w HQ, miałem tę świadomość, że mamy mnóstwo piosenek do przećwiczenia, a to jeszcze nie wszystko, bo aby móc je potem przećwiczyć, najpierw musimy się ich nauczyć.
Wiedzieliśmy, że praca, którą mamy przed sobą nie będzie łatwa. Dużo ćwiczyliśmy. Myślę, że nigdy wcześniej nie mieliśmy tylu prób. Po wstępnych próbach w HQ, wyjąłem mój notes i długopis i zacząłem spisywać wszystkie aranżacje piosenek i robiłem notatki ze wszystkiego, ponieważ wydaje mi się, że graliśmy około 80 piosenek. Znaliśmy z tego około 1/3 piosenek, a trzeba było przećwiczyć 1/3 z tego, co zostało, a później musieliśmy jeszcze nauczyć się tego, co zostało, aby zagrać z tymi wszystkimi zespołami. Ale było naprawdę cool. Być w stanie wyjść na scenę i zagrać koncert, zagrać partie instrumentalne, które były niezłą zabawą, a potem wyjść i zagrać standardowy set Metalliki, aby następnie dotrzeć do kolejnej części show, która była czasem przeznaczonym dla gości specjalnych, to było świetną zabawą.
To było ekscytującym przeżyciem nauczenie się tych piosenek, lub nauczenie się ich na nowo i w rzeczywistości zagranie ich z twoimi idolami. Wykonaliśmy też wiele utworów, których nigdy wcześniej nie nagraliśmy. „Motorcycle Man” z Biffem z Saxon było wielką przyjemnością. Później wykonaliśmy utwór „Rapid Fire” z Robem Halfordem, którego nigdy nie nagraliśmy. Jamowanie z naszymi idolami i ludźmi, którzy są źródłem naszych inspiracji było super-fajne. Chodziło w tym [koncertach]bardziej o to, niż o cokolwiek innego, co sprawiło, że była to dla nas ogromna przyjemność.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=0f3Jgav9Ans&feature=plcp
Najwyraźniej wszyscy musieli włożyć swoje imiona do kapelusza. Które osoby szczególnie chcieliście tam mieć? Czy to byli ci, których chcieliście?
Cóż, no wiesz, Rob Halford, mógłbym z nim grać każdego dnia. I Ozzy, co można o nim powiedzieć? To wspaniałe móc zagrać z którymkolwiek z członków Black Sabbath, a tamtej nocy móc zagrać zarówno z Ozzym jak i Geezerem Butlerem, połową Black Sabbath, było to dość wyjątkowe. Będąc wielkim fanem Mercyful Fate, kiedy chłopaki z Mercyful Fate weszli na scenę mieliśmy z nimi zagrać ich piosenkę; to była tam główna atrakcja. Nie tylko była to dobra zabawa, ale można było też poczuć tę energię i to, że każdy naprawdę przyzwyczaił się do tego wszystkiego i było to wielkie przeżycie zagrać z tymi ludźmi. Z Diamond Head tak samo. Muszę przyznać, że wyglądało to jakbyśmy robili to bardziej dla siebie niż w innym celu.
Co zdziwiło cię najbardziej jeśli chodzi o gwiazdy, które gościliście, lub próby dźwięku? Tak jak patrząc wstecz wspominasz: „wow, to było dość dziwne” albo „to było całkiem niesamowite”. Miałeś wtedy jakiś moment olśnienia?
Hmm, tak. Graliśmy z Geezerem te wszystkie riffy Black Sabbath i zauważyłem, że jest pełno smaczków wszędzie tam, gdzie zawsze słyszałem naprawdę proste, łatwe riffy heavy metalowe. Gdy jednak zobaczyłem, jak on je wykonuje, rozwaliły mnie te drobiazgi. To są rzeczy, których nie da się usłyszeć na nagraniach. Kiedy jednak stoi przed tobą ich autor i gra na gitarze lub basie, atmosfera jest zupełnie inna. Wyłapujesz te drobne szczegóły. To samo miało miejsce podczas grania z Diamond Head. Coverowaliśmy cztery czy pięć ich utworów myśląc, że robimy to dobrze, ale jednak mijaliśmy się z oryginałem. Dodajmy do tego kawałek Mercyful Fate – „Satan’s Fall”. Cały czas wykonywaliśmy go źle. Można powiedzieć, że po prostu graliśmy to po swojemu, ale takich momentów przeżyłem sporo.
Jest taki moment, kiedy wychodzi Ozzy a James tylko podnosi do góry ręce i mamrota ”to jest niesamowite”. Taki powściągliwy, ale to był jeden z tych momentów. Później kiedy wyszedł Geezer patrzyłeś na niego z naprawdę rozpromienioną twarzą. Myślę, że Geezer był osobą, na którą wasza cała czwórka zareagowała najbardziej pozytywnie.
Jak dla mnie on jest jednym z niedocenionych bohaterów heavy metalu. Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, że pisał muzykę, mnóstwo tekstów i riffów dla Black Sabbath. Zatem w mojej głowie zawsze była ta cała mitologia związana z nim. Wydawał mi się jakiś taki nieuchwytny, co się tylko dołożyło do tego. Możliwość przesiadywania, gadania i grania muzyki z nim była naprawdę odjazdowa, dostanie się do źródła. Naprawdę, naprawdę świetnie.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=TgLDH6p8dGY
30 lat chyba nie zwiastowało, że dojdziesz do jakiegoś końca? Czas na rozpoczęcie czegoś nowego? Nowy rozdział Metalliki?
Kiedy o tym myślę, czuję, że wkraczamy w nowy rozdział. Zdecydowanie, bo mamy 30 lat doświadczenia za pasem i moje podejście do tego jest takie, że kiedy zaczynaliśmy, nie mieliśmy tych 30 lat, które by nas wspomogły. Jesteśmy mądrzejsi duchowo i muzycznie o te 30 lat.
Jesteście też bardziej zrelaksowani. Co mi się rzuca w oczy najbardziej po tych wszystkich latach obserwowania Metalliki to swoboda, której wcześniej nie mieliście. Zgładziliście wiele smoków. Bóg wie co jeszcze przed wami, ale chyba to co najgorsze macie już za sobą. Ja to tak odczuwam.
Naprawdę dobra analogia, bo zdecydowanie były przeszkody, góry i doliny i jesteśmy bogatsi o te doświadczenia . Najlepsze w tym jest to, że jeszcze nie skończyliśmy. Czuję, że mamy jeszcze sporo kreatywnej energii. Jest też pewnego rodzaju pewność siebie, która za tym idzie, jak już wcześniej mówiłem. Myślę, że interesującym będzie widzieć, jak ułoży się następnych kilka lat jeśli chodzi o kreatywność naszego dorobku. Ale tak, jestem teraz naprawdę szczęśliwy, zarówno muzycznie jak i twórczo, i myślę, że nie tylko ja.
Czy był taki moment kiedy myślałeś: „Nie udawałem tego. Nie miałem po prostu farta, wiem jak robić to co robię i mogę to odtworzyć.”? Moment, w którym zrozumiałeś, że możesz być pewien tego co robisz, że to jest twoje prawdziwe wezwanie i że nie omamiłeś wszechświata, żeby dał ci tę świetną robotę.
Jakieś 10 lat temu zrozumiałem, że moje zaangażowanie w to wszystko jest prawdziwe i totalnie czułem owoce całego swojego trudu. Całkowicie rozumiem o co ci chodzi, to jest naprawdę niesamowite, bo wiele razy dostawałem bzika myśląc ”nie mogę tego zagrać, nie mogę!” Ale zawsze byłem w sytuacji, w której nie miałem innego wyboru niż wyjść i to zrobić. Później zdałem sobie sprawę, że w takich sytuacjach miałem do siebie za mało zaufania. Teraz wierzę w siebie bardziej niż kiedykolwiek, właśnie dzięki tym doświadczeniom i jak już powiedziałem sytuacjom z których sądziłem, że nie wyjdę. Sądzę, że to efekt poświęconego czasu i wysiłku włożonego w coś, co kochasz.
Mówiąc o oświeceniu i byciu szczęśliwym, zaprosiliście osoby takie jak Jason Newsted, Bob Rock czy Dave Mustaine. Czy osobiście miałeś jakieś zastrzeżenia co do zapraszania ludzi z przeszłości?
Zawsze byłem ponad tym. Mam na myśli brak zawahania czy czegokolwiek. Cieszyłam się widząc Jasona i było świetnie móc z nim przebywać, był dla mnie jak brat. Nasza przyjaźń się odrodziła. Było jak za dawnych czasów, kiedy spędzaliśmy razem dużo czasu w trasie, dając czadu. Odnowienie z nim relacji na takim poziomie było najlepszym produktem ubocznym z tego wszystkiego. Nie było w tym nic dziwnego. Było idealnie.
Dla fanów wielkim momentem było wyjście Jasona na scenę pierwszej nocy. Właściwie to każdej nocy. A kiedy Dave Mustaine wyszedł na scenę fani skandowali jego imię.
O tak. To było dla nas coś, a przynajmniej dla mnie. Jeśli chodzi o Dave’a to od zawsze powtarzam, że nigdy nie miałem z nim problemu. To on wydawał się mieć problem ze mną, tak to przyjąłem. Teraz zdecydowanie zmienił zdanie, jesteśmy i dojrzalsi, że tak powiem. Jak by to powiedział Mike Bordin, dowiedliśmy swego i możemy podążać swoimi ścieżkami. Wiem jak wiele dla Dave’a znaczyło granie z nami i sądziliśmy, że cóż, powinien zagrać Kill 'Em All. Wiedziałem, że dojdzie z nami do porozumienia w związku ze starymi solówkami i nie przeszkadzało mi granie z nim na gitarze cały wieczór. Dobrze było po prostu wyluzować i pograć z nim trochę. Dla mnie żaden problem.
Świadomie zmieniłeś sposób gry, żeby zostawić dla niego trochę miejsca, czy po prostu uciekłeś się do wygrywania rytmu?
Znalazłem proste rozwiązanie – grałem to, co James zwykle gra. W pewnym momencie zacząłem zastanawiać się, co James gra, bo zwykle w tym czasie gram solówkę. Na scenie podszedłem do Jamesa i próbowałem śledzić jego palce, ale nie dało się, bo ciągle zmieniał pozycje. Przestałem więc na chwilę grać i wróciłem w miejscu, co do którego byłem pewny.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=VldN5qUos5I
Jak szykowałeś się do tych występów? Jakieś zmiany w rutynie?
Nie tylko musieliśmy nauczyć się utworów niegranych od dawna, albo cudzych kawałków, albo granych przez nas coverów; musiałem jeszcze opracować wszystkie solówki. Zupełne szaleństwo, bo po spędzeniu kilku godzin na ponownej nauce utworu i rozpisaniu aranżacji, przećwiczeniu materiału, musiałem kolejne godziny przypominać sobie solówkę. Z czasem robiło to się nużące. Z powodu nawału pracy wyglądało to tak: w niedzielę przed pierwszym koncertem spisałem listę piosenek. Wypisałem wszystko. Poszedłem spać, wstałem następnego dnia, zebrałem listę, poszedłem wcześnie ograć to wszystko, było OK. Jednak przed występami w środę, piątek i sobotę robiliśmy próby w HQ kiedy tylko się dało, tak samo sound-checki, a w pozostałym czasie rozpisywałem nuty i aranżacje. Wstajesz, idziesz do gitary, zaczynasz działać. Grasz do chwili wyjścia na próbę, robisz próbę. Po próbie masz przerwę na obiad. Grasz koncert. Po koncercie odpoczywasz. Wracasz do domu, robisz notatki przed kolejnym występem i uczysz się utworów. Idziesz spać, wstajesz, powtarzasz cykl. Przez cały tydzień byłem zajęty od przebudzenia do pójścia spać.
We śnie też grałeś?
Nie, bo w środku tygodnia spałem około sześciu godzin. Noc przed sobotnim koncertem spałem zaledwie trzy godziny, bo nie miałem wolnego czasu. Szaleńśtwo.
Na koncertach miałeś ściągawki?
Tak. Nie wiem, czy widać to na YouTube, ale po mojej stronie sceny był stojak ze wszystkimi notatkami aranżacji.
Tylko ty tak robiłeś? Ktoś jeszcze miał ściągawki?
Wiele osób. Notatki Jamesa były na teleprompterach, nie potrzebował ich na papierze. Rob i ja wypisaliśmy mnóstwo rzeczy, nawet Lars coś zanotował, ale on kładł kartki na podłodze, podobnie jak Rob. Ja miałem tego tak dużo, że nie było sensu przyklejać na podłodze. Zakryłbym całą scenę, skorzystałem więc ze stojaka. Wyglądałem jak prawdziwy, tradycyjny muzyk. Zabawny widok.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=ITPl9q9HlTk&feature=plcp
To było trudniejsze od S&M z San Francisco Symphony?
Tamte występy to była łatwizna w porównaniu do tego.
Czy któryś wieczór był dla ciebie wyjątkowy?
Środa z Mercyful Fate. Niesamowicie cool. Jednak im więcej mija czasu, tym bardziej zlewa się wszystko w jeden zlepek.
Ile czasu minęło, zanim otrząsnąłeś się po tych występach?
Trzy dni później musiałem pójść prosto do studio i zrobić parę nagrań, nie było dla mnie odpoczynku. Prawdę mówiąc pracowaliśmy cały tydzień po tych koncertach; cały następny tydzień był poświęcony na pracę. Na koniec byłem zupełnie wyczerpany, poleciałem do siebie na Hawaje. Po dotarciu na Hawaje rozchorowałem się. Przez dwa tygodnie leżałem z grypą.
Jak ważne było granie niewydanych kawałków z Death Magnetic?
Bardzo ważne, bo musiałem ponownie ich się nauczyć. Musiałem upewnić się, że wiem co robimy, bo to nie były covery, które można sobie interpretować. To były pełnoprawne kompozycje Metalliki. Jedną z ulubionych części setu była dla mnie możliwość grania nowego materiału Metalliki. To była wielka przyjemność.
Na co fani zareagowali najlepiej? Co wywołało najwięcej energii?
Szczerze mówiąc to szaleli przez cały czas. W sobotę panowało poczucie „o rany, już koniec, nareszcie koniec!”. To był sprawdzian wytrzymałości dla tych, którzy udali się na wszystkie cztery koncerty. Dla nich tak samo jak dla nas. Wydaje mi się, że napewno jakieś 70 procent widowni była na wszystkich czterech koncertach. Na koniec ostatniego show mogliśmy odetchnąć z ulgą, pozbierać się po tym świętowaniu. Jednocześnie było nam smutno, bo mieliśmy przy tym tyle zabawy.
Zabawne, że smuciliście się.
Tak, smutne było, że to się kończy, ale jednocześnie odczuwaliśmy ulgę.
Jak wiele uwagi poświęciłeś swojej garderobie?
Nosiłem po prostu czarny t-shirt, ponieważ byłem bardzo zajęty, nie miałem mentalnej energii, żeby myśleć o tym, co ubrać.
Pod koniec wieczoru, kiedy graliście „Seek & Destroy” – czy było trudno zagrać ten kawałek ze wszystkimi gitarzystami? Czy wyglądało to jak gitarowa armia, czy coś w tym rodzaju?
Bardzo mi się to podobało ze względu na całą anarchię i element chaosu, który temu towarzyszył. To jedna rzecz, kiedy masz jednego muzyka wychodzącego na scenę i jamującego; wszystko jest bardzo jasne i wyraziste. Ale kiedy masz więcej niż trzech czy czterech muzyków występujących z tobą gościnnie, to robi się z tego wielka impreza. A później, po wszystkim grasz z nimi jam i wszystko się może zdarzyć. To jest bardziej klimatyczne, niż każda inna muzyczna cecha, kiedy masz tak wielu ludzi na scenie. To jest bardziej traktowane jako zabawa, wiesz, coś, co robi się, żeby czerpać z tego radość.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=vJ4zN8UmuJg&feature=plcp
To przypomina trochę mecz gwiazd. Niezbyt przejmujesz się rezultatem, ale przejmujesz się wszystkimi ludźmi, którzy występują
Absolutnie.
James podziękował tłumowi w jednym momencie za pchnięcie was wszystkich na następny poziom. Czy czułeś, że takie coś naprawdę miało miejsce? Czy czułeś, że publiczność cię pchnęła?
Myślę, że sposób myślenia dla nas wszystkich, był po prostu: wejść na następny poziom i nie oglądać się za siebie.
Jaka była rola tego, że zaczynaliście każdy koncert utworem instrumentalnym?
Rozmawialiśmy o otwarciu każdego koncertu kawałkiem instrumentalnym. To mógł być pomysł Roba [Trujillo]. To było wyzwanie, ponieważ nasze utwory instrumentalne, a przynajmniej „To Live Is To Die” i „Suicide And Redemption”, były kawałkami, których nie graliśmy za dużo. Graliśmy „The Call Of Kultu” i „Oriona” dosyć regularnie w ciągu naszej kariery, ale pozostałych dwóch nigdy w sumie nie graliśmy i pomyśleliśmy, że będzie super, żeby złamać te zasady i użyć kawałków instrumentalnych jako nasze własne intra. Stąd brak wstępów z taśmy. To było świetne, po prostu wyjść na scenę, atmosfera totalnie klubowa, zamiast wielkiej sceny. Z czasem robi się to męczące, ale rozumiesz, że to jest część tego show. Mój punkt widzenia na ten temat jest taki, że to była świetna zabawa zrobić coś innego. Po prostu wychodzisz bez oprawy i jedziesz, „hej, jak się macie? Jesteśmy tutaj, aby zagrać.”
Myślę, że jednym z moich ulubionych koncertów Metalliki jest pierwszy występ na benefisie Bridże School. Musieliście grać akustycznie. Zostaliście uchwyceni, kiedy byliście sobą, bez wzmacniaczy. To wyglądało, jakby część tego uroku z benefisu była obecna podczas tych czterech nocy.
Absolutnie tak było. Naprawdę czułem, jakbyśmy grali w klubie. Wiem, że Fillmore nie jest do końca uważane za klub; bardziej jest to teatr, ale dla nas było to miłe i bliskie miejsce, dodatkowo nie mieliśmy wielu możliwości, żeby zagrać w takim miejscu jak to, z tego rodzaju klimatem. To było świetne, ponieważ zatoczyliśmy pełne koło, gdzie coś takie jak to, co jest powszechne dla wielu kapel, nie jest zwykłe dla nas. Powrót do tego był kapitalny.
Ale zachowałeś część tej pokory i bezpretensjonalności, którą miałeś, gdy byłeś gitarzystą Exodusa, zanim trafiłeś tutaj, do jednej z największych kapel na świecie. Czy ci dwaj kolesie są tą samą osobą? Czy czujesz jakikolwiek dystans do tego, kim byłeś, zanim dołączyłeś do Metalliki?
Jestem po prostu produktem wydarzeń i sytuacji, w których się znalazłem. Ciężko jest przejść przez to, przez co przechodzi się przez trzy dekady, bez doświadczenia zmian; zmienia się nastawienie, zyskuje doświadczenie, mądrość. Ale interesujące, że to powiedziałaś, ponieważ jamowałem z Exodusem około miesiąca temu. I spędziłem czas z tymi kolesiami i z całą starą załogą, z całą tą grupą przyjaciół. Byłem bardzo zadowolony widząc, że wielu z nich jest tymi samymi ludźmi, których znałem wcześniej i naprawdę lubiłem czas spędzony z Tomem Huntingiem, Garym Holtem i Jeffem Andrewsem, ponieważ grali ze mną w kapeli.
Kiedy byliśmy razem w zespole, przez pewien okres czasu byliśmy bardzo blisko siebie, ale potem nasze drogi się rozeszły. Ponowne spotkanie i jamowanie z nimi, granie z nimi muzyki było świetne, ponieważ oni niezbyt to wszystko zmienili. Oczywiście każdy zmienia się, staje się odrobinę starszy, ale spędzając czas z nimi nie widać tego tak bardzo. Czułem się dobrze pod względem tego, gdzie była nasza więź w dawnych czasach.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=2hHdUMMLEeQ&feature=plcp
Ile czasu zajęło wam przebrnięcie przez te wszystkie utwory? Czego szukaliście wybierając repertuar?
Jedną z tych rzeczy było postanowienie, żeby nie grać żadnego utworu dwa razy. Nie chcieliśmy grać „Enter Sandman” i „Nothing Ele Matters” każdej nocy, ale po prostu zagrać je i odhaczyć na liście jako zagrane. Lars ma swoje metody i przyszedł ze swoją listą utworów, których na co dzień nie gramy. Próba zaskoczenia wrzuceniem czegoś do setlisty. Są na zewnątrz ludzie, którzy potrafią przewidzieć setlistę i znają nas bardzo dobrze, wiedzą jak pracujemy. To były koncerty, mające na celu utarcie nosa osobom myślącym, że potrafią przewidzieć setlistę. Chcieliśmy być maksymalnie nieprzewidywalni i dlatego wyskoczyliśmy z kawałkami, których nie graliśmy przez wieki.
Co dla ciebie osobiście sprawia, że granie utworu jest zabawą?
Oh, świetne partie, które możesz naprawdę poczuć i prawdziwie zaszaleć, mając z tego prawdziwą zabawę. Myślę, że wszystkie nasze kawałki bazują wokół nie tylko tego, jak brzmią, ale również wokół tego, ile dają frajdy z grania. Zazwyczaj riffy, które dają radość z grania brzmią naprawdę dobrze. Może to jest sposób, w jaki powinienem je układać. Riffy, które dają frajdę z gry są równocześnie dobrymi riffami.
Były jakieś problemy? James powiedział, że coś poszło źle, kiedy graliście „Frantic”. Brzmi to zabawnie, ponieważ Metallica rzadko gra rzeczy z St.Anger.
To była jedyna poważna pomyłka. Ale najzabawniejsze jest to, że popełniłem dokładnie ten sam błąd, co James, a mianowicie przeszliśmy do pewnej części utworu razem. Grałem równo z nim, ale Rob i Lars patrzyli na nas kręcąc głowami, ponieważ nie mogłem zczaić, o co chodzi. Bob Rock nie przejął się tym, po prostu to olał, jak to zawsze robi. Skończyliśmy grać ten kawałek i nie myślałem, że go spieprzyliśmy, dopóki Rob mi tego nie powiedział. Więc jeśli mnie o to zapytasz, myśleliśmy, że ten kawałek zagraliśmy perfekcyjnie.
Kończąc, zamierzacie zagrać cały „Black Album” w lecie. Jakiego rodzaju wyzwania stawia to przed tobą?
Cóż, ponownie będziemy grać utwór, którego nie graliśmy nigdy przedtem, czyli „The Struggle Within”. Dla mnie to będzie frajda, ponieważ to tak, jakbyśmy grali nowy utwór Metalliki. Następnie granie „My Friend Of Misery”. Z tym też powinno być dużo zabawy. Kocham wszystkie utwory na tym albumie!

